24.03.2025, 09:11 ✶
—08/09/1972—
Anglia, Londyn
Lorien Mulciber & Anthony Shafiq
![[Obrazek: qOyBb4x.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qOyBb4x.png)
Your blue eyes hold a truth
that my scars are still learning to trust,
and your stick-straight hair falls into your face,
a chaos I can’t help but adore.
![[Obrazek: qOyBb4x.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qOyBb4x.png)
Your blue eyes hold a truth
that my scars are still learning to trust,
and your stick-straight hair falls into your face,
a chaos I can’t help but adore.
Mógł wybrać dowolnie inne piętro, ale okazja była na tyle istotna, że nie zamierzał rozmieniać swoich uczuć na drobne. Kameralne piętro numer trzy, w którym nieskończone gwieździste niebo okraszone pięknem migotliwej nomen omen zorzy zazwyczaj wypełniało się wieczorami, aby rozkochane w sobie pary mogły podziwiać niebo, jak i siebie nawzajem w kameralnej atmosferze, surrealistycznej nieskończoności kosmosu. Nie do końca pasowali do tego odpisu, wciąż poszukując właściwej drogi porozumienia, właściwych słów, w których mogliby się odnaleźć w tej dziwacznej zupełnie nowej dla obu sytuacji.
Minęło tyle lat od czasu, gdy pośród wrzących piasków pustyni dość ciasno splecione ścieżki rozsupłały się warkoczem, pozwalając kłosowi zgubić się gdzieś na wydmach ich szumiących losów. Teraz to się zmieniało, każdy dzień, każda godzina zdawała się na nowo rozkwitać palcami skłonnymi do złapania za krnąbrne włosy i ponownego usytuowania ich w miejscu sobie właściwym. Czy tak rzeczywiście było? Nie dało się wejść dwukrotnie do tej samej wody, z oczywistych względów oboje byli inni po tych latach, odmienni doświadczeniem, odmienni marzeniami i aspiracjami. A jednak wciąż, ciągnęło ich do siebie i nie była to tylko kwestia wspólnego mieszkania, czy kota, którego Anthony w pokorze serca zaakceptował, jako element pomagający na nerwy pogrążonej w żałobie wdowy.
Śmierć nie negowała życia i nie było słów, żeby wyrazić jak Anthony żałował, że nie mógł być z nią w dniu urodzin, gdy oboje gnani zawodowymi sprawami rozjechali się po świecie. Zorza, nie była co prawda Islandzkim obrazem, nie była Norweską podniebną arabeską, ale była wystarczająco blisko i wystarczająco pięknie czy elegancko, aby móc na moment pogrążyć się w ułudzie, że są gdzieś bardzo, bardzo daleko, gdzieś z dala od całego konfliktu, od kłótni, od słów wypowiedzianych w gniewie. Anthony potrzebował tego równie mocno, będąc w sumie prosto po zwięzłej rozmowie z Ministrą. Zapodziany, niepewny w dziwnych szlakach i okolicznościach oferowanych mu przez los. To były jednak jej urodziny, odsunął więc swoje sprawy na bok, by skupić się na kobaltowych oczach w których można było zobaczyć odbicie świata.
Pojedynczy stolik został przygotowany do wykwintnego lunchu, subtelnie uregulowanie magicznych świateł dawało iluzję, ze na piętrze nie ma żadnego innego stolika, choć oni nie byli jakoś drastycznie wyeksponowani. Czekały kwiaty białe magnolie skute magią tak, aby ich płatki nie rozpadły się w żałości i niezgodzie na kwitnienie o tej porze roku, czekał pakunek z egipskim podarkiem dla jej spragnionego wiedzy umysłu, oraz niewielkie puzderko kryjące szmaragdowe cuda zaspokające głodne świecidełek oko. Przybył punktualnie i wziął ją pod rękę by mogli wspólnie wejść na piętro i zająć przygotowane miejsca. Muzyka płynąca z zaczarowanych lewitujących iskier dopełniała tego obrazu, zamykając ich w objęciach snu, z którego być może oboje nie chcieliby się obudzić. Z pewnością tez uznaliby to za kuszącą propozycję, mając świadomość tego co wydarzyć się miało za ledwie kilka godzin. Żadne z nich szczęśliwie nie dysponowało trzecim okiem, a nieświadomość zaiste była definicją szczęścia.
– Dobrze jest wrócić do kraju – podjął, gdy usiedli, choć ciało jeszcze musiało się oswoić z myślą, że siedzą, więc można się rozluźnić. On jednak wciąż czuł wewnątrz napięcie wynikające z tego delikatnego próbowania się wzajem, którego doświadczali od momentu, gdy zaprosił ją pod swój dach. Znali się tyle lat, a jakby znów mieli szansę poznawać się na nowo. Odetchnął głęboko, z lekkim uśmiechem powątpiewania odkrywając to dziwne stremowanie wewnątrz siebie. Trema jednak nie była niczym nowym, wobec wyzwań, które od maleńkości stawiało przed nim życie. Trema była czymś z czym mógł sobie poradzić.
– Jak Ci minął ten tydzień? Myślałem, że odejdę od zmysłów, gdy okazało się, że nie dotarłaś na wyznaczone miejsce Twojej delegacji. – zaśmiał się lekko otwierając samemu butelkę wina, bo wolał aby mogli jak najwięcej być sami, niż żeby kręcił się dookoła nich ktoś z obsługi. Dania był już zamówione, mała degustacja włoskich dań oferowanych przez restaurację. Teraz mogła to być przyjemna anegdotka, dławiący strach mógł zostać przyjemnie spacyfikowany opowieścią. – Jak to się właściwie stało? Wadliwy świstoklik, czy źle wypełnione przez sekretarza okienko w formularzu zgłoszeniowym?
Minęło tyle lat od czasu, gdy pośród wrzących piasków pustyni dość ciasno splecione ścieżki rozsupłały się warkoczem, pozwalając kłosowi zgubić się gdzieś na wydmach ich szumiących losów. Teraz to się zmieniało, każdy dzień, każda godzina zdawała się na nowo rozkwitać palcami skłonnymi do złapania za krnąbrne włosy i ponownego usytuowania ich w miejscu sobie właściwym. Czy tak rzeczywiście było? Nie dało się wejść dwukrotnie do tej samej wody, z oczywistych względów oboje byli inni po tych latach, odmienni doświadczeniem, odmienni marzeniami i aspiracjami. A jednak wciąż, ciągnęło ich do siebie i nie była to tylko kwestia wspólnego mieszkania, czy kota, którego Anthony w pokorze serca zaakceptował, jako element pomagający na nerwy pogrążonej w żałobie wdowy.
Śmierć nie negowała życia i nie było słów, żeby wyrazić jak Anthony żałował, że nie mógł być z nią w dniu urodzin, gdy oboje gnani zawodowymi sprawami rozjechali się po świecie. Zorza, nie była co prawda Islandzkim obrazem, nie była Norweską podniebną arabeską, ale była wystarczająco blisko i wystarczająco pięknie czy elegancko, aby móc na moment pogrążyć się w ułudzie, że są gdzieś bardzo, bardzo daleko, gdzieś z dala od całego konfliktu, od kłótni, od słów wypowiedzianych w gniewie. Anthony potrzebował tego równie mocno, będąc w sumie prosto po zwięzłej rozmowie z Ministrą. Zapodziany, niepewny w dziwnych szlakach i okolicznościach oferowanych mu przez los. To były jednak jej urodziny, odsunął więc swoje sprawy na bok, by skupić się na kobaltowych oczach w których można było zobaczyć odbicie świata.
Pojedynczy stolik został przygotowany do wykwintnego lunchu, subtelnie uregulowanie magicznych świateł dawało iluzję, ze na piętrze nie ma żadnego innego stolika, choć oni nie byli jakoś drastycznie wyeksponowani. Czekały kwiaty białe magnolie skute magią tak, aby ich płatki nie rozpadły się w żałości i niezgodzie na kwitnienie o tej porze roku, czekał pakunek z egipskim podarkiem dla jej spragnionego wiedzy umysłu, oraz niewielkie puzderko kryjące szmaragdowe cuda zaspokające głodne świecidełek oko. Przybył punktualnie i wziął ją pod rękę by mogli wspólnie wejść na piętro i zająć przygotowane miejsca. Muzyka płynąca z zaczarowanych lewitujących iskier dopełniała tego obrazu, zamykając ich w objęciach snu, z którego być może oboje nie chcieliby się obudzić. Z pewnością tez uznaliby to za kuszącą propozycję, mając świadomość tego co wydarzyć się miało za ledwie kilka godzin. Żadne z nich szczęśliwie nie dysponowało trzecim okiem, a nieświadomość zaiste była definicją szczęścia.
– Dobrze jest wrócić do kraju – podjął, gdy usiedli, choć ciało jeszcze musiało się oswoić z myślą, że siedzą, więc można się rozluźnić. On jednak wciąż czuł wewnątrz napięcie wynikające z tego delikatnego próbowania się wzajem, którego doświadczali od momentu, gdy zaprosił ją pod swój dach. Znali się tyle lat, a jakby znów mieli szansę poznawać się na nowo. Odetchnął głęboko, z lekkim uśmiechem powątpiewania odkrywając to dziwne stremowanie wewnątrz siebie. Trema jednak nie była niczym nowym, wobec wyzwań, które od maleńkości stawiało przed nim życie. Trema była czymś z czym mógł sobie poradzić.
– Jak Ci minął ten tydzień? Myślałem, że odejdę od zmysłów, gdy okazało się, że nie dotarłaś na wyznaczone miejsce Twojej delegacji. – zaśmiał się lekko otwierając samemu butelkę wina, bo wolał aby mogli jak najwięcej być sami, niż żeby kręcił się dookoła nich ktoś z obsługi. Dania był już zamówione, mała degustacja włoskich dań oferowanych przez restaurację. Teraz mogła to być przyjemna anegdotka, dławiący strach mógł zostać przyjemnie spacyfikowany opowieścią. – Jak to się właściwie stało? Wadliwy świstoklik, czy źle wypełnione przez sekretarza okienko w formularzu zgłoszeniowym?