10.02.2025, 13:08 ✶
Rodolphus Lestrange cierpiał na pewną przypadłość, która była niezwykle niebezpieczna, jeżeli pozwolić by jej wypełznąć z dna ciała. Potrzebował bodźców, czegoś co sprawi, że nie będzie się nudził - nie lubił siedzieć bezczynnie, a jego umysł domagał się wyzwań tu i teraz. Gdy skupiał się na jednej rzeczy, cały świat mógł dla niego nie istnieć, lecz nie oznaczało to, że nie potrafił działać na wielu płaszczyznach jednocześnie. Cynthię interesowały pojedyncze jednostki, a dla niego samego ważny był efekt, wyniki badań. Wyniki, które z góry założył, chociaż nigdy nie przyznałby się do tego ani przed nią, ani przed kimkolwiek. Był tak pewny swego, że gdy poruszał ten temat z Robertem, gdy ten jeszcze żył, nie przyszłoby mu do głowy fałszowanie kolejnych kart pergaminu. Dla niej liczyły się jednostki, a on robił to dlatego, by pokazać światu magicznemu, że Voldemort miał rację we wszystkim, co głosił. Służył mu nie tylko jako żołnierz, skrywający tożsamość pod maską i czarną szatą, utkaną z ciemności - służył mu też jako naukowiec, gotów zabić tyle pojedynczych istnień, ile trzeba, by udowodnić że mają rację. Robił to dla dobra ogółu. I chociaż z pozoru razem z Cynthią stali po różnych stronach barykady (chociaż Flint zdawała się na tej barykadzie balansować z gracją godną srebrzystego kota), to wydawało się, że zawarli nieme przymierze w imię nauki. Nie będą wchodzić sobie w drogę, nie będą się nawzajem przekonywać, jeżeli w grę wchodziły wyższe idee. A te wyższe idee, paradoksalnie, spoczywały w piwnicy Rodolphusa.
Gdyby znajdowali się na przyjęciu, a on pomagałby jej schodzić po schodach do sali balowej, z troską nakryłby jej dłoń swoją. Być może posłałby jej uprzejmy, pokrzepiający uśmiech, bo mimo iż starał się trzymać na uboczu, to nazwisko Lestrange zwykle przyciągało w jego stronę ciekawskie spojrzenia. Ludzie wiedzieli kim był, przez uderzające podobieństwo chociażby do Louvaina, ale także do pozostałej części swojej rodziny. Czarne włosy, blada cera - to nie miało znaczenia. Znaczenie miała pewność siebie, pewna wyniosłość, dumnie uniesiona głowa i pewny krok osoby, która wychowywała się w poczuciu, że nie tylko może wszystko, ale że i jej to wszystko zwyczajnie się należy. To była postawa, której nie dało się podrobić. Nie byli jednak na balu, a dłoń Lestrange'a nie znalazła się na dłoni Flintówny. Przy nim była, paradoksalnie, bezpieczna - bezpieczna od łapczywych spojrzeń, które skutecznie odrywałyby ich oboje od tego, co było w tej chwili najważniejsze. I to nie chodziło o to, że nie dostrzegał tego, jak piękna była na zewnątrz, bo byłby ślepcem, gdyby tego nie widział. Dla niego liczyło się wnętrze, to co ludzie mieli w głowach: a jeszcze nie wiedział, czy w głowie Cynthii hula wiatr, czy być może jest to schronienie dla wiedzy, która okaże się kluczowa w jego badaniach. Zapewniono go o tym drugim, lecz musiał się przekonać na własne oczy.
- Praca z nieumarłymi jest zdecydowanie przyjemniejsza, to prawda - przytaknął Cynthii, rozciągając usta w uśmiechu. Nie chciał powiedzieć, że jest łatwiejsza, chociaż to rozumiało się samo przez się. - Nikt nie protestuje, gdy sięgasz po skalpel. Nie głuchniesz, gdy zaklęcie wyciszające przestanie działać. Lecz to dwie różne dziedziny: tego, nad czym pracuję, nie da się przeprowadzić na nieboszczykach.
Wolałby pracować na wykradzionych ciałach z kostnicy, oczywiście, lecz mózg żył tylko chwilę po śmierci ciała. Badania, które przeprowadził w Departamencie Tajemnic za przyzwoleniem swoich przełożonych wyraźnie podawały czas zgonu tego organu - nie zgadzał się z tym, co wiedzieli do tej pory. Był dłuższy, ale wciąż za krótki, by można było wyciągnąć z tego jakiekolwiek sensowne wnioski.
- Strach to jest właśnie to, co badam - powiedział, kiwając lekko głową na potwierdzenie tego, co mówiła Cynthia. Czy mówiła do niego, czy też do siebie - nie miało to znaczenia. Zaraz jednak po prostu zamilkł, patrząc na to, co robiła Flint. Uważnie wpatrywał się w jej profil, gdy nachylała się nad skrępowanym człowiekiem w klatce, z zachwytem patrzył na szczupłe palce, gdy te ujmowały podbródek mężczyzny i tak samo uważnie patrzył na jej skupienie, zmieniając lekko pozycję, chcąc obserwować jej twarz. Dopiero wtedy, gdy widział, co ta kobieta robi, wydała mu się prawdziwie piękna. Od zawsze powtarzał, że kobiet nie należało nie doceniać - podejrzewał, że Mulciber byłby wściekły, gdyby żył. Wkurzyłby się, gdyby dowiedział się, że jego kontakt polecił właśnie Cynthię, a nie kogokolwiek innej płci. On sam jednak był teraz tym szczerze zachwycony. Flintówna w tej jednej, krótkiej chwili sprawiła, że zmienił swoje postrzeganie na jej osobę o 180 stopni. Czy mężczyzna mógłby tak łatwo i lekko przekroczyć tę granicę? Jego stalowe oczy rozbłysły blaskiem podziwu, czego nawet nie zamierzał ukrywać. Milczał jednak, pozwalając jej na spokojne zapoznanie się z dokumentami. Gdy jednak się odezwała, Rodolphus odruchowo uniósł dłoń, by sięgnąć do pasma srebrzystych włosów, łaskoczących policzek kobiety. Zaczesał je za ucho, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co robił. W jego ruchu nie było gorąca, charakterystycznego dla czerpania fizycznej przyjemności. Na twarzy nie malował się wyraz lubości na samą myśl o tym, że znajdował się fizycznie tak blisko niej. Jego gest można było przyrównać bardziej do wyrazu opiekuńczości, troski, podobnież jak jego wyraz twarzy. - W Ministerstwie odkryliśmy, że odpowiednio stymulowany mózg może żyć dłużej niż zwyczajową minutę lub dwie. Udało nam się utrzymać kilka tych organów przy życiu przez ponad pięć minut, lecz to jest zbyt mało, żeby móc zbadać wszystko. Jak wiesz, pozyskanie materiałów do badań jest dla mnie problematyczne, a sama zauważyłaś, że potrzebuję więcej obiektów z magicznym rdzeniem. Każdy z nich jest na wagę złota.
Wyjaśnił spokojnie, cofając dłoń. Nie chciał wprawiać jej w zakłopotanie, lecz kołyszące się pasmo włosów, przesłaniające błękit jej oczu, byłoby zbyt irytujące, by mógł się w pełni skupić. Na wzmiankę o śmierci klinicznej uśmiechnął się kącikiem ust. O to mu chodziło - mniej więcej.
- Potrzebuję każdorazowo około dziesięciu minut. Śmierć kliniczna może wpłynąć negatywnie na układ limbiczny, jeżeli obiekt przebywałby w tym stanie zbyt długo. Próbki z rdzenia zostałyby zanieczyszczone, nie wspominając o urwanych przekaźnikach i neuronowych połączeniach - ale to nie było wszystko. Coś niebezpiecznego błysnęło w jego oczach, gdy wpatrywał się prosto w oczy Cynthii. - Potrzebuję sprawdzić, jak bardzo układ limbiczny będzie pobudzony, gdy będą na skraju śmierci. Bodźce bólowe to jedno, lecz sama świadomość tego, że czeka ich śmierć, to zupełnie inne reakcje. Do tej pory badałem głównie osoby, które miały nadzieję na ratunek.
Wskazał na teczkę, którą Cynthia trzymała w dłoniach. Pod częścią wniosków widniał właśnie taki dopisek: byli przekonani o tym, że będą wolni.
- Potrzebuję, żeby wiedzieli, że umrą. A gdy już stracą świadomość, a mózg pogodzi się ze śmiercią... Potrzebuję, żebyś utrzymała ich przy życiu przez kilka minut - podczas gdy to on będzie wykonywał brudną robotę. Nie prosił, żeby później ich mordowała. Nie musiał: jeżeli otworzy czaszkę i pokroi mózg, i tak umrą i ich krew będzie na jego rękach, nie jej.
Gdyby znajdowali się na przyjęciu, a on pomagałby jej schodzić po schodach do sali balowej, z troską nakryłby jej dłoń swoją. Być może posłałby jej uprzejmy, pokrzepiający uśmiech, bo mimo iż starał się trzymać na uboczu, to nazwisko Lestrange zwykle przyciągało w jego stronę ciekawskie spojrzenia. Ludzie wiedzieli kim był, przez uderzające podobieństwo chociażby do Louvaina, ale także do pozostałej części swojej rodziny. Czarne włosy, blada cera - to nie miało znaczenia. Znaczenie miała pewność siebie, pewna wyniosłość, dumnie uniesiona głowa i pewny krok osoby, która wychowywała się w poczuciu, że nie tylko może wszystko, ale że i jej to wszystko zwyczajnie się należy. To była postawa, której nie dało się podrobić. Nie byli jednak na balu, a dłoń Lestrange'a nie znalazła się na dłoni Flintówny. Przy nim była, paradoksalnie, bezpieczna - bezpieczna od łapczywych spojrzeń, które skutecznie odrywałyby ich oboje od tego, co było w tej chwili najważniejsze. I to nie chodziło o to, że nie dostrzegał tego, jak piękna była na zewnątrz, bo byłby ślepcem, gdyby tego nie widział. Dla niego liczyło się wnętrze, to co ludzie mieli w głowach: a jeszcze nie wiedział, czy w głowie Cynthii hula wiatr, czy być może jest to schronienie dla wiedzy, która okaże się kluczowa w jego badaniach. Zapewniono go o tym drugim, lecz musiał się przekonać na własne oczy.
- Praca z nieumarłymi jest zdecydowanie przyjemniejsza, to prawda - przytaknął Cynthii, rozciągając usta w uśmiechu. Nie chciał powiedzieć, że jest łatwiejsza, chociaż to rozumiało się samo przez się. - Nikt nie protestuje, gdy sięgasz po skalpel. Nie głuchniesz, gdy zaklęcie wyciszające przestanie działać. Lecz to dwie różne dziedziny: tego, nad czym pracuję, nie da się przeprowadzić na nieboszczykach.
Wolałby pracować na wykradzionych ciałach z kostnicy, oczywiście, lecz mózg żył tylko chwilę po śmierci ciała. Badania, które przeprowadził w Departamencie Tajemnic za przyzwoleniem swoich przełożonych wyraźnie podawały czas zgonu tego organu - nie zgadzał się z tym, co wiedzieli do tej pory. Był dłuższy, ale wciąż za krótki, by można było wyciągnąć z tego jakiekolwiek sensowne wnioski.
- Strach to jest właśnie to, co badam - powiedział, kiwając lekko głową na potwierdzenie tego, co mówiła Cynthia. Czy mówiła do niego, czy też do siebie - nie miało to znaczenia. Zaraz jednak po prostu zamilkł, patrząc na to, co robiła Flint. Uważnie wpatrywał się w jej profil, gdy nachylała się nad skrępowanym człowiekiem w klatce, z zachwytem patrzył na szczupłe palce, gdy te ujmowały podbródek mężczyzny i tak samo uważnie patrzył na jej skupienie, zmieniając lekko pozycję, chcąc obserwować jej twarz. Dopiero wtedy, gdy widział, co ta kobieta robi, wydała mu się prawdziwie piękna. Od zawsze powtarzał, że kobiet nie należało nie doceniać - podejrzewał, że Mulciber byłby wściekły, gdyby żył. Wkurzyłby się, gdyby dowiedział się, że jego kontakt polecił właśnie Cynthię, a nie kogokolwiek innej płci. On sam jednak był teraz tym szczerze zachwycony. Flintówna w tej jednej, krótkiej chwili sprawiła, że zmienił swoje postrzeganie na jej osobę o 180 stopni. Czy mężczyzna mógłby tak łatwo i lekko przekroczyć tę granicę? Jego stalowe oczy rozbłysły blaskiem podziwu, czego nawet nie zamierzał ukrywać. Milczał jednak, pozwalając jej na spokojne zapoznanie się z dokumentami. Gdy jednak się odezwała, Rodolphus odruchowo uniósł dłoń, by sięgnąć do pasma srebrzystych włosów, łaskoczących policzek kobiety. Zaczesał je za ucho, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co robił. W jego ruchu nie było gorąca, charakterystycznego dla czerpania fizycznej przyjemności. Na twarzy nie malował się wyraz lubości na samą myśl o tym, że znajdował się fizycznie tak blisko niej. Jego gest można było przyrównać bardziej do wyrazu opiekuńczości, troski, podobnież jak jego wyraz twarzy. - W Ministerstwie odkryliśmy, że odpowiednio stymulowany mózg może żyć dłużej niż zwyczajową minutę lub dwie. Udało nam się utrzymać kilka tych organów przy życiu przez ponad pięć minut, lecz to jest zbyt mało, żeby móc zbadać wszystko. Jak wiesz, pozyskanie materiałów do badań jest dla mnie problematyczne, a sama zauważyłaś, że potrzebuję więcej obiektów z magicznym rdzeniem. Każdy z nich jest na wagę złota.
Wyjaśnił spokojnie, cofając dłoń. Nie chciał wprawiać jej w zakłopotanie, lecz kołyszące się pasmo włosów, przesłaniające błękit jej oczu, byłoby zbyt irytujące, by mógł się w pełni skupić. Na wzmiankę o śmierci klinicznej uśmiechnął się kącikiem ust. O to mu chodziło - mniej więcej.
- Potrzebuję każdorazowo około dziesięciu minut. Śmierć kliniczna może wpłynąć negatywnie na układ limbiczny, jeżeli obiekt przebywałby w tym stanie zbyt długo. Próbki z rdzenia zostałyby zanieczyszczone, nie wspominając o urwanych przekaźnikach i neuronowych połączeniach - ale to nie było wszystko. Coś niebezpiecznego błysnęło w jego oczach, gdy wpatrywał się prosto w oczy Cynthii. - Potrzebuję sprawdzić, jak bardzo układ limbiczny będzie pobudzony, gdy będą na skraju śmierci. Bodźce bólowe to jedno, lecz sama świadomość tego, że czeka ich śmierć, to zupełnie inne reakcje. Do tej pory badałem głównie osoby, które miały nadzieję na ratunek.
Wskazał na teczkę, którą Cynthia trzymała w dłoniach. Pod częścią wniosków widniał właśnie taki dopisek: byli przekonani o tym, że będą wolni.
- Potrzebuję, żeby wiedzieli, że umrą. A gdy już stracą świadomość, a mózg pogodzi się ze śmiercią... Potrzebuję, żebyś utrzymała ich przy życiu przez kilka minut - podczas gdy to on będzie wykonywał brudną robotę. Nie prosił, żeby później ich mordowała. Nie musiał: jeżeli otworzy czaszkę i pokroi mózg, i tak umrą i ich krew będzie na jego rękach, nie jej.