• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [24.09, nad ranem, Snowdonia] Polowanie na Yaskhiera

[24.09, nad ranem, Snowdonia] Polowanie na Yaskhiera
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#1
28.10.2025, 09:45  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2025, 10:21 przez Brenna Longbottom.)  
Ściemniło się już bardzo dawno: odtańczono pierwsze, drugie i dziesiąte tańce, zjedzono tort i wypito zdrowie państwa młodych bardzo, bardzo wiele razy. Brenna nie była pewna, która jest godzina, ale raczej bliżej pozostawało do ranka niż do północy – część gości, która nie zamierzała pozostawać na kolejny dzień, ulotniła się, paru spadło pod stoły i zostało dyskretnie odprowadzonych do pobliskich namiotów, inni udali się tam sami. Niektórzy wciąż jeszcze bawili się przy stołach choć nieco mniej żywiołowo niż wcześniej: teraz głównie prowadzono rozmowy albo popijano alkohol, jeśli jeszcze ktoś popijać go był w stanie.
Brenna akurat rozmawiała na uboczu z panną młodą, korzystając z tego, że po tylu godzinach miała ona trochę czasu dla kogoś, kto nie był z najbliższej rodziny, gdy dopadła je pani Yaxley, wyraźnie zirytowana. Otóż jeden z przyszywanych wujków Geraldine najwyraźniej spił się trochę za bardzo i postanowił, że koniecznie musi znaleźć złotego smoka. Nie byłoby to problemem gdyby po pierwsze, nie znikł wszystkim z oczu, po drugie, nie istniało pewne ryzyko, że jeśli nie zrobi sobie nawet w nim krzywdy po pijanemu, to spróbuje dotrzeć aż do Rowlów, po trzecie, że ojciec panny młodej koniecznie chciał go szukać, zaś Jennifer absolutnie nie zamierzała na to pozwolić, wszak on też wznosił toasty za szczęście córki aż nazbyt entuzjastycznie. Było też po czwarte: razem z nim znikła jedna z goszczących na weselu pań i lepiej było się upewnić, czy nie wybuchnie tu jakiś skandal towarzyski.
– Ger, nie możesz porządnie tropić w tej sukni, jeszcze ją zupełnie zrujnujesz – oświadczyła natychmiast Brenna, spoglądając na poły białej spódnicy, ciągnące się aż do ziemi, i oczyma wyobraźni już widziała, co się stanie, jeśli Geraldine zacznie w niej klękać na trawie, by zbadać jakiś ślad na ziemi albo wejdzie w krzaki, na których dostrzeże fragment ubrania. O nie, nie, nie, nie było o tym nawet mowy. Zresztą, w miarę jak noc gęstniała, Brenna stawała się niespokojna i cieszyła się, że może teraz czymś się zająć. Nadała krótki komunikat do Atreusa, siedzącego akurat z Millie, i dość szybko się zebrały.
Chwilę później nad brzegiem walijskiego jeziora, w którym ponoć mieszkały złośliwe kelpie, pojawiła się niewielka wyprawa ratowniczo – poszukiwawcza. Ślady w wilgotnej ziemi były dobrze widoczne, z początku więc nie musieli nawet specjalnie się starać, wędrując w świetle różdżek. A co do upewnienia się, że faktycznie trafili na właściwy trop… to też nie okazało się problemem…
– Mam nadzieję, że po prostu go zgubił – rzuciła głośniej Brenna, która wysforowała na przód, by podnieść charakterystyczny kapelusz z piórkiem, który dostrzegli, zanim zrobi to Geraldine, bo akurat ten leżał w nieco błotnistym miejscu, i panna młoda jeszcze ubrudziłaby sobie dół sukienki.

!Trauma Ognia



Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
28.10.2025, 09:45  ✶  
Nie dotykają się żadne omamy, ale trauma ognia pozostaje silną. Kiedy w trakcie trwania tej sesji widzisz płomienie, na moment zastygasz w bezruchu przepełniony strachem. Wydaje ci się, że nadchodzą. Kto? Oni... One? Te istoty złożone z dymu i lęków...
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
28.10.2025, 14:16  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.10.2025, 03:25 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

To był wyczerpujący dzień, ale dobiegał końca, tak właściwie to chyba nie mieli powodów do narzekania. Wieczór mijał bez żadnych większych incydentów. Być może ktoś wypił za dużo, ktoś zasnął pod stołem, jednak te drobne kryzysy zostawały bardzo szybko opanowywane dzięki członkom ich rodzin.

Nie miała pojęcia, która dokładnie była godzina, straciła rachubę czasu, wiedziała tylko tyle, że na pewno było już po północy, no i że jeszcze nie było ranka, bo słońce nie zdążyło pojawić się na horyzoncie, na niebie nadal można było zobaczyć przepiękny księżyc, w całej swej krasie, w końcu była pełnia. Rozświetlał okolicę swoim blaskiem.

Był to moment, w którym mogła zamienić kilka słów z bliższymi i dalszymi znajomymi, czy przyjaciółmi. Spora część towarzystwa trafiła już do namiotów, ci dzielniejsi jeszcze walczyli z trunkami Gerarda jak i z samym ojcem Geraldine, który nie zamierzał szybko kończyć tego wesela. Oczywiście nikt nie śmiał mu w tym przeszkadzać, wiadomo, że takie okazje jak wesele córki trafiają się raz w życiu. Nie daj Merlinie, aby nie zostały odpowiednio oblane.

Jennifer pojawiła się zupełnie znienacka, przeszkadzając im w rozmowie. Pierwsze co przyszło na myśl Ger to było, że wujek pewnie gdzieś śpi pod stołem, podzieliła się z tą myślą nawet z matką, tyle, że ta była na tyle zapobiegliwa, że zdążyła już to sprawdzić - nie było go tam.

Uspokoiła rodzicielkę, która najwyraźniej mocno obawiała się tego, że Yaskhier po alkoholu miał jakieś ciągoty do poszukiwania złotych smoków, co najgorsze po sąsiedzku znajdował się rezerwat smoków, lepiej, aby wuj nie niepokoił sąsiadów. Zresztą, Geraldine założyłaby się jednak, że w stanie upojenia alkoholowego w jakim się znajdował raczej nie byłby w stanie oddalić się za bardzo. Wypadało jednak sprawdzić, czy z wujaszkiem jest wszystko w porządku.

- Ja? Nie mogę? Porządnie tropić? - Spojrzała na koleżankę mrużąc oczy. Och, suknia w niczym jej przecież nie przeszkadzała, nie odbierała jej umiejętności. - A Ty niby możesz w tej swojej sukni? - Odbiła piłeczkę, bo przecież Brenna również była wystrojona.

Zapewne zwróciły uwagę osób, które siedziały obok, zresztą sama Ger rozejrzała się wokół, żeby zobaczyć, kto mógłby im towarzyszyć w tych poszukiwaniach, niby znała każdy korzeń, każdy kamień w okolicy, ale było ciemno, była pełnia, to mogło powodować pełne komplikacje... no, a one były wstrojone w sukienki.

Odwróciła się do mężczyzn, którzy siedzieli tuż obok, byli zajęci rozmową, ale nie sądziła, że zirytują się o to, że im przeszkodziła. - Chłopaki, wujka poniosło, trzeba go znaleźć. - Pewnie też przynieść, więc wsparcie mogło się przydać.

- Nie pozwoliłby na to, żeby ten kapelusz spadł mu z głowy... - Skomentowała jeszcze, bo pamiętała, że Yaskhier opowiadał jej o tym, że przywiózł to cudo z jednej z wypraw, w jakimś tysiąc dziewięcset trzydziestym roku, wyciągał go tylko na specjalne okazje.

Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#4
28.10.2025, 23:06  ✶  
Niektórzy ludzie mieli szczęście w grach hazardowych. Jeszcze inni w miłości, a bywały też na tym świecie jednostki, które po prostu potrafiły ubrać się wprost idealnie do panującej na zewnątrz pogody. Sebastian nie mógł się pochwalić podobnym fartem w życiu. Miał za to jeden niepodważalny talent: ostatnimi czasy znajdował się w pobliżu Brenny Longbottom ilekroć w okolicy wybuchał jakiś kryzys. Czy ta kobieta została napiętnowana przez czarną magię, aby sprowadzać migreny na biednych kapłanów Pani Księżyca? A może Matka po prostu wiedziała, że jej wierne sługi są jedynymi osobami, które były w stanie wbić nieco rozsądku do głowy tej przerażającej kobiety?

Ech, powinien był już dawno zorientować się, że obecność brygadzistki na weselu Geraldine Yaxley i Ambrożego Greengrassa nie zwiastowała niczego dobrego. Jedna kryształowa czaszka, druga kryształowa czaszka, wydarzenia w Stonehenge, ta cała afera w mugolskim ośrodku turystycznym, och prawie zapomniał o repozytorium uwięzionych duchów na strychu emerytowanego egzorcysty... Powinien był ulotnić się tuż po odprawieniu głównej ceremonii; Matka była mu świadkiem wyszłoby mu to na zdrowie, biorąc pod uwagę napitki jakimi poczęstował go Gerard, żeby tylko zatrzymać go dłużej na weselu. A teraz... Kiedy był już tak blisko tego, aby wrócić ze spaceru nad jezioro i wrócić jedną z podstawionych karoc do Londynu... Ona pojawiła się na horyzoncie.

Macmillan zatrzymał się w pół kroku, jakby liczył, że jeśli znieruchomieje, to kobiety go nie zauważą. Może zaraz skręcą w kierunku lasu lub wrócą do namiotu nim zdadzą sobie sprawę z jego obecności zaledwie parę metrów dalej? Ty, która panujesz nad wszystkimi żywiołami, zaintonował bezgłośnie czarodziej, przymykając oczy. Niestety, nim zdołał na dobre się rozkręcić i wymodlić u Matki jeszcze jedno małe błogosławieństwo tego dnia, do jego uszu dotarły wołania panny młodej. Rozchylił ślepia. Nie był pewny, czy go zauważył - w okolicy kręciło się jeszcze parę osób - ale wiedział, że sumienie nie dałoby mu spać, gdyby teraz się ulotnił. Spuścił więc głowę i zbliżył się do Brenny i Geraldine.

— Światło Matki każdemu jest w stanie wskazać drogę do bezpiecznego schronienia — stwierdził sucho Sebastian w ramach powitania, wodząc wzrokiem między całą ekipą. — Pozostaje nam modlić się, aby nie zostało ono w żaden sposób przygaszone i dalej służyło za latarnię, która pozwala wyznaczyć kurs przez gęstwiny tutejszych lasów i kniei.

Zawiesił wymowne spojrzenie na Longbottomównie.

— Mam nadzieję, że będziesz się zachowywać odpowiednio. Naprawdę nie chcę dzisiaj znaleźć trzeciej Sama-Wiesz-Jakiej czaszki albo innego dziwnego artefaktu — dodał bardzo szybko, ale zaraz chrząknął cicho, jakby chciał w ten sposób uciąć ten temat. Zwrócił się ku Geraldine. — Którego wuja zgubiłyście?
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#5
29.10.2025, 19:09  ✶  
To była już ta zdecydowanie luźniejsza, mniej żywa część wieczoru, nawet jeśli gdzieś w oddali orkiestra nadal dzielnie grała, zachęcając nielicznych niedobitków do poruszania się w rytm muzyki albo chociażby do nucenia jej pod nosem. Po prawdzie mówiąc, mało kto był jeszcze na tyle energiczny, aby wybierać pierwszą z opcji. Chociaż niektórzy z wujostwa najwyraźniej uznali to za doskonały moment, aby po raz pierwszy tej nocy pokazać to, co naprawdę grało im w duszy. No cóż. Wesela rządziły się własnymi prawami i bez wątpienia potrafiły zaskoczyć.
Sam Ambroise od dłuższego czasu siedział przy przy stoliku przysuniętym niemal do ściany świerków na obrzeżach parkietu, opierając łokcie o kolana i starając się nadążyć za nieustannie zmieniającym się tematem rozmowy o wszystkim i niczym, jaką prowadził z resztą towarzyszy. Wszystkich z nich na tyle nietrzeźwych, że dialog o zakończeniu sezonu międzynarodowych rozgrywek w Quidditcha potrafił w zaledwie kilka sekund zmienić się w rozmowę o walorach smakowych lokalnej księżycówki i o hodowli poszczególnych rodzajów ziemniaków wykorzystywanych do produkcji wódki...
...a tak na marginesie, pamiętacie rok pięćdziesiąty drugi i...?...
...tylko po to, żeby zaraz wrócić do porównywania umiejętności prezentowanych przez graczy z poszczególnych drużyn...
...no, a jak już jesteśmy w temacie drużyn, to po tamtej akcji z pięćdziesiątego siódmego...
...weź już się zamknij, bo pierdolisz, zupełnie mieszasz fakty.

Bawił się obrączką, obracając ją między palcami tylko po to, by moment później nasunąć ją sobie na palec, z myślą o swoich niezbyt skoordynowanych, odrobinę nazbyt rozluźnionych ruchach. W tych warunkach naprawdę łatwo byłoby zgubić tak mały przedmiot, a nie chciał spędzać kilku kolejnych godzin na szukaniu złota w trawie. Abstrahując od tego, że nikt, prócz jego najbliższego towarzystwa zapewne by tego nie zauważył, więc pewnie nie musiałby tłumaczyć się z tego, co robi na kolanach, w eleganckim garniturze, tarzając się po wilgotnej trawie.
Noc była już wyjątkowo późna i mglista, choć nikt nie chciał o tym mówić. Wysoko nad ich głowami migotały girlandy świateł, a księżyc w pełni, który co jakiś czas wychylał się zza chmur, rozświetlał wszystko jasnym, chłodnym blaskiem.
Obrączka jakimś cudem znowu znalazła się w jego dłoni, nie na palcu, więc ponownie obrócił ją kilka razy, jednocześnie parskając urywanym, trochę szczekliwym śmiechem na coś, co powiedział ktoś przy stoliku. Jakoś tak wyszło, że średnio zarejestrował, kto. Zresztą, sam komentarz również szybko uleciał z pamięci Greengrassa, gdy do jego uszu dotarły (z lekkim opóźnieniem, warto dodać) słowa Geraldine. Zmarszczył brwi, mrużąc oczy i unosząc spojrzenie na żonę.
- Który wujek? - Spytał, choć nie było to zbyt istotne.
Najważniejsze, że w tym momencie miała jego pełną (czyli nikłą i rozproszoną, ale całkiem szczerą) uwagę. Ambroise zaczerpnął oddech, przenosząc spojrzenie na twarze reszty towarzystwa, a potem bardzo lekko (i nieskoordynowanie) wzruszając ramionami. No, to chyba powinni podnieść się na nogi, co nie?
I rzeczywiście. Faktycznie, moment później ruszyli w kierunku, w którym z dużym prawdopodobieństwem udał się najdroższy wujas, uciekinier z imprezy.
Roisa ani trochę nie zdziwiło przy tym, że jedyne dwie damskie przedstawicielki grupy poszukiwawczej wyrwały do przodu, podczas gdy oni szli parę metrów za dziewczynami. Co prawda, w miarę możliwości, rozglądając się za innymi tropami niż znaleziony kapelusz, ale...
...cóż.
W chwili, w której przez ułamek sekundy zdawało mu się, że natrafili na światełko w tunelu, oto znajdując zgubę, na jego ustach pojawiło się coś na kształt zadowolonego uśmiechu. Tego, który zgasł tak szybko, jak się pojawił, gdy dotarło do niego zdecydowanie zbyt skomplikowane zdanie o świetle Matki. Mimo to, kiwnął głową, mrucząc pod nosem coś na kształt odpowiedzi, prawdopodobnie całkiem dogodnie przykrytej pytaniem o wuja, który postanowił się zgubić.
Był uratowany. Ambroise, nie wuj, wuj nadal znajdował się w tylko sobie znanej (a może i nieznanej) lokalizacji.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
30.10.2025, 17:35  ✶  
Siedziałem z nogą wyciągniętą pod stołem i dłonią opartą o kark, odchylając się na krześle, z petem przyklejonym do wargi, rozparłszy się trochę zbyt wygodnie jak na kogoś, kto na ogół wolał być w ruchu. Papieros dogasał, zostawiając po sobie cienką smugę dymu, która wiła się w powietrzu w bladym, ciepłym świetle. W powietrzu wisiał zapach rozlanej ognistej i dymu, który tylko od czasu do czasu rozrzedzał się na tyle, by było czuć rześki, górski powiew. Lampiony nad stołami migotały, rozciągając cienie na twarzach ludzi, którzy jeszcze nie odpadli. Jakiś facet w niedopasowanym garniaku opierał się ciężko o brzeg oddalonego baru, trzymając szklankę w sposób, który sugerował, że lada chwila ją wypuści. Obok niego jakiś rudzielec, zapewne przyjaciel, ziewał otwarcie, wpatrując się w niebo.
Muzyka sączyła się z daleka - ktoś jeszcze uparcie grał, ale prawdopodobnie już tylko dla siebie, a wiatr niósł przez polanę zapach wosku i mokrej trawy. Pełnia wisiała wysoko nad naszymi głowami, srebrząc wilgotny trawnik i kieliszki na stołach.
„Wujka poniosło”? Nie, żeby mnie to zaskakiwało, w końcu był to wielki, tłusty, snowdoński ślub Geraldine Yaxley, oczywiście, że musiało być jakieś „poniosło”. Zazwyczaj kogoś niosło, a to było plenerowe, łowieckie wesele, więc naturalnie, że ktoś musiał poczuć zew przygody. Tylko, że ton Geraldine sugerował, że nie chodziło o zwykłe zgubienie się w krzakach z butelką i czyjąś panną.
Zanim jeszcze przetworzyłem, o co chodzi, uniosłem wzrok znad prawie pustej szklanki i spojrzałem na nią. Panna młoda, z lekkim błyskiem w oczach i rozczochranymi włosami, wyglądała jak ktoś, kto w środku nocy zapomniał, że właśnie zawarł związek małżeński, a przypomniał sobie, że potrafi i chce dowodzić czemuś spontanicznemu. Światło z pobliskiego lampionu odbijało się od jej włosów, które ktoś niedbale upiął na jej głowie - a może sama to zrobiła w trakcie wieczoru? - kilka pasm wymknęło się i teraz tańczyło w powietrzu, gdy podmuchy wiatru przechodziły przez polanę. Sukienka, w której przez pewien czas wyglądała dziś jak z jakiegoś starego portretu, miała na dole ślady trawy, a buty... Zmrużyłem oczy, spoglądając na nią spod przydługiej grzywki, której nie chciało mi się już odgarniać ani tym bardziej układać - pot, kurz, alkohol i dym z ognisk dawno zrobiły swoje. Młoda żona, a już w trybie gaszenia pożarów. Nie zdziwiło mnie to - nasza nowa rzeczywistość uczyła, że człowiek musiał mieć ręce gotowe do działania zanim jeszcze zrozumie, co się dzieje.
Pociągnąłem łyk, opróżniając szklankę, szkło stuknęło o stół trochę głośniej, niż zamierzałem. Nie odpowiedziałem od razu, zamiast tego spojrzałem na dziewczynę, z którą przed chwilą rozmawiała - sądząc po ich spojrzeniach, obie zamierzały faktycznie ruszyć w poszukiwania, chociaż trudno było mi wyobrazić sobie, jak w tych strojach miałyby przedzierać się przez zarośla. Nie to, bym śmiał wątpić w ich zacięcie - raczej chodziło o te eleganckie stroje, ciemność też nie pomagała, co prawda, pełnia oświetlała teren, ale też tworzyła z każdego drzewa cień, w którym równie dobrze mógł czaić się nietrzeźwy wujek, jak i lis.
- Jakiego? - Mruknąłem odruchowo i przesunąłem dłonią po twarzy, ale zaraz wzruszyłem ramionami, darując sobie dociekanie, bo przecież nie musiałem wiedzieć - i tak chodziło o jakiegoś, który nie potrafił usiedzieć przy stole albo znikał, kiedy tylko ktoś na chwilę przestawał na niego patrzeć. Zawsze taki się znajdzie, na każdym weselu, na każdym zebraniu, w każdej rodzinie. Nie żeby mnie to dziwiło - po tylu toastach nawet ja czułem się trochę rozmiękły i skory do podejmowania głupszych decyzji, niż zazwyczaj, a te zazwyczaj i tak nie były najmądrzejsze, jeśli miałbym być zupełnie szczery. Rozejrzałem się odruchowo za Prudence, nigdzie jej nie było, mgliście przypomniałem sobie, że poszła wcześniej z bratem w kierunku zabudowań, chyba pomóc mu z czymś, ale tego nie byłem już pewny. No - cóż, odsunąłem krzesło, patrząc po twarzach pozostałych, po czym wstałem i praktycznie natychmiast skrzywiłem się, prostując nogę, która zaczęła mi drętwieć. Zasiedzenie się przy stoliku miało swoje minusy.
Chwilę później ruszyliśmy w stronę jeziora. Obie panie szły przodem, my, z kolei, trzymaliśmy się kilka kroków z tyłu - z tego prostego powodu, że chyba nikt nie miał ochoty wdawać się w organizacyjne dyskusje. Ścieżka skręcała lekko w dół, między drzewami, a tam, gdzie kończyły się ostatnie lampiony, zaczynała się mgła unosząca znad jeziora. Powietrze było chłodniejsze, pachniało wilgotnym sitowiem i mokrym piaskiem. Przez chwilę słychać było tylko szelest materiału i nasze kroki na wilgotnej ziemi, dopóki nie natknęliśmy się na coś, co wzbudziło zainteresowanie obu idących przed nami pań - kapelusz. Moment później w półmroku zamajaczyła postać i już, już myślałem, że skończyliśmy akcję, ale wtedy...
Dotarło do mnie, że był to kaznodzieja, nie wujek, ten sam, który parę godzin wcześniej udzielał błogosławieństwa młodym. Zatrzymałem się obok reszty, a kiedy nasze spojrzenia na moment się spotkały, tylko kiwnąłem głową - uprzejmie, z grzeczności.
- Mhm. - Mruknąłem tylko, unosząc lekko brew. Słowa Sebastiana zabrzmiały jak coś, co powinno wybrzmieć z ambony, a nie znad brzegu jeziora o około czwartej nad ranem. Światło Matki, kurs przez knieje - piękne rzeczy, ale z mojej perspektywy latarnią była raczej butelka ognistej, czekająca na nasz powrót, a kurs wyznaczała ścieżka najmniej błotnista. Oparłem dłonie na biodrach i przez chwilę po prostu patrzyłem na niego, czekając, czy może sam z siebie doda coś, co zabrzmi choć odrobinę praktycznie. Nie dodał, za to zadał pytanie. Ech, księża.
Nie miałem najmniejszej ochoty tłumaczyć, którego „wujka poniosło” i dlaczego my w ogóle za nim łazimy o tej porze, w tej chwili wszystko wydawało się zbyt absurdalne, żeby próbować to ubrać w zdania. Liczyłem, że któraś z dziewczyn zrobi to lepiej, niż ja mógłbym, nawet zupełnie na trzeźwo.

!Strach przed imieniem



[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#7
30.10.2025, 17:35  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#8
31.10.2025, 12:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2025, 13:05 przez Brenna Longbottom.)  
– Ger… którą z nas Ursula Lestrange zamorduje, jeśli zniszczy sobie suknię? – spytała Brenna łagodnie, kiedy Yaxleyówna wyraziła swoje oburzenie. To nie tak, że Brenna zakładała, że Geraldine nie da sobie rady w lesie, w cieniu którego dorastała. Ani że nie wiedziała, że obie miały na sobie suknie utrzymane w jasnych tonacjach. Sprawa wyglądała jednak tak, że jeśli Brenna wróci w podatnej albo uwalonej ziemią sukience, to nikt nawet nie zwróci na to uwagi. Za to ślubna suknia to… no była suknia ślubna, tak?
– Zdaje się, że Yaskhier – powiedziała, posyłając uśmiech do pana młodego i jego przyjaciela, którzy pojawili się, gdy zawołała ich Geraldine. Nie rozpoznawała w Fenwicku bohatera minionego skandalu, słynnego zdrajcy krwi, więc kiwnęła mu jedynie głową, w czymś na kształt powitania, nim skierowali się w stronę jeziora.
By po drodze, nim jeszcze zdążyli odejść dalej, wpaść na Sebastiana Macmillana.
Brenna spoglądała na kapłana, wygłaszającego przemowę, w niemym podziwie. Podziw ten nie był związany z tym, co mówił i jak ją rugał, a z tym, że trzymał się bardzo prosto i nie wyglądał na ani trochę pijanego, gdy Brenna momentami tej nocy miała wrażenie, że Gerard Yaxley uczynił swoją misją zaserwowanie mu dużej ilości swoich specjalnych trunków. Była więcej niż pewna, że ją zbiłoby to z nóg.
– Ja zawsze zachowuję się odpowiednio – odparła bez mrugnięcia okiem. Może podwójnie dobrze, że wpadli na kapłana: w końcu mogli odejść na bok, aby porozmawiać z nim o sprawach duchowych i poprosić o błogosławieństwo, kto spodziewałby się czegoś nagannego po Sebastianie? – I też mam nadzieję, że w tym lesie nie znajdziemy żadnych czarnomagicznych artefaktów. To przydarza mi się zwykle we wtorki, więc dzisiaj powinno być dobrze.
Darowała sobie już wyjaśniania, że przecież wcale nie tworzy tych czarnomagicznych artefaktów, więc to nie jej wina, i lepiej, żeby znaleźli je oni niż jakieś okoliczne dzieciaki. Nie mogła zresztą Sebastiana nawet szczególnie winić za jego podejście, bo jakoś ilekroć ich ścieżki się stykały, działy się różne rzeczy dziwne i nierzadko nieprzyjemne.
– Szukamy wujka Yaskhiera. Żadnych czaszek. Widziałeś go gdzieś może? – spytała, podnosząc kapelusz, jakby on mógł pomóc w orzeknięciu, czy Sebastian tego wujka widział, czy nie. – Może… może był na tyle podpity, że nie zauważył? – rzuciła w stronę Geraldine uspokajająco, gdy ta zadeklarowała, że wujek za nic nie rozstałby się z kapeluszem. A potem zaczęła się rozglądać najbliżej miejsca, gdzie spoczywało nakrycie głowy, szukając śladów, które mogłyby poprowadzić ich dalej.

[+]Spoiler
Kostki – efekty
Gdzie jest mój wujek? (Na modłę: Gdzie jest moja krówka?)
1 - dostrzegasz ślady, które wiodą w stronę krzaków, ale gdy się zbliżacie, rozlega się pisk i ucieka stamtąd jakaś para - nie widzicie kto to, na pewno jednak nie był to wujek…
2 – dostrzegasz światło między drzewami. W miarę jak wędrujecie w jego stronę, grunt staje się jednak niepewny, a Geraldine przypomina sobie, że dalej zacznie się bagnisty teren – to prędzej zwodnik niż wujek!
3 – przed wami jar, który w ciemnościach i przez roślinność jest niemal niewidoczny – rzucasz na af, czy zdołasz do niego nie wpaść! Jeśli ci się nie powiedzie, osoba po tobie może rzucić czy zdoła cię złapać, ale jeżeli nie: zamiast ci pomóc, potyka się i wpadacie tam oboje
4 – znajdujesz na ziemi charakterystyczne piórko – może zgubił je ptak, ale… wygląda prawie identycznie jak to od kapelusza wujka
5 – pusta butelka porzucona w krzakach bez wątpienia została zabrana z weselnego stołu – zgubił ją wujek czy ktoś jeszcze udał się tą drogą…?
Rzut 1d5 - 3



test na aktywność fizyczną
Rzut PO 1d100 - 80
Sukces!


Z początku ślady były dość łatwe do odszukania: połamane gałązki, ślady w ziemi. Nie było problemów z ruszeniem za kimś, kto był tutaj wcześniej i zapewne zgubił ten kapelusz. Las tonął w ciemnościach, gdzieś w oddali zawołał jakiś nocny ptak. Łatwo było wejść w pajęczynę, wdepnąć na jakąś nierówność terenu czy...
...wpaść do jaru.
- Szlag! Uwaga! - zawołała Brenna, bo w świetle różdżki dziura porośnięta paprociami była niemal niewidoczna aż do ostatniej chwili: i kobieta zatrzymała się w ostatniej chwili, na samym skraju.

Proponuję, żeby po prostu kostką rzuciła jeszcze jedna osoba w tej turze 1d4, rozpisując pozostałe efekty na 1 - 4. Dowolnie ktoSzeroki uśmiech


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
31.10.2025, 13:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.10.2025, 13:50 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

- Wyciągnęłaś bardzo silnie działo, aczkolwiek myślę, że jestem w stanie sobie poradzić z Ursulą. - Wcale tak nie było, ale nie mogła okazać teraz swojej słabości. Zdawała sobie sprawę, że Lestrange na pewno odpowiednio by skomentowała jej zachowanie i spojrzała na nią z tym okropnym rozczarowaniem w oczach... tyle, że chodziło o wujka, prawda? Nie mogła więc udać, że problem nie istniał, musiała wyruszyć na jego poszukiwania. Na szczęście już jakiś czas temu zmieniła obuwie, na swoje ukochane trepy, dzięki czemu nie musiała zapuszczać się w las w pantoflach.

- Wujek Yaskhier. - Potwierdziła jeszcze słowa Brenny, żeby wszyscy mieli jasność, kogo właściwie będą szukać. Nie powinno być to zaskakujące, Yaskhier czasem miewał takie momenty... szczególnie gdy wypił o jeden kieliszek bimbru za dużo. Niepokojące było to, że ponoć chciał znaleźć smoka, zwłaszcza, że po sąsiedzku znajdował się rezerwat, w którym można je było znaleźć. To mogło się zakończyć źle.

Ktoś wyłonił się z ciemności, z nadzieją spojrzała w tamtym kierunku, to by sporo ułatwiło, jednak okazało się, że to wcale nie był wujek, a Sebastian, nie przewidziała, że kaznodzieja postanowi im towarzyszyć, że zechce zostać ich światłem w ciemności, czy coś. Na niego też powinni uważać, nie daj Merlinie, aby przedstawicielowi kowenu spadł włos z głowy podczas ich ślubu.

Przeniosła spojrzenie na Brennę, gdy Sebastian wspomniał coś o czaszkach, nie miała pojęcia o czym mówił, a może to i lepiej. Nie spodziewała się, że Longbottomównę i kapłana łączy jakaś zażyła relacja, ale najwyraźniej było zupełnie inaczej. Zaskakujące, chociaż może nie powinno takie być, Longbottomowie mieli zanjomych chyba wszędzie.

- Wujka Yaskhier'a, ponoć chciał znaleźć smoka. - Powtórzyła jeszcze do mężczyzny, bo mógł nie usłyszeć tej informacji, która chyba była kluczowa.

- Nie wiem, czy kiedykolwiek był na tyle podpity, żeby zapomnieć o swoim kapeluszu. - Oczywiście, że to mógł być wyjątkowy dla niego dzień, kiedy przekroczył znane dotychczas sobie granice, wolała nie zakładać póki co gorszej wersji.

Skoro już wyjaśnili kogo szukają, dlaczego go szukają, to mogli ruszyć w drogę. W głębi ducha liczyła na to, że znajdą go pod jakimś drzewem, być może zajętego bałamuceniem jakiejś panny, to było lepszą opcją, niż ta o której wspomniała matka. Kto wie, co postanowi zrobić wujek kiedy faktycznie spotka smoka, nie wydawało jej się, aby był w stanie myśleć racjonalnie po takiej ilości alkoholu, jaką w siebie wlał.


Rzut W 1d100 - 34
Sukces!
◉◉◉◉◉ af, sprawdźmy, czy Ger wpadła

Usłyszała ostrzeżenie Brenny w czas, tak samo jak ona zatrzymała się na samym brzegu dziury, która wyjątkowo dobrze wtapiała się w otoczenie.

- Trzeba ją ominąć. - Dodała jeszcze, sama właśnie to zrobiła, obeszła ją bokiem.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
01.11.2025, 13:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.11.2025, 17:23 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Nawet słysząc odpowiedź, nie miał zielonego pojęcia, kogo tak naprawdę szukali. To znaczy, może inaczej. Imię Yaskhier po prostu nic mu nie mówiło, choć jednocześnie musiał przyznać, że było dosyć oryginalne. Kiedy jednak cofał się pamięcią do tych wszystkich poprzednich wizyt w Snowdonii, nie był w stanie skojarzyć twarzy legendarnego poszukiwacza smoka z konkretnymi ze wspomnień. Doszedł zatem do najprostszego z możliwych wniosków, że nigdy nie poznał ich wesołej zguby. W innym wypadku, nie wątpił w to, że była to raczej na tyle barwna postać, iż nie dałoby się jej zapomnieć.
Być może niezbyt uważnie śledził przebieg całej rozmowy pomiędzy paniami, wychodząc raczej z założenia, że dopóki nie padło nic, co konkretnie wskazywałoby na sugestię włączenia się do dyskusji, chyba nie powinien im przerywać (obie i tak znajdowały się znacząco z przodu), jednakże gdy do jego uszu dotarły te niezmiernie pewne swego słowa Geraldine. Cóż, odruchowo kaszlnął, tłumiąc parsknięcie i w efekcie krztusząc się kropelkami śliny zgromadzonej w ustach.
Nietrudno było domyślić się, że nie był to zwykły napad kaszelku po zbyt długim przebywaniu na świeżym powietrzu. Ba, mimo tego, że nijak nie skomentował wymiany zdań na temat sukni ślubnej, nawet nie starał się ukryć rozbawienia, jakie towarzyszyło posłaniu znaczącego spojrzenia spod uniesionych brwi w kierunku przyjaciela. Mhm. Nie to, żeby nie wierzył w zdolności, przewagi i wpływ małżonki, ale w tym wypadku nie sądził, by miało jej się powieść. A przynajmniej nie tak łatwo i gładko jak usiłowała to przedstawiać.
Z jednej strony wyjątkowo mocno chciałby to zobaczyć. Z drugiej? Chyba lepiej byłoby, żeby żadna suknia nie została dziś zniszczona. Był jednak realistą i nawet jeśli mógł trzymać za to mentalne kciuki, jakoś nie wydawało mu się to zbyt prawdopodobne. Szli w końcu do lasu, mimo pełni księżyca, prowadząc poszukiwania w niemalże całkowitej ciemności, częściowo już teraz brudząc sobie buty w mokrej trawie i w błocie, którego nad brzegiem jeziora miało być jeszcze więcej. Do tego te wszystkie małe krzaki... Ba, nawet liście paproci, w które weszli, a które najwyraźniej skrywały w sobie nieprzewidziane atrakcje.
Całe szczęście, Brenna zdążyła zauważyć pułapkę, dzięki czemu mogli ominąć dziurę, przechodząc wokół niej na tyle ostrożnie, na ile to tylko było możliwe w tych warunkach.

[+]Spoiler
Kostki – efekty
Gdzie jest mój wujek? (Na modłę: Gdzie jest moja krówka?)
1 - dostrzegasz ślady, które wiodą w stronę krzaków, ale gdy się zbliżacie, rozlega się pisk i ucieka stamtąd jakaś para - nie widzicie kto to, na pewno jednak nie był to wujek…
2 – dostrzegasz światło między drzewami. W miarę jak wędrujecie w jego stronę, grunt staje się jednak niepewny, a Geraldine przypomina sobie, że dalej zacznie się bagnisty teren – to prędzej zwodnik niż wujek!
3 – wśród liści leży kawałek ciasta weselnego, nieco nadgryziony, obok dostrzegasz ślady bosych stóp z dwoma znacznie dłuższymi paznokciami
3 – znajdujesz na ziemi charakterystyczne piórko – może zgubił je ptak, ale… wygląda prawie identycznie jak to od kapelusza wujka
4 – pusta butelka porzucona w krzakach bez wątpienia została zabrana z weselnego stołu – zgubił ją wujek czy ktoś jeszcze udał się tą drogą…?
Rzut 1d5 - 1




Zatrzymał się, unosząc dłoń w górę, by dać znak reszcie, że coś zwróciło jego uwagę. Pochylił się nieco, przyglądając się odciskom butów w miękkiej ziemi. Zmarszczył brwi, rozpoznając również charakterystyczne wgniecenia wśród paproci. Ktoś tędy przeszedł i to niedawno. Ślady były świeże, zbyt wyraźne, by pochodziły sprzed dnia czy dwóch.
- Tutaj - rzucił krótko, po czym ruszył w stronę krzaków, stawiając jak najostrożniejsze kroki, aby nie wpaść przypadkiem w jakiś kolejny ukryty dół.
Nie spodziewał się zupełnie tego, co rozegrało się w kolejnej sekundzie. Rozległ się nagły, przenikliwy pisk, a zaraz potem z gęstwiny wypadła jakaś para. Kobieta z liśćmi we włosach i rumieńcem na policzkach wyglądała na kogoś, kto wolałby znaleźć się w dowolnym innym miejscu. Towarzyszący jej mężczyzna, z rozchełstanym kołnierzem, częściowo rozpiętymi spodniami i wyraźnymi śladami pocałunków na szyi, próbował zachować resztki godności, choć efekt był marny.
Roise zatrzymał się gwałtownie, niemalże sięgając już po różdżkę, ale w ostatniej chwili rezygnując z tego pomysłu. Zamiast tego, odruchowo cofnął się o pół kroku, unosząc brew z lekkim niedowierzaniem. Przez moment wpatrywał się w poruszające się chaotycznie krzaki, nawet nie mrugając. Aż wreszcie ludzie, którzy się z nich wyłonili rzucili się do panicznej ucieczki w przeciwną stronę.
Kobieta potykała się o spódnicę własnej sukni, co chwilę błyszcząc halką. Miała naprawdę dużą pajęczynę zaczepioną na rudych, mocno zwichrzonych włosach, które w tym świetle i zważywszy na okoliczności wyglądały przez to niczym przykryte welonem. Jej z pewnością świeży małżonek (wersja kaznodzieja friendly) prezentował się trochę mniej dramatycznie, ale także potykał się o własne nogi. Rozpięty pasek bujał się przy jego udach, wydając z siebie metaliczne dzyń za każdym razem, gdy klamra uderzała o coś w kieszeni mężczyzny, zapewne o zapalniczkę. I to małą.
Zaczerwienione twarze rozmyły się w pośpiechu, gdy para aktorów wykonała swój taktyczny odwrót. Zażenowane lica ledwie błysnęły w półcieniu, zanim oboje zniknęli w kierunku zabudowań, niczym sarenki kopytkując w stronę namiotów.
Z ustami wykrzywionymi w czymś pomiędzy rozbawieniem a niedowierzaniem, Ambroise odprowadził ich wzrokiem. Dopiero moment później opuścił rękę, którą prawie sięgnął po różdżkę, odchrząknął i powoli wypuścił powietrze przez nos.
- Cóż - odezwał się w końcu, unosząc brew. - Wygląda na to, że ktoś inny też wpadł na pomysł dogłębnej eksploracji terenu - spojrzał po towarzyszach, a kąciki jego ust drgnęły w uśmiechu.
Nie próbował ukryć rozbawienia. Sytuacja była trochę zbyt absurdalna, by mógł zachować powagę.
- Przynajmniej wiemy, że wesele było udane - dodał z udawaną powagą, poprawiając mankiet.
Zatrzymał spojrzenie na krzakach, które wciąż jeszcze poruszały się pod wpływem wcześniejszego zamieszania. Nie wyglądał na szczególnie zgorszonego, odchrząkując raz jeszcze, jakby nic się nie stało, choć na jego twarzy wciąż czaił się cień uśmiechu. Niby nie Noc Świętojańska, a paprocie kwitły aż miło.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2108), Benjy Fenwick (1696), Brenna Longbottom (1970), Geraldine Greengrass-Yaxley (1710), Pan Losu (69), Sebastian Macmillan (1249)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa