Wyjątkowo stary wujek nagle łapie cię za rękę i zaczyna śpiewać przyśpiewkę weselną na cały głos. Oczekuje, że do niego dołączysz. Musisz zareagować. Nie ma odwrotu, wszyscy patrzą.
Wyjątkowo stary wujek nagle łapie cię za rękę i zaczyna śpiewać przyśpiewkę weselną na cały głos. Oczekuje, że do niego dołączysz. Musisz zareagować. Nie ma odwrotu, wszyscy patrzą.
I’m looking for the sword
– Wpadłam na niego parę razy, ale trudno mówić o szczególnie zażyłej znajomości. Lepiej znam Geraldine – wyjaśniła Brenna, zresztą była pewna, że zaproszenie wyszło właśnie od panny Yaxley. Ambroise był dla niej zawsze parę lat starszym uzdrowicielem. Może mogłaby go nawet polubić, bo zdawał się… nie umiała do końca ubrać tego w słowa: ale chyba najlepszym określeniem byłoby „niesztywny”. Ale kilka tygodni temu stał się przyszłym szwagrem Borgina, i nie mogła czasem się nie zastanawiać… czy to było małżeństwo ze szczerego uczucia, czy może zaaranżowano je, bo rodziny miały podobne poglądy na to, jak oczyścić ten świat?
Wiedziała, że w Spaloną Noc Ambroise nie biegał w masce, wręcz przeciwnie: pomógł Heather. Nie angażował się więc prawdopodobnie, pozostając uzdrowicielem i starała się trzymać tej myśli. Zresztą, podjęła decyzję, że przez tę jedną noc nie będzie o tym rozmyślać. Zamierzała może zachowywać zwykłą ostrożność, ale to było wesele Geraldine i dziś Brenna chciała po prostu życzyć jej szczęścia i dobrej zabawy w tej ważnej dla niej chwili.
– Mona – ucieszyła się szczerze, dostrzegając nazwisko Rowle. Och i cóż za okazja do poobserwowania jej u boku Icarusa i zdecydowania, czy go lubiła, czy będzie miała ochotę utopić go w jeziorze – wszystko zależało od tego, jak w tej chwili wyglądała relacja tej dwójki i w jaki sposób odnosił się do jej przyjaciółki. – Ach Prewettowie. Poker na weselu. Chyba faktycznie będę zmuszona iść narzucać się kapłanowi – stwierdziła z odrobiną rozbawienia, jakoś nie zaskoczona tym pragnieniem wzięcia się za grę w karty.
!natura
Wiewiórka skacze na stołek i spogląda ciekawie na talerze z przystawkami, moment później przenosząc wzrok na Ciebie. Jej oczka lśnią, a ogon porusza się nerwowo. Co robisz?
– to have someone see you.
- No, to można powiedzieć pewnie, że u mnie to samo - jeśli wpadł na Ambroisa, to najpewniej w Mungu, ale biorąc pod uwagę jaką momentami wagę przywiązywał do przypadkowo poznawanych ludzi to... no właśnie tak to się kończyło. Niepamiętaniem. Brenna jednak zdecydowanie znajdowała się na lepszej pozycji, bo to zaproszenie w ogóle dostała, podczas gdy on pławił się w zapomnieniu. Chociaż nie to, że mu to wybitnie przeszkadzało.
- Mona? - mruknął za nią, przez dłuższa chwilę wpatrując się w swój kieliszek, zanim zorientował się że trochę za wesoło powiedziała to imię. Coś mu gdzieś dzwoniło, ale chyba nie za bardzo przekonująco i zaraz ucichło. - To jakaś twoja bliska koleżanka, że się tak cieszysz? - zapytał, biorąc kolejny łyk. - Jak bardzo chcesz, to mogę cię pozabawiać zanim pójdziemy grać w pokera. Z resztą, jestem bardzo przekonany, że zanim w ogóle do Macmillana dojdziesz to pochłonie cię jakaś skryta w ziemi dziura.
Spojrzenie przesunęło się - w bok, w ślad za rudą kitą, która wylądowała na stoliku. Atreus zmarszczył brwi i cofnął rękę, nagle porzucając pomysł by odstawić kieliszek, zamiast tego przytulając go mocniej do siebie. - Myślisz, że jak ją stąd przegonimy to się na nas rzuci? - zapytał, bo niestety ale jeśli z czegoś kulał w szkole, to była to przyrka. Ramię w ramię ze Stanleyem.
I’m looking for the sword
Po prawdzie zaproszenia nie oczekiwała, ale też nie była zaskoczona tym, że się pojawiło. Ona i Geraldine nie były najlepszymi przyjaciółkami, jednocześnie jednak dogadywały się całkiem nieźle i obie lubiły szermierkę – a znalezienie osób, które wciąż praktykowały tę sztukę, nie było takie łatwe, bo stawała się archaiczna. Gdyby Brenna miała powiedzieć, co naprawdę ją zaskoczyło, to byłoby chyba samo to wesele: ale szybko uznała, że to jeden z tych powodów, gdy ktoś uznał, że pora aby na popiołach Spalonej Nocy powstało coś nowego. Niektórzy uświadamiali sobie, że wszyscy teraz będą zagrożeni, i pewne rzeczy odkładali na lepsze czasy… a inni wręcz przeciwnie: uznawali, że nie ma na co czekać.
Zamrugała, znowu przenosząc spojrzenie na Atreusa. Wyraz twarzy miała odrobinę dziwny.
„Prawdopodobnie przyszła żona twojego kuzyna, u której on teraz mieszka” cisnęło się na usta, ale Brenna uznała, że to ten moment, w którym należy trochę powściągnąć bezpośredniość i zachować odrobinę dyplomacji.
– Dziewczyna twojego kuzyna. Przyszli tutaj razem – powiedziała, przesuwając dłonią nad plakietkami i pokazując, że ustawiono je obok siebie. Podejrzewała zresztą, że w tym wypadku to Icarus był osobą towarzysząca, w końcu Rowle mieszkała nie tak daleko stąd. – To moja przyjaciółka ze szkoły, rano razem się szykowałyśmy w jej mieszkaniu.
Po Spalonej Nocy sporo punktów usługowych spłonęło, a wesele było nagłe, więc… radziły sobie, jak mogły.
– Hej, mówisz tak, jakby regularnie pochłaniała mnie ziemia. To zdarza się góra dwa razy w tygodniu – oświadczyła, wymierzając mu lekkiego kuksańca. A potem zamarła, kiedy na stołek wskoczyła wiewiórka.
Brenna przywykła w Dolinie do zwierząt. Ale trochę zaskoczyło ją, że ten konkretny zwierzak pojawił się tutaj mimo hałasu i dużej liczby ludzi: chociaż sądząc po tym, jak drgał jego ogon, był niespokojny…
– Ehem, nie wiem, nie znam się na wiewiórkach. Może być wściekła. Albo to animag. Albo jakaś oswojona wiewiórka Yaxleyów, które trzymają w parku dookoła domu? – powiedziała niepewnie, odruchowo zamierając i nieco zniżając głos.
the well of all souls
Geraldine chyba była w na tyle dużym szoku, że nie była nawet wykrztusić z siebie słowa i pozwoliła przemówić nowo upieczonemu mężowi. I był to chyba dobry wybór, bo mężczyzna przynajmniej podziękował za ofertę. A więc wniosek płynął z tego jeden: faktycznie rozważał wycieczkę do kwatery głównej, aby dołączyć do swoich braci i sióstr w wierzy w najbliższych tygodniach. Mały sukces, ale przynajmniej sukces. Za to, jeśli chodziło o świadków... Cóż, Mildreda chyba też nie wiedziała, jak powinna zareagować na te wieści. Zrobiło mu się w sumie nieco smutno z tego powodu. Bądź co bądź, coś tam ich łączyła. Mogłaby chociaż obiecać, że przyjdzie z czystej uprzejmości.
A Cornelius... Cóż, tutaj sprawa była dużo bardziej poważna. W końcu jako przedstawiciel czysto-krwistego rodu powinien wiedzieć, jak ważne jest podtrzymywanie różnorakich tradycji przy życiu. A w życiu czarodziejów z Wielkiej Brytanii nie było ważniejszego obyczaju od krzewienia wiary w Panią Księżyca. No, może z wyjątkiem posyłania dzieci do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, ale to był już szczegół. Macmillan utkwił spojrzenie w mężczyźnie i już miał zacząć rozpytywać, skąd ta cisza, kiedy... do ich grona wtargnął stary Yaxley.
— Gerardzie? — zaczął kapłan, marszcząc brwi, gdy w jego dłoniach nagle znalazła się bardzo gruba koperta.
Prawie mu wypadła z rąk, jednak koniec końców wsunął ją do kieszeni. Co on tam nawrzucał? Zaległe galeony na tacę za ostatnie kilka lat i czek? Nie ma co, ojciec Geraldine ocalił całą czwórkę przed bardzo długim wykładem... Na razie. Wieczór dopiero się zaczynał, a Sebastian nie zamierzał się ulatniać od razu po ceremonii. Prędzej czy później przyjdzie taki czas, że znajdzie się ponownie w ich pobliżu. Albo porozmawia z każdym z nich oddzielnie.
— Tak, słyszałem istne legendy na temat waszych trunków — przytaknął niepewnie, gdy Gerard się ku niemu nachylił. — Jestem pewien, że będą to niezapomniane przeżycie...
Koniec końców Macmillan wylądował w głównym namiocie przy barku w towarzystwie ojca panny młodej. I po pierwszej, niezwykle mocnej, kolejce kapłan stwierdził, że nie wypadałoby tak po prostu odejść od Gerarda, więc postanowił wdać się w nim w rozmowę.
— Musisz być bardzo dumny z Geraldine — zaczął, powoli wyrzucając z siebie słowo za słowem. Miał wrażenie, że ten bimber mógł mu wypalić przełyk. — To zupełnie nowy etap w jej życiu. Z tego, co słyszałem, jak dotąd całkiem dobrze radziła sobie z obowiązkami reprezentacyjnymi. — Czy to nie ona poniekąd zajmowała się klubem Artemis? Mógł przysiąc, że to ona występowała na scenie podczas festynu w Londynie. — Jestem pewny, że znajdzie odpowiednie wsparcie w Ambrożym. Będzie ją wspierał, jak tylko będzie mógł.
Cornelius nie był człowiekiem, który łatwo dawał się wciągnąć w uniesienia, nawet te, które miały w sobie znamiona sacrum, a więc tak zwyczajnie, względnie niewzruszony, stał obok Millie, zachowując ten swój charakterystyczny spokój, niemal kamienną neutralność, gdy Sebastian mówił o sprawach „boskich i ludzkich”, przez chwilę przyglądał się kapłanowi z lekkim przekrzywieniem głowy, nie z braku szacunku, raczej z czystego, chłodnego zainteresowania. W końcu każdy miał swoje rytuały, a kapłan kowenu, z rozświetlonym spojrzeniem, z przejęciem opowiadający o łasce Matki i o świętym obowiązku miłości, był równie szczery, co przewidywalny.
Lestrange słuchał uważnie, z rękami splecionymi za plecami, gdy Macmillan wygłaszał kolejne słowa, utrzymywał na twarzy ten sam, nienaganny wyraz, który towarzyszył mu przez całą ceremonię, był to półuśmiech, grzeczny, ale niekoniecznie pełen emocji. Nie dlatego, że nie doceniał wagi chwili, wręcz przeciwnie, Corio wiedział, że właśnie był świadkiem jednego z tych rzadkich momentów, gdy nawet wojna, polityka czy szalejące anomalie na chwilę przestawały mieć znaczenie, jednak z racji swojej natury, z pewnym dystansem podchodził do religijnego uniesienia, jakie emanowało od Sebastiana. Na jego własnej twarzy próżno było szukać tego samego entuzjazmu, który bił od kapłana, Lestrange po prostu nauczył się znosić ceremonialne przemowy z uprzejmym dystansem i z szacunkiem dla formy, ale bez potrzeby angażowania w to całego serca. Słowa Sebastiana brzmiały wzniośle, były pełne symboliki i ciepła, które zapewne działało na większość zgromadzonych, lecz dla niego... Cóż. Cornelius nie miał wątpliwości, że kaznodzieja mówił to wszystko z prawdziwym przekonaniem, ale mimo to, nie potrafił oprzeć się myśli, że w ustach Macmillana każda fraza brzmiała jak fragment kazania z podręcznika retoryki, który ktoś na tym poziomie kowenowego wtajemniczenia Seba musiał znać na pamięć i parafrazować wedle woli, bądź okazji.
Dopiero, gdy Sebastian wyciągnął z torby plik dokumentów i wspomniał o „sprawach natury ludzkiej”, świadek wreszcie pozwolił sobie odetchnąć. Formalności, to była rzecz, w której czuł się jak ryba w wodzie, a w tym wypadku swoje obowiązki znał doskonale. Słowa Macmillana o „zaraźliwości miłości” i „możliwości spotkania któregoś z was przy ołtarzu” sprawiły natomiast, że Cornelius spojrzał na Millie ukosem, kątem oka, z wyraźnym rozbawieniem, które jednak nie przebiło się na jego twarz w pełni. Teraz, w namiocie, kiedy atmosfera zelżała, Moody znów była sobą, pełną energii, słów, porównań i niekontrolowanego zachwytu, ale raczej nie wyglądała na kogoś, kto chciałby czerpać inspirację ze ślubu przyjaciółki i samej podzielić los Geraldine, a przynajmniej tak mu się wydawało. Kiedy Sebastian wspomniał o spotkaniach modlitewnych, Corio pokiwał lekko głową, oparł ciężar ciała na jednej nodze i przez moment przyglądał się pieczęciom kowenu odbitym na pergaminie.
Podpisał się, gdy przyszła jego kolej. Starannie, acz bez przesadnej dbałości o kaligrafię, wychodząc z założenia, że dokument rychle i tak trafi do archiwum, a jego imię widniało już na wystarczająco wielu papierach, by wiedział, że nikt nie zwróci uwagi na szczegóły. Ustąpił miejsca Millie, a sam cofnął się krok w tył, obserwując, jak Sebastian tymczasem wciąż mówił o modlitwach, pieczęciach, wspólnych spotkaniach.
- Jeśli harmonogram pozwoli, z pewnością rozważę. - Powiedział po stanowczo zbyt długiej ciszy, tonem, po którym trudno było rozpoznać, czy naprawdę to uważał, czy po prostu chciał być uprzejmy. Zachowując dla siebie to, że - oczywiście - harmonogram nie miał mu na nic pozwolić, bo Macmillan nie musiał o tym wiedzieć. To było prawdopodobnie pierwsze i ostatnie, co kiedykolwiek kontemplował w obecności kapłana kowenu, zdecydowanie wolał ciszę lasu od duchowych spotkań przy świecach. Niemniej jednak, dla spokoju młodej pary, nie zamierzał podważać autorytetu człowieka, który błogosławił ich związek.
Niemal w tej samej chwili dotarło do nich chrząknięcie od strony wejścia. Do namiotu wszedł Gerard Yaxley. Ojciec panny młodej wyglądał, jakby nie mógł już wytrzymać ani jednej, zbędnej sekundy bez zabrania głosu... a może po prostu pragnął, by wreszcie rozpoczęła się właściwa część wieczoru, ta z winem i muzyką. Uśmiechał się szeroko, a jego donośny głos momentalnie zdominował przestrzeń.
To był doskonały moment na ewakuację. Nie musieli się dwa razy umawiać, wymknęli się bokiem z namiotu, zostawiając za sobą szelest papierów i dźwięk podniosłych słów. Na zewnątrz powietrze było rześkie, a gdzieś w oddali już rozbrzmiewała muzyka, Cornelius uniósł spojrzenie ku rozświetlonemu niebu, po czym pozwolił sobie na cichy, niemal niewidoczny uśmiech, kącik jego ust uniósł się nieznacznie, kiedy opuścił za nimi płachtę namiotu. Do nozdrzy mężczyzny dotarł zapach jesiennego powietrza i wreszcie można było oddychać. Jeszcze tylko musieli trochę mocniej się oddalić.
- Możemy trochę szybciej? Zanim przypomni sobie, że obiecał nam błogosławieństwo na drogę. - Spytał, nie komentując słów świadkowej. Na tym etapie już wiedział, że jeśli ktoś spróbuje ją zaprosić na „naukę przedślubną”, to raczej skończy się to serią przekleństw, a nie modlitw. To mu wystarczyło.
– to have someone see you.
Zmarszczył więc brwi w jakimś niezdecydowanym wyrazie, jakby Brenna opowiadała mu właśnie jakieś niesmaczne głupoty. Przez moment nawet wahał się żeby jej wprost nie powiedzieć, żeby se nie żartowała bo przecież by wiedział takie rzeczy, ale szybko doszedł do wniosku że było wręcz odwrotnie - nie wiedziałby, bo niezbyt by go to obchodziło. Z resztą... nawet jeśli i Monę by ze szkoły kojarzył jakoś bardziej, to pewnie i tak zdążyłby o niej trzy razy zapomnieć, bo jej i Icarusa kontakt po Hogwarcie chyba się zwyczajnie urwał, prawda? Musiał jednak przyznać kuzynowi, że grał w bardzo ciekawą grę, nawet ciekawszą niż on sam, biorąc pod uwagę jego urodzenie i fakt, że Mona - Rowle, jak głosiła wdzięcznie plakietka - należała do jednej z bardziej konserwatywnych rodzin. Chociaż to nie tak, że ktoś zamierzał krzyczeć kiedykolwiek o matce mugolce.
- W takim razie nie mam co narzekać, bo bardzo ładnie wyglądasz - aczkolwiek w pierwszym odruchu bardzo chciał zapytać, czy którejś z nich ręce urwało, że musiały się szykować razem. Szybko jednak doszedł do wniosku, że przygotowywanie się razem przed imprezą, było jakimś chyba zbiorowym rytuałem, jak wspólne chodzenie do łazienki. - Dwa razy w tygodniu, to już i tak o dwa razy za dużo, tak w kontekście normalnych ludzi - uśmiechnął się do niej.
Z ich dwojga, to ją wyznaczał jako jakąś uniwersalną ekspertkę od zwierzę, gdzie w słowie ekspertka zawierała się jakaś minimalna wiedza na temat flory i fauny. Przyglądał się więc zwierzęciu czujnie, niezbyt ukontentowany z faktu, że Brenna też zamarła w bezruchu.
- Hmm, wścieklizna, no dobrze - zastanowił się. Co w ogóle robiła wścieklizna? Wściekał się człowiek i tyle? Nic nowego w sumie - Shoo, idź sobie - zamachał ręką w kierunku rudego zwierzątka, z nadzieją że zrozumie sugestię i przestanie im kontaminować stół.
// czy wiewiórka jest wściekła i mnie ugryzie
Tak
I’m looking for the sword
Atreus miał naturę pochlebcy, ale wątpiła, czy chciałoby się mu rzucać do niej nieszczere komplementy, otworzyła więc już usta, by mu odpowiedzieć, kiedy pojawiła się wiewiórka, skutecznie chwilowo odwracając uwagę.
Po prawdzie Brennie obecność wiewiórki jakoś straszliwie nie przeszkadzała. Ale ta albo była naprawdę wściekła – oby nie, bo to był marny wieczór na gnanie do Munga – albo mieli do czynienia z animagiem, który nie życzył sobie, by ktoś machał na niego ręką, albo zdenerwowana zareagowała gwałtownie, bo wydała z siebie skrzek i zamiast uciec… skoczyła ku ręce Atreusa. Wbiła ząbki w szatę na nadgarstku i nie wyglądało na to, aby miała zamiar puścić.
Brenna nie zastanawiając się nad tym długo, złapała szklankę i chlusnęła wodą w rudą kitę, z nadzieją, że to ją przegoni. Jak dla niej to zwierzak mógł sobie kraść przystawki ze stoły, ale jednak było miło, żeby nie rzucał się na gości. Celowała raczej w kuper niż w głowę, i bo nie chciała zrobić wiewiórce krzywdy, i by przy okazji nie oblać całego Atreusa.
– Mocno cię pogryzła? Chyba cię nie polubiła – oceniła Brenna, kiedy wiewiórka z dziwnym skrzekiem zeskoczyła ze stolika i umknęła gdzieś w stronę lasu. Z chwilowego braku różdżki sięgnęła po serwetkę, by wytrzeć wodę rozlaną na blacie, tuż obok plakiety z imieniem Mony. Zerknęła ku dłoni Atreusa, by ocenić, czy na ręku znajdowała się rana. Chyba tak naprawdę wiewiórka nie była chora…? Trochę głupio by wyszło, gdyby teraz zaczęli szukać medyka dla potężnego pana aurora, który ucierpiał w starciu z rudym gryzioniem. – W sumie przy zamiłowaniach Yaxleyów do polowań myślałam, że wszystkie zwierzęta tutaj będą zwiewały przed ludźmi w podskokach. Może to była bardzo głupia wiewiórka. Albo animag, który bardzo cię nie lubi.
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
- Dlogowskazem? - Parsknąłem cicho, odchylając głowę w bok. - Plóbowałem kiedyś byś czyimś dlogowskazem, pamiętaj, skończyło się tym, sze wszyscy poszli w pszeciwną stlonę. - Wzruszyłem ramionami z udawaną obojętnością, chociaż w środku czułem to znajome ukłucie, które pojawiało się zawsze, gdy coś próbowało przypomnieć mi, że kiedyś byłem kimś innym - kimś, kto jeszcze wierzył, że ma wpływ na coś więcej niż własne błędy. Nie patrzyłem na nią, mówiłem to w powietrze, jakbym rozmawiał bardziej z samym sobą niż z nią, ale i tak widziałem ten błysk w jej oku - ten, który mówił, że pamiętała.
Lekkość, z jaką przeskoczyliśmy z jednego tematu na drugi, z ciężaru wspomnień do banalnych rozmów, działała jak oddech. Może i wyglądało to jak gra, ale ja wiedziałem, że oboje potrzebowaliśmy tej iluzji równowagi. Nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu. Dawniej każde jej słowo było ciosem pod żebra - precyzyjnym, celowym. Teraz mówiła spokojnie, a mimo to czułem coś znajomego, jakby echo tamtej zadziorności, tylko już pozbawione potrzeby ranienia. Wtedy to była gra o dominację, o kontrolę. Teraz? Sam już nie byłem pewien, o co dokładnie gramy. Jej komentarz o tym, że widziała, co potrafię, sprawił, że przez moment spojrzałem na nią inaczej - nie z przymrużeniem oka, nie z tym starym, prowokacyjnym półuśmiechem, tylko z odrobiną zaskoczenia. Dawno nikt nie przyznał tego wprost, nawet w tak lekkiej formie. Może to absurdalne, ale coś we mnie drgnęło. Te słowa, w tym tonie, sprawiły, że przez moment nie wiedziałem, czy powinienem się śmiać, czy udawać, że tego nie słyszałem. Przez większość życia nikt nie mówił mi takich rzeczy, a jeśli już, to w kontekście, który brzmiał jak obelga. W gruncie rzeczy czułem się dziwnie, bo przecież całe lata słyszałem od niej coś zupełnie odwrotnego.
- Och, widziałaś, tak? - Mruknąłem, niby mimochodem, ale z cieniem rozbawienia. - Tyle lat, a jednak pamiętasz moje najlepsze występy, chyba musiały zlobiś wlaszenie. Myślałem, sze wtedy byłaś zbyt zajęta udowadnianiem mi, jak balso niczego nie potlafię. - To było zabawne - ile w tym wszystkim mieściło się goryczy i jak łatwo teraz mogłem o tym mówić, jakby nie miało znaczenia. Wszystko, co mogłem wtedy kontrolować, było tylko cieniem tego, czego nie potrafiłem utrzymać w ryzach.
Nie potrafiłem nie uśmiechnąć się przy tym, nawet jeśli w środku coś we mnie drgnęło - wspomnienie tamtych lat, w których każde nasze spotkanie przypominało starcie dwóch żywiołów. Wtedy to, co mówiła, potrafiło ciąć głębiej niż zaklęcia, a mimo to nigdy nie chciałem, żeby milczała. Czasem przyłapywałem się na tym, że nie szukałem już w jej słowach podtekstów. Po prostu słuchałem.
- Mosze i spolo osób tak potlafi. - Przyznałem jej rację po chwili. - Ale niewielu potlafi lobiś to s wdziękiem. - Spojrzałem na nią znacząco, z cieniem uśmiechu, wiedziałem, że zrozumie aluzję.
Kiedy wspomniała o mojej potrzebie kontroli, nie zaprzeczyłem. Zamiast tego westchnąłem cicho, pod nosem.
- Kontlolowaś wsystko? - Parsknąłem cicho. - Och, nie. Po plostu nauczyłem się wyglądaś, jakbym wiedział, co lobię. To zupełnie co innego.
Zbyt często to właśnie pozory ratowały mi skórę - w pracy, w życiu, w rozmowach z ludźmi, których wolałbym nie spotykać, ale przy niej ta maska stawała się bezużyteczna. Widziała za dużo. Poza tym… Kontrola - nie zawsze dało się ją utrzymać. Czasem coś po prostu wymykało się z rąk. Jak ona. Jak my. Nie mówiłem tego głośno, ale czułem, że to zawisło między nami.
- Poza tym widziałaś, jak umiem nalobiś hałasu. To nie to samo. - Dopowiedziałem, nie odrywając od niej wzroku. - Leszta to tylko tlochę zlęcznego udawania. - Zamilkłem - bo co innego mogłem dodać? Wszystko, co chciałbym powiedzieć, brzmiałoby zbyt poważnie, zbyt prawdziwie, a przecież nie o to chodziło tego wieczoru. Prawda była taka, że od dawna nie wiedziałem, dokąd idę, tylko coraz lepiej udawałem, że tak.
Zerknąłem na nią kątem oka. Sposób, w jaki mówiła, wracał do starych czasów - tego, jak rzucała we mnie zdaniami jak zaklęciami, a ja odrzucałem je z tą samą lekkością. Dziwnie znajome uczucie, które kiedyś drażniło, teraz wydawało się niemal… Potrzebne.
Zanim zdążyłem dodać coś jeszcze, jej uwaga przeniosła się gdzieś w bok, a ja odruchowo podążyłem za jej spojrzeniem - na skraju drogi, ledwie widoczny w półmroku, siedział borsuk, mały, nieporadny, rozglądający się tak, jakby świat był dla niego za duży. Kiedy dodała, że jestem wyrozumiały, uśmiechnąłem się pod nosem.
- Nie pomyl wylozumiałości a doblym humolem. - Mruknąłem. - Wyjątkowo wylozumiały jestem zawsze, gdy wiem, sze i tak wyglam ponownie. - Zauważyłem z rozbawieniem, udając, że nie słyszę nuty prowokacji. Jej uwaga o „równych starciach” sprawiła, że kącik ust drgnął mi nieznacznie.
- Gdybym ci kiedykolwiek odpuścił, uznałabyś to za oblazę, a ja nie mam w zwyczaju oblaszaś w ten sposób dam, któle potlafią walczyś za siebie. - Zniżyłem ton głosu, spoglądając na nią z tym starym błyskiem, którego chyba nigdy się nie pozbyłem. Wiedziałem to od dawna, zawsze grała o pełną stawkę, nawet gdy chodziło o słowa. Uniósłem kącik ust, patrząc na nią - była w tym gra, niewinna, ale też niebezpieczna, bo balansowaliśmy na granicy, której żadne z nas nie potrafiło już zdefiniować. Z kolei to, co padło później, trafiło mnie znienacka, nawet jeśli sam to sprowokowałem.
- Cósz, pewnie powinienem zapszeczyś, dla zasady. - Mruknąłem po chwili, miękko. - Ale byłoby to kłamstwo. Zawsze mogłaś się do mnie zbliszyś baldziej, nisz ktokolwiek inny. Tylko wtedy oboje udawaliśmy, sze o tym nie wiemy. - Wypowiedziałem to spokojnie, celowo pozwalając sobie na dwuznaczność tych słów, nie patrząc na nią, jakby wcale nie miało znaczenia, a jednak czułem to napięcie między słowami. - Nawet gdybym chciał ci coś ułatwiś, pewnie i tak byś to zniszczyła s zasadniczej potszeby lówności. - Uśmiechnąłem się, przyglądając się jej z ukosa. - Spokojnie, szadnych folów nigdy ci nie dawałem, i laszej nie zamieszam. Wylównałabyś lachunek zbyt łatwo, a ja muszę mieś pletekst, szeby ci dokuczaś. Nie wątpię, sze lubisz lówne stalcia. Zasady są święte. Blablabla. - Odpowiedziałem z rozbawieniem. - Ale nie oszukujmy się, gdybyś mogła, i tak glałabyś nieczysto. - Rzuciłem z rozbawieniem.
Ale nie mogliśmy tak dyskutować w nieskończoność, musieliśmy wrócić do tego, że na ścieżce pojawił się borsuk - mały, nieporadny, wyglądający tak, jakby przypadkiem trafił na ścieżkę, więc już całkiem obróciłem się przodem do niego i zatrzymałem się, marszcząc brwi. Z początku myślałem, że to przypadek, zaraz się odwróci i ucieknie w zarośla, ale borsuczątko stało w miejscu, przyglądając się nam z taką powagą, jakby rozważało, czy jesteśmy zagrożeniem. Stał i patrzył i, szczerze mówiąc, ja też. Nie miałem pojęcia, co się robi z takim stworzeniem. Prue mówiła coś o dotykaniu, o rodzinie, o borsuczych zwyczajach, a ja tylko obserwowałem.
Zerknąłem na nią kątem oka, widząc ten ledwie uchwytny uśmiech.
- Sun, błagam. - Westchnąłem, zanim jeszcze skończyła mówić, bo zaczęła analizować, jakby planowała adopcję, oparłem dłonie na biodrach i potrząsnąłem głową. - Nie. Nie będziemy wychowywaś małego bolsuka. - Powiedziałem to tonem, który brzmiał bardziej poważnie, niż powinien. Zatrzymałem się, patrząc na niego przez chwilę w milczeniu. Prue od razu się w nim zakochała, to było widać po jej twarzy. - Ani duszego. Ani szadnego. - Zrobiłem krótką pauzę, po czym dodałem z lekkim przekąsem:
- Nie wygląda mi to na dobly moment, szeby plóbowaś… Wychowywaś cokolwiek. Nie jesteśmy… - Urwałem, bo sam nie wiedziałem, co właściwie chciałem powiedzieć. Nie jesteśmy kim? Poważni? Takimi, którzy mogliby wspólnie zająć się czymkolwiek innym niż własnym bałaganem? Ledwo radzimy sobie ze sobą, a ty już chcesz brać odpowiedzialność za dzikie zwierzęta - to się chyba nie może dobrze skończyć? Cokolwiek by to było, brzmiałoby za bardzo jak coś, czego lepiej nie wypowiadać na głos. Oparłem dłonie na biodrach, spoglądając na stworzenie, które teraz najwyraźniej uznało, że może się trochę przybliżyć. - …stwoszeni do takich przedsięwzięś. - Dokończyłem więc z półuśmiechem, próbując rozładować własne napięcie. - Jusz widzę, jak wyjaśniasz ojcu, dlaczego w kuchni masz nolę. - Pokręciłem głową z udawanym rozbawieniem.
Brzmiało to poważniej, niż chciałem, więc zaraz dodałem lżejszym tonem:
- Chociasz, pszyznaję, tlochę szkoda. Wygląda na balsiej losądnego nisz większość ludzi, któlych znam. - Wypuściłem powietrze z ust, wciąż patrząc na stworzenie, które, jak na ironię, wyglądało, jakby za chwilę miało kichnąć.
Patrzyłem, jak staje w odpowiedniej odległości od zwierzaka, ostrożna, ale wciąż pewna siebie, i przez moment pomyślałem, że gdyby ktoś nas teraz zobaczył - ją, mnie, tego małego borsuka - mógłby pomyśleć, że naprawdę jesteśmy czymś więcej niż tylko dwojgiem ludzi, którzy wpadli na siebie w najlepszym możliwym złym czasie, a przecież nie byliśmy. Prawda?
- Zlóbmy tak, jak mówisz. - Kiwnąłem lekko głową, chociaż sam nie byłem pewien, czy to z rozsądku, czy po to, by nie widziała, że przez sekundę chciałem naprawdę tego głupiego borsuka zabrać. Przecież, jak na dwoje ludzi, którzy nie potrafią nawet zdecydować, czy są razem, czy tylko grają w kolejną grę, adopcja borsuka to naprawdę logiczny krok naprzód. - Znajśmy mu coś do jedzenia, a potem go odplowasimy, i to wsystko.
Borsuk poruszył się, przestąpił z łapki na łapkę, jakby zastanawiał się, czy nasza rozmowa dotyczyła również jego. Nie miałem pojęcia, co z nim zrobić, z żadnym z nich, jeśli miałem być szczery - ani z tym małym borsukiem, ani z kobietą, która właśnie po raz kolejny wywracała mi życie do góry nogami.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)
Użytkownicy przeglądający ten wątek: