• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 12 13 14 15 16 Dalej »
[8.06.1971] Jonathan Avery musi zniknąć / Robert & Wilhelm

[8.06.1971] Jonathan Avery musi zniknąć / Robert & Wilhelm
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Wilhelm Avery
#1
30.01.2023, 12:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2023, 12:41 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Robert Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Minął już prawie rok, od kiedy Avery postanowił zostawić ślad na ciele syna. Wybuch gniewu, spowodowany tym, że syn mu się sprzeciwił, było iskra, która spowodowała przysłowiowy wybuch. Długo dochodził do siebie, bo przecież nie mógł z tym udać się do szpitala świętego Munga, by mu pomogli. I być może brak wykwalifikowanego uzdrowiciela spowodował, że ślad był o wiele paskudniejszy, niż mógłby być. Po dojściu do siebie zaczął zastanawiać się nad tym, jak się zemścić. Problem był oczywiście jeden - nie miał nikogo zaufanego, kto mógłby mu pomóc. Fakt jeszcze, iż jego rodzice się ukrywali, nieco utrudniał, bo trzymali go nieco zamkniętego. Dla jego dobra powtarzali. Irytowało go to szczególnie. To był powód, dla którego to wszystko trwało to tak długo i potrzebował zaryzykować i wykorzystać jednego ze swoich klientów do tego. On sam nie mógł zostać z tym powiązany. To był pierwszy i najważniejszy warunek, bo spodziewał się, że ktokolwiek będzie się pytał, co robił w tym czasie. Potrzebował porządnego alibi i to sobie mógł załatwić.

Dlatego z tego powodu musiał wybrać i przygotować jedno z pomieszczeń na Nocturnie do rozmowy z potencjalną osobą. Zabezpieczył je pieczęciami, by mieć pewność, że nikt nie będzie nawet przypadkowym świadkiem tej rozmowy. To już samo w sobie zajęło zbyt wiele czasu, patrząc na ograniczony czas pracy, jaki oczywiście miał. Jego upór od tamtego momentu nie malał z czasem, a miał wrażenie, że rośnie z czasem, jakoby przybliżanie się do określonego celu jeszcze mocniej go motywowało. Mając już wszystko gotowe do ewentualnego spotkanie, wysłał swoją sowę, o całkiem uroczym umieniu Bismarck do jednej z osób, która miała szanse mu pomóc. Roberta Mulciber wydawał się mu, po wcześniejszych kontaktach osobą dość kompetentną.

Londyn 06.06.1971

Witam panie Mulciber.

Wyjątkowo, tym razem ja potrzebuje niewielkiej pomocy przy dość delikatnym problemie. Czy mogę liczyć na spotkanie z panem? Pokój do naszej dysputy będzie zabezpieczony, byśmy mogli bezpiecznie porozmawiać. Sznurek listu jest świstoklikiem. Przeniesie pana za dwa dni o godzinie dziewiątej rano. List sam się spali po przeczytaniu. 

Z wyrazami szaczunku

Wilhelm Avery

Wiedział, że Robert był spokrewniony z nim, choć nici krwi były raczej dość dalekie, nie traktował go jako członka rodziny. Obecnie był dla niego zwyczajnym czarodziejem, z którym prowadził interesy. Dlatego używał takiej formy, a nie banalne stwierdzenia kim dla siebie są. Przygotował oczywiście zaklęcie na sznurku, by nie zawiodło go.

Dwa dni później oczekiwał go w pokoju. Był tam oczywiście wcześniej, dlatego przygotował dla nich trunki, by rozmowa przebiegła dla nich w przyjemnej atmosferze. On sam wybrał sobie czerwone wino, półwytrawne, a dla swojego rozmówcy, whisky. Rodzice nie wiedzieli, że wybył z zabezpieczonego domu. Te zaklęcia ochronne były dla niego dość śmieszne i łatwe do zdjęcia. Oczekiwał na przybycie swojego gościa przy stoliku. Na zewnątrz delikatnie padało, ale nie było słychać kropel deszczu uderzających o parapet. On sam przez ten czas czytał książkę, która kupił niedawno, głównie dla zabicia czasu.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#2
01.02.2023, 21:08  ✶  

Niewiele było osób, którym Robert ufał tak bardzo jak to miało miejsce w przypadku Jonathana Avery'ego. Kuzyna znał od najmłodszych lat. Widział w nim kogoś, na kim można polegać. Wydawało mu się, że na pewne sprawy spoglądali w ten sam sposób; że posiadali te same cele. Przez długie lata działali razem. Dla niego. Dla sprawy. Dla lepszego jutra, które miało wreszcie nadejść - po bardzo długim okresie wyczekiwania. Biorąc to wszystko pod uwagę ciężko nie zrozumieć tego, iż zdrada była w tym przypadku czymś, co Mulciber odbierał mocno personalnie. Poszukiwał kuzyna odkąd niepowodzeniem zakończył się atak wymierzony w sklep Ollivanderów. Choć na ogół nie zaliczało się to do jego obowiązków, zaangażował się w to wszystko osobiście. Sam sprawdzał tropy. Każdy jeden. Z na tyle dużą dokładnością, że nie powstydziłby się tego doświadczony detektyw brygady. Wierzył, że efekty są w tym przypadku kwestią czasu.

Nie spodziewał się jednak, że wszystko przyśpieszy za sprawą jednego listu.

Sowa zjawiła się w czasie, kiedy zajmował się przeglądaniem wydatków z ostatniego miesiąca. Siedział w swoim gabinecie, ze szklanką brandy i całkiem sporym plikiem dokumentów. Nie śpieszył się. W takich sprawach pośpiech nigdy nie był wskazany. Zwłaszcza, kiedy potrzebowałeś wygospodarować całkiem pokaźną sumkę na pewne wydatki. Tu potrzebna była dokładna analiza.

Nie można było popełnić błędu.

Wyciągnął rękę w kierunku Bismarck'a, pozwalając sobie na to, aby pogłaskać sowę po łebku tuż przed tym jak odebrał list. Nie miał tu niczego czym mógł ją w nagrodę poczęstować, ale też nie czuł potrzeby dokarmiania. Tyle dobroci musiało wystarczyć. A było to jak na Mulcibera całkiem sporo. Sięgnął po list. Rozwinął. Przeczytał. Zmarszczył brwi. Sięgnął po szklankę, czując potrzebę wlania w siebie kolejnych procentów. Ilość i tak nie była szczególnie duża. Czy mógł temu zaufać? Odpowiedź była prosta - nie w tym życiu.

Nigdy nie był szczególnie ufny, a jeden Avery zdążył już jego zaufanie stracić.

Nie oznacza to jednak, że otrzymaną szansę zamierzał odrzucić.

Do końca dnia zdołał nie tylko dokończyć zajmowanie się sprawami finansowymi, ale także zaplanować kilka rzeczy związane ze spotkaniem, na które został zaproszony. Przezorny zawsze zabezpieczony, jak to się mawiało. Nie był skłonny do podejmowania nadmiernego ryzyka. Z tego też względu, w dwa dni później, ze świstoklika skorzystały dwie osoby. Jedną był sam Mulciber, drugą natomiast człowiek polecony mu przez Chestera Rookwooda. Ponoć całkiem wprawny w magicznych pojedynkach.

W podróż udali się po wcześniejszym spotkaniu w umówionym miejscu. Nie zaprosił nieznajomego do własnego domu. Wolał zachować w tym przypadku bezpieczny dystans. Spotkali się na Alei Horyzontalnej. Odbyli krótką rozmowę, a następnie pozwolili aby porwał ich sznurek. Nie było to przyjemne uczucie i jak każda podróż tego typu - odbiła się na Robercie uczuciem nudności. Tym razem nie na tyle dużych, aby nie dał rady zachować pozorów.

- Całkiem niezłe lokum, muszę przyznać, Wilhelmie. - przywitał się, dając jednocześnie znać swemu towarzyszowi, żeby nie podejmował żadnych gwałtownych działań, o ile to nie będzie konieczne. Miał tu jedynie czuwać. Wejść w rolę ochroniarza.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Wilhelm Avery
#3
04.02.2023, 13:06  ✶  
Kiedy tylko pojawiły się dwie osoby, Avery zamknął książkę i przyjrzał się gościom. To, co mogło wydawać się nietypowe to fakt, że osoba zapraszająca nie wyglądała za zaskoczona obecnością kolejnego gościa. I tak też faktycznie było. Wilhelm nie napisał nic o tym, by Robert przybył sam, mając ku temu kilka dobrych argumentów. Umysł dawnego krukona połączył kilka kropek. Po pierwsze, dlaczego jego ojciec wymusił na rodzinie ukrywanie się przed światem? Nie było tajemnicą dla niego, kim oczywiście był. To oznaczało, że dobry powód musiał istnieć. Skoro tak, każdy kontakt był ryzykowny i jeśli chciał sprawić, by jego rozmówca poczuł się dość pewnie, on sam musiał dać możliwość zrobienia tego. Oczywiście wyłapał to, jak go nazywał. On sam jako dzieciak nie miał zbyt wielu kontaktów z tą personą. Widywał go co prawda w domu, ale nigdy nie utrzymywali miedzy sobą relacji. Dlatego on sam postanowił zwracać się tak, jak w liście do tej osoby. Zero jakiekolwiek spoufalania się z Mulciberem. Tak też prowadził własne interesy. Po chwili postał, by jego goście mogli zauważyć, że nie ma różdżki przy sobie. To kolejny element, by goście poczuli się bezpiecznie, a także uznali, że mają przewagę. Sprawienie takowego wrażenie pozwoli przeprowadzić rozmowę w odpowiedni sposób i liczył na to, że jego plan się powiedzie. Długo nad nim pracował.
- Witam panie Mulciber. Proszę wybaczyć, że nie powitam pana, tak jak należy się komuś o pańskim statucie. Pragnę zauważyć jednak, że w obecnej sytuacji jakikolwiek ruch z mojej strony może być odebrany nie tak, jakbym sobie życzył i spowodować niepotrzebne nieporozumienia. - Dlatego też nie podchodził do niego, by we wpojony przez ojca sposób witać się z tym człowiekiem. Otrzymanie pewnej granicy dla niego było optymalne.
- W ramach drobnej rekompensaty przygotowałem trunek, który mam nadzieje, wynagrodzi choć trochę niedogodności wynikające z przybycia tutaj. - Wskazał na butelkę brązowego alkoholu i czystą szklankę, która znajdowała się przy stoliku. Przecież to nietaktowne rozmawiać na stojąco. Dlatego tez czekał, aż jego gość pierwszy usiądzie. Nie proponował nic do picia trzeciej osobie, ponieważ tak naprawdę byłoby to raz, że podejrzane, a dwa zmarnowałaby czas. Co do niegodności to chodziło oczywiście poświęcony mu czas. Czy pierwszy etap jego planu przebiegnie bez większych problemów? Drugi i tak był o wiele trudniejszy i tu, choć próbował cokolwiek wymyślić, na końcu i tak będzie jedna wielka improwizacja. Robert absolutnie nie miał żadnego logicznego powodu dla niego, by rozważać pomoc, więc w tym aspekcie nie miał przewagi. Dlatego należało kombinować i spróbować to rozegrać dobrze.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#4
07.02.2023, 18:26  ✶  

Podczas gdy Robert względnie swobodnie zapoznawał się z pomieszczeniem, ze sporym spokojem, towarzyszący mu czarodziej stanął z boku. Zgodnie z ustaleniami, miał pełnić rolę obserwatora i ochroniarza. To też starał się robić. Jego oblicze skryte było pod całkiem obszernym kapturem. Można było zauważyć sporo - chociażby to, iż mężczyzna posiadał nieco dłuższe, ciemnobrązowe włosy - ale też wiele pozostawało dla oka ukryte. Zwłaszcza jeśli człowiek nie decydował się podejść bliżej. Nie próbował się dokładniej mu przyjrzeć. Mężczyźnie zależało na zachowaniu pewnej anonimowości. Podjęte środki wydawały się na ten moment wystarczającymi.

- Mam nadzieje, że to spotkanie nie okaże się zwykłym marnowaniem mojego czasu. - odpowiedział, przenosząc uwagę na wskazany przez Wilhelma alkohol. Podszedł do stolika, sięgnął po butelkę, zapoznając się z etykietą. Poświęcając chwilę na obrócenie butelki w dłoni, a nawet odkorkowanie. Nie zdecydował się jednak napełnić alkoholem żadnej ze szklanek. W innych okolicznościach nie odmówiłby procentów, teraz nie zamierzał ryzykować. Cholera jedna wie, co mogło się tutaj znajdywać. W jaki sposób by to na niego zadziałało. Nie ufał Wilhelmowi. - Przekaż ojcu, że ostatni budynek, w którym się ukrywaliście był znacząco poniżej poziomu kogoś należącego do tak starej i szanowanej rodziny. Jonathan strasznie się stoczył przez tych kilka tygodni. - odkładając butelkę na stół, pozwolił sobie przyznać się do tego, że był jedną z osób, które aktywnie starały się odnaleźć Jonathana Avery'ego oraz jego bliskich. Przeniósł spojrzenie na Wilhelma, chcąc cokolwiek odczytać z jego twarzy. Jak zareagował na jego słowa? Ile wiedział? Roberta to wszystko żywo interesowało.

Wreszcie pozwolił sobie usiąść, zajmując jedno z miejsc przy stoliku. Założył nogę na nogę, jak to miał w zwyczaju. Niezbyt częste w przypadku mężczyzn, ale zarazem tak charakterystyczne dla Mulcibera, że chyba bardziej już się nie dało. Z kieszeni spodni wyjął paczkę papierosów. Te należały do niego, nie znajdywały się więc na liście rzeczy zakazanych. Tak jak alkohol.

- Palisz? - zapytał, zachęcając tym samym chłopaka, żeby podszedł. Poczęstował się. Zajął drugie miejsce. W stronę swojego ochroniarza takiej propozycji już nie wystosował. Zdawało się wręcz, że zapomniał o jego obecności. Na pewno mu ona nie wadziła jakoś szczególnie.

Nie śpieszył się z przejściem do sedna. Nie dopytywał o konkretny powód spotkania. Owszem, był ciekawy, ale mógł sobie pozwolić na to, aby na szczegóły zaczekać. Czas go nie gonił, zarezerwował go na ten dzień całkiem sporo. Na spokojnie odpalił papierosa. Nie przejmował się ewentualnym brakiem popielniczki. Zaciągnął się, wypuścił z ust dym. Odchylił się przy tym lekko do tyłu. Nieznacznie.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Wilhelm Avery
#5
08.02.2023, 20:49  ✶  
Na razie wszystko jeszcze nie przybrało negatywnego aspektu. Na razie miał wrażenie, że po prostu Robertem coś kierowało. Zwykła ciekawość? Nie miał do końca pewności po jego odpowiedzi, która mówiła odrobinę o powodach, które nim kierowały. Jeśli uznałby to za zmarnowanie czasu, nie przybyłby tutaj. Może miał jakieś oczekiwania? Niezależnie od powodów, jakie nim kierowały, dla niego wyglądało, że był zainteresowanym tym, co dla niego przygotował.
Muciber podszedł obejrzeć trunek, ale nie zdecydował się napić. Nie miał chęci, czy inny powód? Szczerze to może i by się znalazło kilka wyjaśnień, dlaczego tak postąpił, ale i tak dla niego było to zgadywanie, co może być powodem. Rzucił okiem na ochroniarza, który się nie ruszył i ewidentnie robił za kogoś, kto ma ochraniać plecy. Kolejny raz zastanawiał się, dlaczego Robert zabrał kogoś takiego, ale brakowało mu wskazówek. Te dopiero później nadeszły i to w sposób, którego się nie spodziewał.
Pierwszą reakcją na słowa o tym, było prychnięcie. Powód tej reakcji była oczywiście irytacja wynikająca z zachowania jego ojca, a nie słów jego rozmówcy. Doskonale wiedział, że nikt i nic nie przemówi mu do rozumu. Skrywana irytacja oraz gniew bardzo szybko znalazły ujście, ignorując implikacje wynikające jego słów.
- Jakbyś miał może jakiś eliksir mądrości, to by wyleczyło jego głupotę. - Prychnął w odpowiedzi, a dopiero potem uświadomił sobie, co on powiedział. To on ich szukał! Dlaczego? Czyżby o to chodziło? No to teraz zaczynało się wszystko układać w całość. Dlaczego tu przybył z osobą dodatkową, nie chciał pić trunku. Już powoli jego krukoński umysł zaczynał łączyć kropki.
- Myślę, że spokojnie mogę ukoić obawy o marnotrawienie czasu, panie Mulciber. - Powiedział po chwili. To by oznaczało... Poczuł pewne podekscytowanie, bo może miał odrobinę szczęście albo przypadkiem zażył Felix Felicis i o tym nie wie. Oczywiście o ile podejrzenia były słuszne.
- Dziękuje panie Mulciber, ale muszę odmówić tej szczodrej propozycji. - Odpowiedział, gdy chodzi oczywiście o palenie. Wziął jednak swój kieliszek wina i przysiadł się do głównego stołu, który był przygotowany dla nich. Miał nadzieje, że faktycznie wszystko układa się tak dobrze, jak podejrzewa i nie jest to cholerny sen, gdzie obudzi się za chwile i zacznie przeklinać świat i Merlina za taki sen.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#6
09.02.2023, 21:11  ✶  

Kiwnął głową. Skoro chłopak nie chciał, to go namawiać nie będzie. Najwyraźniej za papierosami nie przepadał, albo nie zamierzał brać ich od niego. Swoją drogą, ta druga opcja świadczyłaby o Wilhelmie dobrze. Znaczyłoby, że był ostrożny; że myślał. Robert nie zamierzał jednak wyciągać zbyt pochopnych wniosków na temat swojego towarzysza. Wiedział, że pierwsze spotkania potrafiły być pod tym względem złudne. Mogły wprowadzić człowieka w błąd.

Nie żeby faktycznie widzieli się właśnie po raz pierwszy. Po prostu nie mieli dotąd okazji poznać się bliżej. Lepiej. Być może jednak otwierała się przed nimi właśnie szansa na to aby to zmienić.

- Twoja strata. - ograniczył się do takiego komentarza. Pozwolił sobie wypuścić dym mniej więcej w tym kierunku, w którym znajdywał się chłopak. Przypadkowo? Możliwe. Celowo? Też nie dało się tego wykluczyć. Na pewno nie zwrócił na ten fakt większej uwagi. Nie przeprosił Wilhelma. Do tego ostatniego zresztą Robert był nieprzyzwyczajony. Wysoce prawdopodobnym jest, że słowo przepraszam nie figurowało w jego słowniku.

Nie śpieszył się, żeby zadać pytanie. Z niczym się nie wyrywał. Na spokojnie pozwolił Avery'emu sięgnąć po wino. Posadzić tyłek na krześle. Sam w międzyczasie zorganizował sobie popielniczkę. Musiał gdzieś strzepnąć tę odrobinę popiołu, w którą zamieniały się kolejne fragmenty papierosa. Powoli. Nieśpiesznie. Nie zrzuci tego przecież na podłogę. Być może dla innych byłoby to wszystko jedno, ale on do tych osób się nie zaliczał.

- Będziemy wszystko niepotrzebnie przedłużać czy może przejdziemy jednak do sedna? - padło z jego strony, kiedy oderwał swojego papierosa od prostej popielniczki. Był co prawda człowiekiem cierpliwym, ale cierpliwość w jego opini była czymś zupełnie innym niż marnowanie czasu. Z reguły nie bawiła go zabawa w kotka i myszkę. Uwalnianie ofiary, ponowne polowanie na nią. - Powiedz mi w czym potrzebujesz pomocy i dlaczego miałbym zdecydować się Ci jej udzielić? - to mówiąc nie odrywał spojrzenia od chłopaka. Wpatrywał się w niego tak, jakby chciał odczytać to, co właśnie znajdywało się w jego głowie. Poznać myśli. I w zasadzie, to faktycznie tak było. Po części. Kusiło sięgnąć po różdżkę. Wypowiedzieć znane zaklęcie.

Może później się na to zdecyduje. O ile uzna to za potrzebne.

 
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Wilhelm Avery
#7
09.02.2023, 21:35  ✶  
Jak tylko dym poleciał w jego stronę, nieznacznie odsunął się od stolika, by go nie wąchać. To wystarczyło, by nie wejść w chmurę, jaka powstała po czynie Roberta. Nie powiedział jednak ani słowa. Uskarżanie się dla niego było dziecinne. Kolejna z niezbyt przyjemni lekcji w domu Avery. Także niezbyt uśmiechało mu się zwlekanie, aczkolwiek nie chciał wyjść na czarodzieja dość zdesperowanego, by błagać go o pomoc. Dlatego sam nie zaczynał tego tematu i nieznacznie kącik ust mu się uniósł, jak on sam przeszedł do "upomnienia" go. Czekał na ten moment.
- Jeśli dobrze rozumiem sytuacje, nasze cele są dość zbieżne. - Powiedział, co miało go spróbować zainteresować, bo dlaczego on jako młokos mógł wiedzieć, co chce Robert osiągnąć? To oczywiście była podpowiedź obosieczna, bo i on mógł wyciągnąć ta samą konkluzję co on. Liczył tym samym także na jeszcze większe zaintrygowanie z jego strony.
- Chciałbym, by mój problem zniknął permanentnie w taki sposób, że ani aurorzy, ani brygada nie byliby mnie w stanie z tym powiązać. Oczywiście ten kłopot ma swoją nazwę, a dokładniej dwie. Jonathan oraz Martha Avery. - Spojrzał wymownie na Roberta, bo nie dość, że praktycznie zdehumanizował swoich rodziców i przedstawił w ich roli przedmiotów, które są jednocześnie utrapieniem i niechciane. Co do własnej siostry to nie był do niej przywiązany. Jeśli zginie, nie będzie jej przecież mu szkoda. Rodziną byli tak naprawdę tylko i wyłącznie na fotografii.
- Dlaczego miałby pan tej pomocy udzielić? Odpowiedź jest oczywista. Mogę zdradzić, gdzie obecnie się ukrywamy, a jak rozumiem, pan ich szuka. Czy mogę liczyć na pańskie wsparcie, panie Mulciber? - Spojrzał na niego, będąc ciekaw, jak właściwie zareaguje. To był ten właśnie krytyczny moment, od którego zależał drugi etap ich rozmów. Jeśli faktycznie chciał odkryć ich miejsce, gdzie się ukrywają, musiał mieć ku temu powód. Podejrzewał, kim jest i dlaczego tak się sytuacja potoczyła. On chciał ich po prostu się pozbyć ze swego życia. Dlatego wcześniej powiedział, że ich cele są zbieżne. Więc jak zareaguje na to jego rozmówca? On sam przy tym wszystkim był poważny i żadnego, najmniejszego cienia żartu po nim się nie zobaczy. I właśnie teraz sobie uświadomił, że bardzo ryzykuje.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#8
09.02.2023, 22:14  ✶  

Czasami bywa tak, że cholernie się starasz. Długo nad czymś pracujesz. Ciężko również. W zasadzie to wręcz wypruwasz sobie nad tym flaki i... chuja z tego masz. Dokładnie tyle. Tylko tyle. Za każdym razem biały króliczek wymyka Ci się z rąk, zmuszając do tego, żebyś wszystko zaczynał od nowa; żebyś ponownie zaczął za nim gonić. Dokładnie tak przedstawiała się sprawa Jonathana Avery'ego. Nie była prosta. Nie była łatwa. Wszystko przeciągało się w czasie.

Przeciągało się aż do tego momentu, kiedy zupełnie niespodziewanie pojawiła się na wyciągnięcie ręki opcja, która mogła pomóc z całą tą sprawą się uporać.

Wreszcie ją zamknąć.

Uważnie słuchał Wilhelma. Przez cały czas go obserwował. W głowie Mulcibera pojawiały się kolejne pytania, których nie zdecydował się jednak zadać na głos. Nie przerywał chłopakowi, nie odzywał się bez wyraźnej potrzeby. Z niczym się nie śpieszył bardziej niż to było konieczne. Nie chciał postawić kolejnego kroku na tym polu, pod którym ukryty był mechanizm pułapki.

Bo przecież nadal nie miał pewności odnośnie tego czy za tym wszystkim nie krył się jakiś podstęp.

- Odważnie zakładasz, chłopcze, że znasz mój cel. - zauważył, zaraz po tych słowach ponownie przykładając papierosa do ust. Uważnie dobierał słowa. Zanim wypowiadał na głos kolejne, te rozbrzmiewały w jego głowie. Upewniał się, że brzmią w odpowiedni sposób. Właściwy.

Chwilę milczał, zastanawiając się w jaki sposób należy podejść do tego, co padło właśnie z ust Wilhelma. Ciężko było nie zrozumieć tego, co chłopak miał na myśli. Co właśnie... nie, w zasadzie on nawet tego nie sugerował. Był na tyle odważny, żeby powiedzieć o tym wprost. Odważny albo głupi. W grę mogło wchodzić również połączenie jednego z drugim.

- Dlaczego miałbyś to zrobić? - zapytał. I było to pytanie logiczne. Jonathan był jego ojcem. Martha matką. Jakimi musieli być rodzicami, skoro Wilhelm gotów był na tego rodzaju poświęcenie? Blizna ciągnąca się od szyi, przez policzek, zahaczająca o kawałek ucha, stanowiła w tym przypadku pewien trop. Na ile mógł jednak temu zaufać? Robert sam miał nie najlepsze relacje z ojcem. Franka szczerze nienawidził. Nie zmieniło się to nawet po jego śmierci, a kwiatki wąchał od spodu już ponad 6 lat. To całkiem spory kawał czasu.

Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód

Wilhelm Avery
#9
11.02.2023, 18:40  ✶  
Zastanawiał się przez chwile, czy ujawniać kolejne karty, które posiadał. Byłby to błąd, ale nie miał zbytnio wyboru. To nie była do końca prawda, ale wyobraził sobie wcześniej, jakie ma opcje i ta była najmniej szkodliwa dla niego samego. Ujawnienie pewnych powiązań, będących oczywistościami byłoby lepsze, niż zamiatanie sprawy pod magiczny dywan.
- Cóż... - Zaczął powoli, by jednocześnie zastanawiać się nad odpowiednim doborem słów. - Chyba będzie lepiej, jak zacznę od początku. - To bardziej powiedział oczywiście do siebie, niż do Roberta, jednakoż kryło się w tym przesłanie także dla niego. Nie widział w tym zagrożenie, bo każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie, połączy fakty.
- Wszyscy, którzy ukrywają się i próbują do minimalnego poziomu ograniczyć kontakty ze światem na zewnątrz, mają dwa powody, by tak postąpić. Pierwszy to taki, że wybierają tę drogę samemu. Drugi, że zostali do tego zmuszeni. W przypadku tego ostatniego jedyną słabością są bliscy, których czasem nie potrafią porzucić i zmuszają do postępowania w ten sam sposób. Co powoduje, że taki ruch wykonują? Spokojnie można założyć, że strach, bo minimalna jest szansa na inny powód. - Może trochę pokrętnie odpowiadał, ale wiedział, że mówił z sensem, bo pokazywał sposób analityczny sytuacji, bazując na tym, czego można się spodziewać, jednocześnie nie odkrywając własnej wiedzy.
- Kto może szukać osoby, która się ukrywa? Tu opcje mamy dwie. Aurorzy i Brygada jako jedna część lub osoby, które zdradził w jakikolwiek sposób. Tu dochodzimy do sedna. Nie wygląda mi pan na osoby z pierwszej grupy, a patrząc na to, kim jest lub był mój ojciec, wniosek nasuwa się sam. Oczywiście to wystawia mnie na pewne niebezpieczeństwo, ale jak jeszcze pan z moim ojcem był w dobrej komitywie, dał pan odczuć, że jest pan czarodziejem interesu. - Oczywiście wiedział, że cis robi ze zdrajcami. Nie postępuje się z nimi lekko, dlatego wspomniał właśnie o niebezpieczeństwie. W jego głowie brzmiało to tak, jakby nie zdradził nic szczególnego, co by sam rozmówca nie wiedział. Oczywiście mógł się mylić, ale gdzie tu miałby popełnić błąd w swoim planie? Jeśli czegoś mu brakowało, nie widział tego.
Kolejne pytanie było z tych, przy którym miał nieco cięższy orzech to zgryzienia. I po mimice twarzy, która wyrażała zdecydowanie niezadowolenie, można było śmiało założyć, że miał problem z odpowiedzią. Przecież nie będzie opowiadał o tym, co go spotkało. Mulciber nie był osoba, która chętnie wysłuchuje takich rzeczy. Tym jedynie by go zniechęcił. Pomijając fakt, że sam nie będzie o tym mówił. Dłuższe milczenie oznaczało z jego strony tylko to, że wciąż nie znalazł odpowiedniej kombinacji słów. Dopiero po dłuższej chwili, chyba odnaleźć idealny sposób na wyczerpującą odpowiedź na to pytanie.
- Jakiekolwiek słabe zwierze, czy to zwyczajne lub magiczne będące zaszczute, doprowadzone do skrajności oraz niemające gdzie uciec, zaatakuje oprawce, bo będzie to dla niego jedyna szansa na ratunek. Czarodzieje w takiej sytuacji reagują na trzy sposoby: Poddają się, mają gorącą krew i postępują jak zwierzęta lub są opanowani i oczekują na swoją szansę. - To dla niego było najlepsze, co mógł powiedzieć, obrazując względnie sytuacje, która doprowadziła do takich decyzji bez wdawania się w szczegóły. Ton, którym wypowiadał te słowa, był całkowicie pozbawiony emocji, jakby nie miało to dla niego znaczenia, ale prawda była inna. To miała tak silne odczucia, że musiał dosłownie stłumić to, co czuł, by wyglądało tak, że faktycznie jest opanowany.
Porządny Czarodziej
To zostanie między nami.
Tylko nami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierzący 183 cm wzrostu, mężczyzna o ciemnych, acz wyraźnie posiwiałych włosach. Posiadacz oczu o kolorze brązowym, w których czasem da się dostrzec nieco zieleni. Robert jest zawsze gładko ogolony. Zadbany. Ubrany adekwatnie do sytuacji.

Robert Mulciber
#10
11.02.2023, 20:16  ✶  

Potrzebował czegoś więcej, żeby zdecydować się na udzielenie pomocy; na podjęcie współpracy z Wilhelmem. Tutaj nie mogło się obyć bez odkrycia kolejnych kart; bez odrobiny ryzyka. Na te ostatnie zresztą czasami warto było się zdecydować. Po tym jak zadał kolejne pytania, z papierosem w ręku słuchał tego, co do powiedzenia miał krewniak. Wszystko analizował. Obracał w dłoni każdy jeden puzzel. Łączył ze sobą kolejne elementy układanki. Elementy, które tak swoją drogą, zdawały się pasować do wstępnie poczynionych założeń. Opcje były w tym przypadku dwie - albo dał się podejść dzieciakowi (byłoby to nie do zaakceptowania), albo też dobrze to i owo odczytał.

Umieścił pozostałości papierosa we wnętrzu popielniczki. Zgasił.

- Rozumiem. - cofnął dłoń, która wylądowała na udzie.

I faktycznie poniekąd rozumiał. To zrozumienie dla sytuacji Wilhelma nie oznaczało jednak zarzucenia pewnej ostrożności. Robert nie zamierzał kierować się tym, w jaki sposób wyglądała jego własna relacja z rodzicami. Nie zamierzał pozwolić na to, żeby emocje tutaj namieszały. Kiedy pozwalasz na to, żeby miały one wpływ na Twoje decyzje, jednocześnie się odsłaniasz. Przestajesz myśleć trzeźwo. Nie kalkulujesz wszystkiego na chłodno.

Wyjął ukrytą w kieszeni różdżkę, umieszczając ją przed sobą. Na stole. Na tyle blisko, żeby nie podejmować pod tym względem nadmiernego ryzyka. To na niej skupił teraz swoją uwagę, w niej utkwił na tych kilka chwil własne spojrzenie.

- To, że rozumiem nie znaczy jednak, że nie będę potrzebować potwierdzenia. - kontynuował. Podniósł głowę, przeniósł spojrzenie z powrotem na Wilhelma. - Tylko od Ciebie zależy jak to wszystko będzie wyglądać. Możesz to wszystko nam ułatwić, możesz utrudniać. Słyszałeś zapewne kiedyś o legilimencji? - tutaj zostawił mu chwilę na potwierdzenie bądź zaprzeczenie. Nie była to jednak na tyle duża ilość czasu, żeby mógł zrobić coś więcej; coś konkretnego. - Jeśli mam w tym wszystkim pomóc, chce zyskać pewność, że faktycznie stoimy po tej samej stronie.

Czy musiał dokładniej tłumaczyć? Oby nie. Nie lubił produkować się bardziej niż było to w jego mniemaniu konieczne. Nie chciał niepotrzebnie strzępić języka. Miał nadzieje, że wyraził się wystarczająco jasno; że zrobił to w sposób zrozumiały.

Ochroniarz, dotąd stojący w odpowiedniej odległości od Wilhelma i Roberta, w międzyczasie przesunął się nieco bliżej, dając temu pierwszemu do zrozumienia, że cały czas tutaj jest, że wszystkiemu się przygląda, słucha, że zachowuje gotowość do działania. Dało się zauważyć, iż w jego ręku również pojawiła się różdżka. Dotąd skryta, teraz pełniła funkcję przedłużenie prawej ręki czarodzieja. Była gotowa do tego, żeby wesprzeć swego posiadacza.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Robert Mulciber (2329), Wilhelm Avery (2944)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa