Jeśli ją to wszystko przytłoczyło i namieszało w głowie – bardzo namieszało w głowie, scena w gabinecie Philippy aż za dobrze to pokazywała – to w Dorze coś popękało. Może wiara w świat i w ludzi. A Morpheus zdawał się nosić niewidzialny ciężar, który ciągnął go coraz bardziej do ziemi.
– Erik jest chyba za bardzo optymistyczny na jasnowidza – oceniła krytycznie. – Poza tym nie podoba mi się ta myśl. Wiedziałby za wcześnie, co dla niego planuję i wszystko by się popsuło… I mówiąc szczerze, uważam, że Millie może być uśpionym jasnowidzem, wspominała o rzeczach, które jakoś pasują do snów, jakie miałam jako dziecko… Musiała spytać czy w końcu zdecydowała się na tę wizytę u szeptuchy. - Dora, skarbie, chcesz w przyszłym tygodniu wybrać się, żeby kupić trochę sadzonek? W Hogsmeade sklepy działają normalnie – powiedziała, pochylając się ku Crawleyównie. Nie była pewna, jak ją pocieszyć. Do diabła, jedyne co jej przychodziło na myśl to „chodź, przygarniemy kotka”, ale mimo całej swojej miłości do zwierząt nie była pewna, czy nawet kotek zaleczy rany na duszy.
Słońce powoli się obniżyło, niebo na wschodzie przybrało barwę granatu, a to na zachodzie czerwieni. Zaczarowane lampy, pozbawione choćby śladu ognia, emanowały ciepłem, a Brenna sięgnęła po koc, przerzucony przez oparcie ławki, by podać go Dorze. Jej matka zgarnęła kolejny, podsuwając okrycie Godrykowi. Wraz z zapadającą ciemnością, lampiony rozjarzyły się blaskiem, i zaczęły powoli zmieniać kolory.
– Ktoś był dziś na jarmarku z okazji Mabon? Wiecie, że sprzedają tam owoce suszone w popiele? Zastanawiam się, czy to… no te owoce przykre tym popiołem, czy chodzi o coś innego.