Myślałem, że wreszcie się zamknie - przeprosi, powie chociaż jedno z tych wykrzywionych, naciąganych zdań w stylu: „No dobra, poniosło mnie.”, głupie przeprosiny, półsłówka, zrzędliwe „Może przesadziłem.”, jakiś gest, który będzie udawał, że go to obchodzi, niezręczne „Sorry, Prue.” i po sprawie, usiądzie z powrotem przy ogniu jak człowiek - nasz człowiek, ale nie... Nie, kurwa, Romek znowu otworzył usta. Wziąłem głębszy oddech, spojrzałem na niego, jakby był kimś zupełnie mi obcym.
- Lomek... - Zacząłem, nisko, cicho, z takim spokojem, który mógł być tylko zapowiedzią czegoś gorszego. Może to nie była najładniejsza wersja przyjaźni, ale była prawdziwa, bo jeśli ktoś przeginał, to dostawał po pysku. Słownie, póki miałem cierpliwość - fizycznie, jeśli naprawdę się uparł. - S całym szasunkiem, ale zamknij kulwa moldę. - Westchnąłem - długo, przeciągle, przez nos - nie miałem ochoty się drzeć. Byłem zbyt zmęczony, byt rozczarowany, za stary na to, żeby próbować ratować kogoś, kto najwyraźniej chciał się pogrążać. - Weś szię, kulwa, ogalnij. - Mruknąłem cicho, prawie bezgłośnie, ale w tonie, którego nie dało się pomylić z żadną prośbą - bo nikt nie zabił Romulusa, ale on właśnie zabijał całą atmosferę, minuta po minucie, centymetr po centymetrze, swoim bełkotem.
- Pszeploś ją... - Powiedziałem znów, już bez emocji. - Jesteśmy pszyjasiółmi, Lomulus, ale nie pozwolę ci gnoiś nikogo, tylko dlatego, sze mas zły dzień. Masz tszy sekundy. - Dodałem. - Albo pszeplasasz, jak człowiek, albo wypieldalasz do jeziora, mosze się ochłodzis. Bo nie będzies tu lobił scen, lozumiesz? - Nie powiedziałem tego głośno, ale powiedziałem to w taki sposób, że nawet komary nad wodą przestały bzyczeć. Nie spodziewałem się - a powinienem - że Roman postanowi wybrać trzecią opcję...
Percepcja (◉◉◉○○) - dostrzeżenie zamiarów Romulusa - wyciągnięcia różdżki.
Sukces!
AF ( ◉◉◉◉○) - uderzenie w rękę Romka, z różdżką, i strącenie mu jej w dół, zanim wbije mu różdżkę w szyję.
Sukces!
Muszę przebić 68 w obu przypadkach.
To przyszło nagle - jeden impuls, jeden błysk - to, co z początku było tylko niepokojem, czymś znajomym i odpychającym zarazem, przerodziło się w realne, bardzo fizyczne unieruchomienie. Zamarłem - ciało napięło mi się jak struna, ale nie z gniewu. Zostałem zmuszony - zatrzymany, coś we mnie się wyłączyło, a coś innego - zimnego, mechanicznego, obcego - przejęło stery. Ktoś, kto powinien był wiedzieć, że tego się nie robi, nie, jeśli jesteśmy rodziną - tą popapraną, spierdoloną rodziną, która z wyboru się trzyma razem - to nie wbija się komuś różdżki w gardło tylko dlatego, że nie dostało się atencji, jakiej się chciało.
Poczułem różdżkę pod żuchwą - twardy nacisk drewna, precyzyjny, i to cholerne wahadełko, które znałem. Znałem, kurwa, aż za dobrze. Wiedziałem, co potrafił z nim zrobić, jaką miał wprawę, ile razy bawił się tym w głowach obcych i znajomych, z wyrafinowaniem drapieżnika, kocura, tylko w białych rękawiczkach.
„Ty popierdolony, egocentryczny, zmanierowany pojebie...” - Chciałem to wywarczeć, rzucając mu się do twarzy, ale nie mogłem - nie byłem w stanie tego z siebie wyrzucić. Widziałem tylko to - mosiądz, lśniący, kołyszący się w hipnotycznym rytmie. Nie mogłem ruszyć ręką - nie mogłem odwrócić głowy, mie mogłem nawet splunąć mu pod nogi, chociaż każda moja cząstka próbowała to zrobić. Słyszałem jego głos... Jedwabisty... Skurwiały.
Wszystko we mnie wrzeszczało - cały mój instynkt, wszystkie lata, które przeżyłem jako własna, wolna, niepodległa jednostka. Każdy pieprzony miesiąc. Byłem więźniem własnej głowy - i, co gorsza, to zaczynało mijać, rozmywało się, robiłem się coraz bardziej obojętny na moje refleksje, byłem bardziej podatny... Zamrugałem, ale nie mrugnąłem - mój wzrok się zawiesił, wbrew mnie. Nie patrzyłem już na Romulusa - patrzyłem na to, co trzymał w dłoni - mały ciężarek zaczął się poruszać - leniwie, rytmicznie, cicho. Wahadełko - Romulus nosił je zawsze przy sobie - precyzyjne, mosiężne, wypolerowane jak jego własne ego. Nie poczułem magii, poczułem... Spokój. Narastający spokój, którego nie chciałem, jak gdyby ktoś rozpuszczał mnie od środka. Czułem, jak opadają mi ramiona, i coś ze mnie uchodzi. Siła? Wola? Wściekłość. Głos Romulusa był cichy, obślizgle miękki...
Nie widziałem Corneliusa, nie słyszałem dokładnie jego słów, ale coś - ton, siła, ta znajoma ostrość - przebiło się przez wszystko... W sekundę później poleciałem do tyłu, gwałtownie cofnięty przez niewidzialne uderzenie, jakby ktoś mnie wyrwał z fotela, w którym siedziałem zakuty w kajdany Romana, i rzucił w tył, jak worek mięsa. Powietrze wyrwało mi się z płuc, zgrzytnąłem zębami, ale to wystarczyło - to naprawdę wystarczyło - żeby coś pękło. Pękła iluzja. Pękł rytm wahadła. Pękła uległość.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)