– Potrzebujesz z nim pomocy? Proszę, powiedz, że nie potrzebujesz z nim pomocy. Trochę boję się podejść. Robi mi się słabo na widok ran – wyjęczał Tim gdzieś za plecami Ginny. Po tym, jak wywlekł pracownika z dziury i upewnił się, że ten żyje, rusza się i ogólnie rzecz biorąc wszystko jest mniej więcej w porządku, podszedł nieco bliżej, ale wyraźnie rozdarty był w tej chwili między chęcią pomocy koledze, a przestrachem na myśl o tym, co zobaczy, jeśli kucnie obok uzdrowicielki.
Cathal tymczasem ukląkł wprost w wilgotnym już piasku i zaklął, raz po angielsku, potem drugi raz po rosyjsku, a potem trzeci, po egipsku. Jakby czuł, że raz nie wystarczył przy tym, co zobaczył. Gdy McGonagall zajmowała się rannym, usztywniając sprawnie nogę i podając mu eliksir – ranny jęknął, nie odzyskując całkiem przytomności – on pośpiesznie usiłował zrobić coś z tymi pieczęciami… tyle że te nie do końca przypominały takie, z jakimi miał dotąd do czynienia w szkole, w Irlandii, w Peru czy w Egipcie, albo nawet na kartach podręczników.
Może to z tego powodu, a może dlatego, że na moment zamarł, próbując porównać jedną z pieczęci do setek tkwiących w jego głowie, niepotrzebnie przecież, że poszło… źle.
Błysnęło i Cathal został odrzucony, uderzając plecami o ścianę dołu. Opadł na ziemię i leżał tak przez chwilę w bezruchu, nawet nie tylko z powodu oszołomienia: wpatrywał się po prostu w szare niebo nad nimi i myślał sobie, że to chyba nie jego dzień, nie jego miesiąc i w ogóle nie jego rok.
Rzucam sobie pod edycję na WOS, jak pójdzie Cathalowi z pieczęciami.
Akcja nieudana