– Żebyś mógł potem mieć wymówkę, że wypicie więcej na raz ci nie zaszkodzi, a robisz to po to, żeby na pewno nic nie czuć? Nie – już widziała, do czego zmierza ta rozmowa, wolała więc to uciąć w zarodku. – Nie wyleczę cię z nienasyconego głodu, nie ma możliwości, by się tego pozbyć, to twoja natura, która jest teraz twoją codziennością – kłamstwo, to było kłamstwo. Był sposób, by wampir nie czuł głodu, miała to w swojej pamięci tak bardzo żywo… Ale ten sposób wymagał ofiar i alchemika doświadczonego i zdolnego, a to wszystko to był bardzo, bardzo grząski grunt. Grunt, na który rzecz jasna zamierzała wkroczyć i była na właściwym torze, ale w tej chwili – było to poza jej zasięgiem i to tak grubo. Nie planowała mu więc robić nadziei, której by się uczepił, tym bardziej że mogła zawieść… bo nie wiedziała, ile miała jeszcze czasu. Dwa miesiące? Listy wymienione z Cynthią wcale jej nie uspokajały, wręcz przeciwnie.
Zanotowała jednak, że Astaroth nie czuł żadnego dyskomfortu, teraz, kiedy już się uspokoił. Że nic mu nie przeszkadzało, nie było nic oczywistego i widocznego – słowem: można było ogłosić sukces.
Właściwie, to nie uważała Astarotha za problem, ale też nie był w jej oczach jedynie szczurem doświadczalnym. Był realną (nie)żywą osobą, która potrzebowała pomocy, a najwyraźniej społeczeństwo czarodziejów, choć podzielone w opiniach, jeśli chodziło o wampiry, nie bardzo było skore im pomóc. I to Victorię drażniło niesamowicie – bo było to niesprawiedliwe. Mieli takie samo prawo, by żyć, jak inni. Byli obywatelami, byli czarodziejami i przede wszystkim, nie byli żadnymi bestiami czy zwierzętami. Nie musieli zabijać zwierząt, by się pożywić, w przeciwieństwie do śmiertelników – niezła ironia, prawda?
Nie uszło jej uwadze, że Sauriel milczał. Że nie chciał się wtrącać, dodawać nic od siebie. Że stroił tylko te swoje wielce mówiące minki, ale poza tym – siedział cicho. To też był niezły komentarz. Nie wiedziała, co się podziało między nimi, żaden nie raczył jej wtajemniczyć, więc teraz kuła z tego, co miała. A skoro tylko ona mówiła, to zamierzała to pociągnąć. Bo uważała podejście Astarotha za… dziecinnie uparte. Jakby nie dostawał tego, co chciał, wiec zamierzał się buntować i szkodzić samemu sobie. I wszystkim dookoła.
– Astaroth… Nie zachowuj się jak rozkapryszone i rozpieszczone dziecko bogatych rodziców. Tutaj nie da się zjeść ciastko i mieć ciastko. Im bardziej będziesz się szarpał, tym więcej siły musisz w to włożyć. Dlaczego nie chcesz tego zaakceptować? To jest fakt i zaprzeczanie mu nie sprawi, że twój los się odmieni. Posłuchaj rady kogoś, kto bardzo walczył, by mieć kontrolę – i nie mówiła tutaj, wbrew pozorom, o Saurielu. Mówiła o sobie. Miała świra na punkcie kontroli… nad samą sobą. Nad emocjami, nad skryciem ich we wnętrzu własnej głowy – ochrona totalna przed wszelkimi wpływami z zewnątrz… i jednocześnie i ona czasami zawodziła i to były te najgorsze momenty w jej życiu, ta utrata kontroli. Ale to, by się nauczyć, też było okupione wielomiesięcznym wysiłkiem. – Twoim największym przeciwnikiem, największym krytykiem, największym nemezis zawsze będziesz tylko ty sam. Znasz się najlepiej, widzisz się w każdej sytuacji, komentujesz w głowie i musisz ze sobą… żyć. I kiedy buntujesz się przeciwko samemu sobie, kiedy stajesz okoniem, bo bardzo nie chcesz poddać się zmianom, które zachodzą, to wszystko staje się o stokroć trudniejsze. Zamiast przejść przez coś… gładko, o ile gładko można przejść przez takie zmiany, jakie ty musisz przejść, ale wybacz mi to spłycenie tematu… Sam rzucasz sobie kolejne kłody pod nogi. Musisz włożyć w każdą rzecz znacznie więcej wysiłku, bo zamiast zaakceptować i uczyć się, jak należy sobie teraz radzić ze wszystkim, co masz przed sobą, to w pierwszej kolejności musisz pokonać samego sobie. I wtedy wcale nie jesteś wygranym, jesteś przegranym – może i były to szorstkie i gorzkie słowa, ale Victoria mówiła je spokojnie i… wbrew pozorom – z troską. Co zabawne, te same słowa mogłaby skierować też do Sauriela. – Zamiast się uczyć i przystosowywać – walczysz. Męczysz się. I wcale nie posuwasz do przodu, tylko stoisz w miejscu – to było przeciwieństwo progresu. – Zrobisz, jak zechcesz, oczywiście. Ale nie mogłabym spać spokojnie, gdybym ci tego nie powiedziała – dodała i uśmiechnęła się lekko, tak w swoim stylu. – Pomogę ci tak czy tak na tyle, na ile będę umiała. Obiecaj mi tylko, że postarasz się trzymać tego planu i jednak będziesz uczył kontroli, a nie pójdziesz na łatwiznę.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)