• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[22.09.1972] Mulciber Dreamhouse Mabon Edition

[22.09.1972] Mulciber Dreamhouse Mabon Edition
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#1
02.11.2025, 12:36  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.11.2025, 14:36 przez Alexander Mulciber.)  
Kolacja z okazji Mabon w Mulciber Manor, West Yorkshire

Wiatr hulał pośród wrzosowisk, nie miał jednak przystępu do majaczącego w oddali domu. Samotnego, surowego, o ostrych liniach kamiennych murów, jak gdyby sam był częścią wzgórz, z których wyrósł. Zabobonni mugole z pobliskiego Bradford gadali, że posiadłość na wzgórzach jest nawiedzona, mieszkańcy Haworth gadali, że po otaczających ją wrzosowiskach przechadzać lubi się sam diabeł... Niewielu zapuszczało się przez to na stare trakty pośród wrzosowisk. Zbyt łatwo można było zgubić tam drogę, nikt jej bowiem nie naniósł starych rozdroży na mapę. Igły busoli wariowały, uniemożliwiając orientację w terenie, na którym kręciły się w kółko, niczym wskazówki na tarczy zegara. Nie było to zasługą wyłącznie spowijającej wrzosowiska magii. Mulciber Manor wzniesiono na pozostałościach meteorytu, spadłego z nieba przed wiekami. Czyniło to posiadłość czymś na kształt trójkąta bermudzkiego pośród morza wrzosowisk. Morza, bo wrzosowiska falowały w wieczornym pomroku jak morze, falami w kolorze wina utworzonymi z ciężkich od wieczornej rosy kwiatostanów wrzosów i wrzośców, którymi targał wszędobylski wiatr. Zdążający na obchody Mabon goście nie musieli się jednak martwić o drogę. Wszyscy wiedzieli, gdzie jest położona rodzinna posiadłość, do której wejścia strzegła ciężka, żeliwna brama z rodową dewizą, "Pomyśl, że to sen", wyrytą tuż poniżej rytunku szlacheckiego herbu.

[+]Opis domu
Nie sposób było nie zastanowić się przy tym, kim był człowiek, którego ręce wzniosły wiekowy dom. Co kierowało nim, gdy decydował, że jego rodzina zamieszkać ma z dala od ludzkich osiedli, pośrodku dziczy? Nawet ogród był dziki. Zarośnięty, zapomniany, a przez to piękny w ten dziwny, niepokojący sposób, podobnie jak i okalające posiadłość wrzosowiska. Kamienne ścieżki, które niegdyś prowadziły w uporządkowane aleje, dziś znikały pod naporem wrzosów. Dawne klomby zamieniły się w plątaninę korzeni i kolczastych gałązek, które chwytały za szaty każdego, kto odważył się między nimi przejść. Wszędzie zaś rosły róże. Na wpół zdziczałe krzaki czerwonych róż, które od wieków służyły za symbol rodu Mulciber, czerwonej róży Yorkshire. Niektóre wciąż kwitły, inne wolały wspinać się po sobie, tworząc nieprzebrany gąszcz kolców i suchych gałązek. Służba rozpaliła jednak w ogrodzie małe lampy, mające wskazać gościom drogę do domu: dzięki temu każdy, kto postanowił pojawić się przy bramie prowadzącej do posiadłości, mógł bez problemu trafić pod główne wejście.

Za ciężkimi drzwiami prowadzącymi do wnętrza domu kryło się potężne foyer, zdominowane przez zachwycającą surową monumentalnością klatkę schodową. Wielokondygnacyjne schody prowadzące na wyższe piętra biegły strzeliście ku górze, ginąc w półmroku licznych antresoli. W obawie przed kolejnym krokiem zawsze można było jednak oprzeć się o stateczną balustradę zdobioną motywami znanymi z baśni i legend. Wyślizgana poręcz zachwycała bowiem prostotą, przypominając o czasach, kiedy po posiadłości biegały zanoszące się śmiechem dzieci. Zamiast marnować czas na zeskakiwanie z drewnianych stopni, zawsze wolały zjeżdżać po balustradzie w dół.

Położony na piętrze salon był największym i najcieplejszym z pomieszczeń. Kamienny kominek wypełniał niemal całą ścianę, na której zawieszono reprezentacyjny portret matki Alexandra, Seliny Ayers, namalowany na krótko po jej zaręczynach z Duncanem Mulciberem. Wszyscy pamiętaliście zmarłego pod koniec zeszłego roku kalendarzowego seniora rodu, nawet jeżeli były to bardzo odległe wspomnienia. Być może ostatnio gościliście tutaj właśnie na jego pogrzebie. Od czasu jego śmierci na rodzinę spadło wiele trosk, przed którymi wcześniej wydawał się was chronić Duncan, jak gdyby nawet los w swych wyrokach drżał przed autorytetem tego mężczyzny. Od czasu jego śmierci, Mulciber Manor wydawało się trwać w zawieszeniu, jak gdyby zatrzymał się tutaj czas. Nawet portret Seliny Ayers wydawał się dziwnie nieruchomy, choć niezaprzeczalnie tchnął magią. Wnioskując po przejaśnieniu widocznym na ścianie obok, musiał mu towarzyszyć kiedyś drugi, równie stary portret: wisiały niegdyś obok siebie, rama przy ramie, teraz jednak nad kominkiem pozostał tylko jeden z nich.

Palenisko trzaskało sennie, a płonące w nim drwa rzucały na sufit świetliste refleksy, tańczące po ścianach jak duchy przodków na uroczyskach pośród wzgórz. W powietrzu unosił się zapach palonego jałowca i wylanego na żar soku jabłkowego. Rozstawione wszędzie wokół fotele i sofy obite nieco zmechaconym, ciemnoczerwonym pluszem zapraszały, aby rozsiąść się w nich wygodnie, zanurzyć w spowijających posiadłość zapachach, zasnąć, tonąc w miękkości poduszek, których część leżała także na pokrytej grubymi dywanami podłodze. Przy oknie stał potężny fortepian, nieco rozstrojony, wciąż jednak mogący umilić kolację dźwiękami muzyki. Na pokojach ponadto rozlokowane były rozliczne regały, sekretarzyki, komódki, stoliczki, ławy, barki, biblioteczki i wszelkie inne udogodnienia, które nagromadzili przez lata Mulciberowie, zwłaszcza Duncan, mający poniekąd naturę zbieracza. W niektórych niszach stały marmurowe popiersia przodków Mulciberów. Nie było w tym jednak nowobogackiego przepychu, a wnętrze nie zachwycało blichtrem: bardziej wyglądało to tak, jak gdyby przez lata próbowano udekorować bardzo chłodne i surowe wnętrze w sposób dający wrażenie domowego ciepła. Przyjemnym było to lekkie zagracenie, wszystko wydawało się być tutaj zresztą na swoim miejscu. A jednak... Spod pokrywających ścian tapet wyłaziły sny przodków, w przestrzeniach między kamiennymi murami szeptał wiatr, a skrzypienie podłóg, które próbowały zamaskować pięknie zdobione dywany, było zwyczajnie upiornym. Oglądając to wszystko mogliście odnieść przede wszystkim wrażenie, że dom jest stary, bardzo stary. A wy w tym wszystkim? Wy byliście tylko kolejnym snem, które śniło to domostwo, śniące przecież samo siebie, pogrążając się coraz bardziej w letargu pokoleń.

W głównym skrzydle cała otwarta przestrzeń pozostawała dostępną dla gości. Gdyby któreś z was próbowało podążyć wyłożonymi skrzypiącym parkietem korytarzami w głąb domu, mógłoby jednak odkryć, że drzwi do rodzinnej galerii portretów stanowiącej serce domu pozostawały zamkniętymi. Ale znów, po co mielibyście tam w ogóle iść? Świąteczne obchody skupiały się bowiem w obszernej sali jadalnej.

Wielka jadalnia, otwierała się ku salonowi, i rozlicznym galeryjkom z wydzielonymi dla wygody mniejszymi nawami. Mahoniowy stół biegł przez całą długość sali, podwójnie nakryty ciężkim obrusem z burgundowego aksamitu, haftowanym motywem splecionych gałęzi krzewów różanych, pomiędzy którymi zakwitały pojedyncze kwiaty. Na nim położono dodatkowy obrusek z delikatnej koronki, utkanej z pobłyskujących złotem nici. Stół aż uginał się pod ciężarem w zdecydowanej mierze tradycyjnych potraw. Zdobne półmiski i misy pełne były jesiennych darów: można tam było znaleźć między innymi pieczone przepiórki nadziewane kasztanami, paszteciki z dziczyzny i grzybów, kandyzowane jabłka, aromatyczne placki z dyniowe, a także mięsne pieczenie, do których jako dodatek podawano domowej roboty dżemy z żurawiny i borówek. Nad stołem unosił się słodko-gorzki zapach karmelu i przypraw korzennych, wina i pieczonego mięsa. Wszystkie te wonie mieszały się z zapachem drew płonących w wielkim kominku w salonie. Pośród naczyń stały dzbany z cydrem, ciężkie karafki z winem, a także inne przysmaki, gotowe zadowolić podniebienia gości.

Po obu stronach stołu wznosiły się rzędy wysokich, prostych krzeseł o oparciach zdobionych herbem rodu. Na ścianach wisiały rozległe pejzaże przedstawiające wrzosowisko w różnych porach roku. Obrazy zaklęto, przez co płótna spłowiały, przybierając barwy brązu, ochry, oranżu i żółcienia. Wyglądały przez to tak, jak gdyby wszystkie przedstawiały wciąż tę samą porę, widoczną zresztą za oknami: późną jesień, zmierzch, pożółkłe, nieprzyjazne niebo nad wrzosowiskiem. Tylko jeden obraz różnił się od pozostałych, choć nie na pierwszy rzut oka. Był to wiszący ponad krzesłem pana domu portret Alexandra Mulcibera I, który wniósł przed wiekami Mulciber Manor. Wiekowy czarodziej opuścił jednak ramy swego portretu, pozostawiwszy po sobie jedynie burzowy krajobraz: artysta uwiecznił go bowiem na tle jego ukochanych wrzosowisk. Kto śmiałby jednak zatrzymywać szacownego przodka, któremu zawdzięczali tak wiele? Być może wróci, aby spojrzeć na swych potomków, gdy ci zdecydują się wreszcie zasiąść do uroczystej kolacji.



Alexander oparł suto opierścienione dłonie o rzeźbione wezgłowie krzesła u szczytu stołu. Potężnego krzesła, na którym podczas rodzinnych posiłków zwykł zasiadać jego pan ojciec. Na którym, od czasu jego śmierci, zasiadał Alexander, gdy przychodziła pora wieczerzy.

Teraz jednak stał, opierając na krześle swój ciężar, jak gdyby oczekiwał już przybycia gości. Przywilejem jasnowidza wiedział, kiedy każdemu z nich przyjdzie pojawić się w sali jadalnej Mulciber Manor. Niezbyt liczna, acz skupiona na swoich zadaniach służba, miała się zająć odpowiednio potrzebami zaproszonych gości. Odziany w elegancką szatę Alexander Mulciber trwał więc z oczami utkwionymi w oknie wychodzącym na wrzosowisko, czekając aż wokół zbiorą się ci wszyscy, których nazywał rodziną.

Scarlett zajęła się przygotowaniem kolacji z godnym podziwu zaangażowaniem. Zamierzał ją pochwalić, bo na pochwałę zasłużyła. Zorganizowała zaproszenia, wydała stosowne dyspozycje co do menu, zarządziła przygotowanie świątecznych dekoracji, którymi służba przystroiła dom. Dał jej w tym wolną rękę, ciekaw, jak się sprawdzi w roli gospodyni. A jednak do niego należało ostatnie słowo w gestii usadzenia gości. Takim było jego życzenie, żeby nie powiedzieć, żądanie.

U jego prawicy miała zasiąść babka Philomena, w miejscu, które na co dzień zajmowała Lorien, gdy wspólnie z Alexandrem zasiadali do posiłków. Było to miejsce najbardziej zaszczytne, więc należało się, rzecz jasna, seniorce rodu. Alexander nie usiadł, dopóki Philomena nie zajęła miejsca. Jako jedynej z zasiadłych przy stole kobiet, podsunął jej krzesło, obsługę reszty pozostawiając służbie. Jej obecność sankcjonowała jego władzę, jak gdyby błogosławieństwo staruszki było niezbędnym do zachowania ciągłości tradycji rodu Mulciber. A Alexander nie zamierzał kłócić się z tradycją.

Obok Philomeny miała zasiąść Lorien, a obok niej – matka Alexandra, prorokini Selina Mulciber z domu Ayers. Alexander chciał, aby Lorien zajęła miejsce obok najważniejszej dla niego osoby. Tylko jej ufał, że obejdzie się z jego matką godnie. Sadzając siostrę między matką a babką, chciał ponadto zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. Cały czas pozostawała w zasięgu jego wzroku. Nie zamierzał tolerować jakichkolwiek nieprzyjemnych komentarzy ze strony brata bliźniaka zmarłego męża Lorien skierowanych pod jej adresem. Gniewał się wystarczająco o to, jak została potraktowana, o to, że wzgardzono powagą jej wdowieństwa, odmawiając czci należnej pogrążonej w żałobie kobiecie.

Po przeciwnej stronie stołu, tuż po lewicy Alexandra, przygotowano zatem miejsce dla Richarda Mulcibera. Drugie najbardziej zaszczytne miejsce przy stole przypadło w udziale dumnemu krewniakowi nie bez powodu. Alexander zamierzał trzymać go blisko siebie, zgodnie z zasadą: "przyjaciół blisko, a wrogów jeszcze bliżej". Niczego nie pozostawiał przypadkowi. Zareagowałby natychmiast, w razie gdyby Richard próbował zakłócić spokój rodzinnej kolacji. Miał z nim zresztą do pogadania. Zależało mu na rozmowie z krewniakiem, poznaniu jego perspektywy po wydarzeniach Spalonej Nocy.

U boku Richarda miała zasiąść jego córka, Scarlett Mulciber. Obok Scarlett, bliżej końca stołu, wyznaczono natomiast miejsce dla córki Thaddeusa, Charlotte Mulciber. Było to naturalnym wyborem, Alexander wierzył bowiem, że dziewczynki w zbliżonym do siebie wieku powinny się ze sobą dogadać, gdyby znudziły ich dorosłe rozmowy. Wierzył ponadto w ogładę Scarlett, licząc, że w razie potrzeby zapanuje nad Charlene, przesiąkłą szkodliwym wpływem Nokturnu.

Miejsce na drugim końcu stołu, naprzeciwko Alexandra, pozostawiono pustym. Na życzenie pana domu dołożono tam jednak dodatkowe nakrycie. Dla Donalda. Alexander chciał w ten sposób uhonorować brata ulokowanego na stałe w Lecznicy Dusz. Jego wzrok obojętnie prześlizgiwał się jednak po pustym krześle, zbytnio skupiony był bowiem na otaczających go gościach.

[+]Wizualna reprezentacja miejsc
[Obrazek: 01d5290efaedf2eaf33b1e39f31c2f7cf566419c.jpg]

Zapraszam was do zajmowania miejsc, które rozdzielił Alexander. Ze względu na święta, ustalmy wstępnie termin odpisu do 6 listopada, do godziny 23:59. Doradzam względny umiar do około 500-600 słów na posta, ale jeżeli wyjdzie wam więcej, nikt się nie obrazi. Zobaczymy, czy będziemy potrzebować ścisłej kolejki, czy będziemy pisać tak, jak komu pasuje, trzymając się tylko terminów dziennych. Na razie proszę o to, aby każdy dodał przynajmniej po jednym poście.

Gdybyście życzyli sobie interakcji z Seliną, dajcie mi znać, zanimuję ją wam z konta Barda Beedle. Na kolację wprowadzi Selinę Lorien w swoim poście.

Dziękuję serdecznie za pomoc w organizacji Lorien Mulciber i Scarlett Mulciber.


Miłej zabawy, kochani! Serduszko


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#2
03.11.2025, 17:45  ✶  

Yorkshire. Richard pojawił się w pobliżu bramy, lecz nie tej, która prowadziła do głównej Rezydencji Rodowej Mulciber Manor. Stanął przed bramą cmentarną, do której podszedł, otworzył i ją przekroczył. Zjawił się na tych terenach z zapasem czasu. Pomimo faktu, że los zesłał mu na ulicach Magicznego Londynu córkę Thaddeusa, Charlotte. Poświęcił jej swoją uwagę, kontrolując czas przeznaczony na jej zakupy. Zaś później, rozdzielili się. Każde w swoim interesie. Pozostały czas, Richard potrzebował spędzić między grobami przodków. Przy grobie, swojego bliźniaczego brata.

Bez problemu odnalazł nagrobek. Z pomocą różdżki, oczyścił miejsce. Przykucnął i położył bukiet kwiatów, jaki kupił w magicznej kwiaciarni. Ocalałej, bądź odbudowanej po pożarach w londyńskim mieście, magicznej dzielnicy. Nie był to pierwszy lepszy bukiet, ale specjalnie z dobranymi kwiatami, w którym także znajdowały się róże, czerwone. Obiecał sobie, że będzie częściej go odwiedzał. Nawet nie przeszkodziłby mu w tym powrót do Norwegii. Tak jak za życia Roberta, go odwiedzał w ich Rodzinnej Kamienicy, tak teraz, robił to tutaj.
Gdyby mógł cofnąć czas… Zmienić kilka swoich decyzji…

Potrzebował tego wyciszenia. Zebrania myśli. Potrzebował obecności brata, zanim przekroczy bramę i drzwi do Mulciber Manor. Wyjął papierośnicę, a z niej papierosa i zapalniczkę. Zapalił, zaciągnął się dymem, wypuszczając go w górę, spoglądając przez moment w niebo, którego zmrok pojawiał się szybciej. Znów powrócił wzrokiem na napis i daty na nagrobku. Jakby w tym widział swoje. Swojej drugiej połówki. "Dodaj mi wsparcia i więcej cierpliwości, aby przetrwał tę kolację w Mulciber Manor." – rzekł w myślach, jakby chciał w ten sposób z nim prowadzić rozmowę. Przekazać prośbę, której nie miał pojęcia, czy zostanie wysłuchana. Czy zrealizowana. Wiedział, że musiał radzić sobie sam. To nie był dla niego łatwy okres.

Pozostał jeszcze chwilę, aż wypalił papierosa. Niedopałek zgasił w ziemi. Wstał, chowając papierośnicę z zapalniczką do kieszeni spodni. Ostatnie spojrzenie skierował na nagrobek, a następnie opuścił cmentarz. Wychodząc przed bramę, spojrzał na zegarek, oceniając czas, czy warto iść na piechotę, czy lepiej użyć teleportacji. Nie spieszył się, ale też nie był z tych, którzy się spóźniają. Włożył ręce do kieszeni płaszcza, ruszając w bezpieczne miejsce, gdzie żadne niepożądane oczy go nie zobaczą i wtedy teleportował się w bezpieczne pobliże posiadłości Mulciber Manor. Stanął przed bramą, która po otwarciu, wpuściła go na teren.


Docierając do głównych drzwi wejściowych rezydencji, miał chwilę, aby spojrzeć na otoczenie i sam budynek i jego skrzydła. Ocenić ich stan elewacji i zniszczeń, które były widoczne przy wschodniej części. Nadal, najpewniej nieodbudowane. Nie marnował jednak czasu na dokładniejsze zwiedzanie. Nie w tym celu tutaj się zjawił. Stanąwszy w końcu przed drzwiami, nie musiał widocznie alarmować o swoim przybyciu, gdy te otwarły się i zapraszały do środka. Wszedł, korzystając z tego zaproszenia. Na wszelki wypadek miał też to, które otrzymał od córki, na rodzinną kolację Mabon.

Zdjął czarny płaszcz i szalik, oddając służbie na przechowanie. Zaprowadzony został do części jadalnej, gdzie miała odbyć się uroczysta kolacja rodzinna. Odziany w całkowitą czerń. Garnitur i golf, charakterystyczny element odzieży Roberta. Przez który łatwo było ich odróżnić. Specjalnie na tę kolację, pozbył się swojego zarostu, wyglądając jak kopia własnego brata. Nie trzeba dodawać, że wciąż nosi w sobie żałobę po jego stracie.

Richard dość szybko zarejestrował obecność głównego gospodarza, Alexandra, stojącego przy szczytowym krześle. Zaprowadzony ku wielkiemu stołowi, wskazano mu miejsce siedzące, dość blisko kuzyna. Richard skinieniem głowy, służbie podziękował. Uwagę zaraz skupiając na gospodarzu. I jeżeli Alexander wyraził chęć należytego przywitania się, Richard uścisnąłby mu dłoń. Mimo swojego momentami narwanego charakteru, potrafił się odpowiednio zachować do sytuacji i znał zasady etykiety.
- Nigdy bym nie przypuszczał, że będziesz chciał mnie tutaj gościć.
Zwrócił się do Alexandra. Relacje mieli, jakie mieli. Richarda mogło zaskoczyć zaproszenie, nie wiedząc do końca, czego się w tym spodziewać. Radością, co prawda Richard nie tryskał. Zachowywał powagę i ostrożność. Miejsca swojego jeszcze nie zajmował, postanawiając poczekać na przybycie pozostałych członków rodziny, zaproszonych na tę kolację. Wiedział, że miała pojawić się Charlotte. Gdyby nawinęła mu się Scarlett, ogarniające całe te przygotowania, przywitałby się z córką. Jako że był tutaj gościem, należycie też przywitałby się z Philomeną i Seliną. Nie zlekceważyłby także obecności Lorien. Która w jego oczach, była morderczynią. Niszczycielką jego rodziny. Jego spojrzenie, mogło być nienawistne do jej osoby, ale zachowanie, było z okazaniem odpowiedniej kultury. Gdyby pozwoliła, przywitałby ją tak, jak każdą kobietę. Ujmując dłoń, całując jej wierzch. Lecz jeżeli nie będzie sobie życzyła aby się do nie zbliżał, uszanuje to, pozostając przy swoim miejscu.

Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#3
03.11.2025, 20:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2025, 20:54 przez Lorien Mulciber.)  
Nie trzeba było na nią długo specjalnie czekać, bo pani Mulciber nie praktykowała jakże popularnego i szalenie w jej opinii nieuprzejmego spóźniania się na kolację. Zresztą ze wszystkich zaproszonych (może z wyjątkiem samego Alexandra) miała zwyczajnie w świecie najbliżej. Jej pokój był na tym samym piętrze.

Pojawiła się w jadalni prowadząc pod ramię znacznie wyższą od siebie, lekko przygarbioną Selinę Ayers. Spędziła z nią praktycznie całe popołudnie, pomagając dobrać jasne, miękkie szaty na uroczystość; upinając jej włosy w koka, którego kobieta nosiła cale życie, manewrując wsuwkami i ozdobami tak, by żadna nie przeszkadzała. Umalowała jej usta ciemną czerwienią, a oczy - czernią, zupełnie niczym mała dziewczynka, która dorwała się do kosmetyczki mamy.
- Wyglądamy podobnie.-Uśmiechnęła się, obejmując ją i na moment przytulając policzek do policzka ciotki Mulciber. Ileż by dała by cień uśmiechu zagościł na twarzy ciotki, zupełnie jak kiedyś. Wystarczyło jej jednak łagodne pogłaskanie po policzku.
Zadbała, żeby nadgarstki prorokini zdobiły cenne bransolety, a kościste palce - pierścienie. Każdy jeden ofiarowany czarownicy przez świętej pamięci Duncana Mulcibera. Dopiero zapinając ślubne perły na szyi czarownicy poczuła jak kobieta drży.
- Jeśli ciocia nie chce…- Zaczęła cicho, gotowa w tej jednej chwili odwołać cały ten rodzinny spęd. Mabon nie Mabon, komfort pani domu był najważniejszy.
Nie dostała odpowiedzi. Nie spodziewała się zresztą żadnej, bo Selina ostatnimi dniami nie odzywała się do nikogo. Ale nie było też sprzeciwu, więc w końcu sprowadziła ją do jadalni.

Czy to dlatego sama nie miała na sobie charakterystycznego ciężkiego makijażu, a jej włosy układały się w niesfornych lokach? Czy zwyczajnie w świecie nie zdążyła, pchana powinnościami, które przypadać powinny córce, a gdy takowa się w rodzinie nie zrodziła to synowej? A może było w tym zabiegu coś przemyślanego, bo (choć odrobinę bardziej zmęczona) w tym wydaniu wyglądała zdecydowanie młodziej.
To, że Lorien nie pokaże się w żałobnej szacie było rzeczą oczywistą. Nosiła czerń każdego dnia, gdy zasiadała w sędziowskich ławach. Nosiła ją po ofiarach tragicznych wydarzeń z początku września i spopielonego systemu. Czerń nie była dla Lorien kolorem żałoby - była codziennością.
Ale jakie było prawdopodobieństwo, że nabożnie podążająca za modą Lorien pojawi się na kolacji w szacie sprzed półwieku? Niewielkie. A jednak. Dziś miała na sobie bogato zdobioną suknię w jasnym, żółtym odcieniu, tkaną srebrną nicią w finezyjne wzory liści i pnączy. Dokładnie tą samą, jaką miała na sobie uwieczniona na swoim ślubnym portrecie Selina..

- Ciociu, usiądź proszę.- Głos czarownicy był cichy i łagodny. Nie brzmiała tak jak zwykła brzmieć na sali sądowej czy w codziennym życiu. Bez pogardy i ostrego, pełnego żądania i pretensji tonu, ciężko byłoby pewnie ją rozpoznać po czymś innym niż nikły włoski akcent. Skinęła głową służącemu, który odsunął krzesło pani domu, a Lorien pomogla jej zająć miejsce. Sama jeszcze nie usiadła, nachylona nad starszą czarownicą, zbyt nią zaaferowana, żeby zwrócić uwagę na resztę osób przy stole.
-Będziemy tu z Alexandrem cały czas.- Dodała. Poprawiła bardzo ostrożnie osuwający się z ramion kobiety szal, nie chcąc zaburzyć jej spokoju.

Podeszła do Alexandra i swojego szwagra, który zdążył się już pojawić w jadalni. Powieka jej lekko drgnęła, gdy dostrzegła, że założył golf, chociaż sprawy nie skomentowała.
- Richardzie.- przywitała się. Oczywiście, że podsunęła dłoń do ucałowania, dokładnie tak jak nakazywała kultura. Nie miała dziś na sobie zbyt wielu pierścieni, ale przede wszystkim nie miała obrączki po Robercie.- Cieszę się, że bezpiecznie dotarłeś.- Mówiła prawdę? Kłamała? A kto by tam wiedział.
Cały ten czas stała jednak u boku Alexandra, wolną dłonią obejmując jego ramię. Do niego zresztą zwróciła się, ucinając swoją rozmowę z Richardem na tych kilku uprzejmościach.
- Ma… Ciocia się dobrze czuje. Zabiorę ją na górę jeśli to wszystko ją przytłoczy.- Powiedziała. Odruchowo poprawiła źle odwinięty kołnierzyk szaty młodszego Mulcibera.
Skinęła jeszcze raz Richardowi głową, by wrócić na swoje miejsce.

Daję do wglądu inspo pod Selinkę, gdyby ktoś chciał się nad najpiękniejszą i najlepszą prorokinią pozachwycać: LINK O TUTAJ
Harpagan
Śnisz, a ja jestem twoim koszmarem
wiek
22
sława
III
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Sprzedawca w Czarcim Oku
Długie blond włosy, lekko falowane, zwykle są rozpuszczone. To, co przykuwa uwagę to nienaturalne, srebrne oczy oraz wędrujący srebrny rumień na prawej ręce - objaw srebrzycy. Sylwetka szczupła, zwykle odziana w dobrej jakości ubrania, podkreślające talię i długie nogi. Piegi na nosie i policzkach dodają jej uroku, ale lwia zmarszczka pojawiająca się na czole świadczy o tym, że kobieta często się denerwuje. Ma około 170 cm wzrostu.

Charlotte Mulciber
#4
03.11.2025, 22:27  ✶  

Stresowała się, to mało powiedziane. Gdy tego dnia wybierała z Richardem sukienkę, a potem naciągnęła go na czarne, eleganckie buty na niewysokim obcasie, czuła wyłącznie radość i ekscytację. Wyobrażała sobie, jak to będzie wejść do Mulciber Manor z elegancką, czarną torebką kopertową i różdżką w dłoni, podczas gdy drobne pakunki, przewiązane granatowymi wstążkami będą dryfować za nią w powietrzu, dopóki nie przekaże ich służbie. Wyobrażała sobie, że przejdzie przepięknym, aczkolwiek dzikim ogrodem, by wejść do mrocznie pięknego korytarza, pełnego tańczących cieni przeszłości. Wyobrażała sobie, jak pięknie musiała wyglądać Lorien, jak pięknie pewnie będzie wyglądać córka Richarda, Scarlett. Jak dostojna będzie "babcia". W tym obrazku nie było jednak miejsca dla mężczyzn. Wyobrażała sobie pocałunki w policzki, szerokie uśmiechy i ciepło, którego dotąd nie miała okazji doświadczyć od tej części rodziny.

Gdy szła za światłami, czuła rosnące w jej ciele podekscytowanie. Drobne upominki, które chciała później przekazać rodzinie z okazji Mabon, faktycznie dryfowały za nią do momentu, w którym nie przekroczyła starych drzwi Mulciber Manor. Paczuszki powędrowały niemalże od razu w dłonie służby, podobnie jak płaszcz, a różdżkę Charlotte schowała tak, jak nakazywała kultura. Pod czarnym, nieco przykurzonym płaszczem (i nieco za dużym na jej ciało) kryła się ciemnogranatowa, prawie że czarna sukienka. Pachniała nowością, chociaż nie błyszczała przepychem. Była... Ładna. Stosowna do okazji, elegancka, za kolano, lekko rozkloszowana. Cienkie, półprzezroczyste rękawy oblepiały ręce Mulciberówny, zakrywając rosnący, srebrzysty rumień. Zaczynała się denerwować. Wiedząc, co się z nią dzieje w takich sytuacjach, spakowała wcześniej słoiczek z maścią i przysięgła sobie, że prędzej umrze, niż zacznie drapać rękę, bo będzie jeszcze gorzej. Ale nie mogła nic poradzić na swoją chorobę, tę nieuleczalną, jednocześnie piękną jak i brzydką. Cichy stukot obcasów na schodach, prowadzących do salonu, zwiastował jej przybycie, przerywane trzaskiem ognia w kominku. A potem zobaczyła jego.

Srebrzysty rumień zapiekł, podobnie jak serce Charlotte, gdy tylko spojrzenie srebrnych oczu pochwyciło sylwetkę Alexandra. I chociaż pociągnięte szminką usta nie wykrzywiły się w grymasie, tak też nie rozciągnęły się w uśmiechu, a oczy pozostały dziwnie puste. Bez wrogości, bez złudzeń, jedynie z żalem, którego ukryć nie była w stanie. Wyraz jej twarzy zmienił się dopiero, gdy tęczówki przesunęły się na Lorien i Selinę. Twarz rozluźniła się nieco, policzki nabrały przyjemnego, różanego odcienia. Ciociu - poruszyły się jej usta, lecz spomiędzy warg nie wydobył się dźwięk. Przeszła do czwórki Mulciberów, zgromadzonych przy stole. Lorien nie była formalnie jej ciotką, lecz przyjaźń z matką sprawiła, że Lotte zwykła ją tak nazywać jeszcze zanim Lorien wyszła za Roberta. Zgodnie ze zwyczajem przywitała się najpierw z głową rodu, aczkolwiek bił od niej chłód i dystans, jak i Seliną, a dopiero później z Lorien i Richardem. Na tego ostatniego zerknęła pytająco, bo miejsce przeznaczone dla jego córki wciąż było puste. A czekała na to, by ją poznać - była ponoć w podobnym wieku, poza tym była ciekawa, jaka była Scarlett Muciber. Czy była taka jak jej ojciec? A może wdała się w matkę?

Ten, kto spodziewał się, że panna z Nokturnu wpadnie tu w dresach, śmierdząca petami i tanią wódą, musiał obejść się smakiem. Charlotte Mulciber nie tylko wyglądała jak na Mulciberównę przystało (nawet upięła włosy we francuski kok, który przebiła szpilą zakończoną księżycem srebrnym tak jak jej oczy, ale i pachniała jak panna z dobrego domu. Dymne perfumy, w których królowała orientalna nuta, z pewnością nie były ani papierosami, ani opium czy wódką. Makijaż, który miała na twarzy, był wykonany starannie a kok, chociaż z pozoru niedbały - miał każdy zaplanowany kosmyk. I tylko lekko drżąca prawa ręka zdradzała osobom, które wiedziały o jej chorobie, że coś mogło być nie tak. Zajęła swoje miejsce - grzecznie, tak jak była nauczona. Nie wychowała się w oborze, nie straciła godności, o którą tak martwiła się Lorien. Nokturn jeszcze nie zrobił z niej kurwy.
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#5
05.11.2025, 11:04  ✶  
Przez otwarte okno pokoiku na poddaszu Mulciber Manor Philomena wpuszczała do domu wichrzysko znad wrzosowisk. Owiewało nieprzystępną twarz staruchy tak samo bezlitośnie jak owiewało te skały, na których stał dom. Kominek był wygaszony, wnętrze pachniało starym drewnem i zakurzoną nieobecnością, choć faktycznych pyłków by się w nim nie uświadczyło. Ilekroć Philomena wracała tu, otwierała okna, choćby i w środku zimowej zamieci. Pokój był urządzony surowo, ledwie stopień przytulniej niż cela klasztorna — bez zbędnych ozdób i wygładzonego przepychu londyńskiej kancelarii pani mecenas. Prosty sekretarzyk, komódki, fotel — one były tutaj, odkąd podarował jej ów pokój krótko po ślubie mąż.
Dla niej i tylko dla niej, aby miała swój kąt. Dzieciom zawsze surowo zabraniano wstępu do tego pomieszczenia, a gdy znikała w nim matka, później babka, wszyscy wiedzieli, że pod żadnym pozorem nie można jej przeszkodzić. Również dorośli domownicy czuli do owego pomieszczenia respekt, szczególnie gdy dorosłymi stały się te dzieci, które kiedyś pod tymi drzwiami chodziły na paluszkach. Czasem ktoś z domowników pukał, czasem ktoś zaglądał do środka, aby wymienić dwa słowa, lecz rzadko przekraczał próg. Nie wchodziła tu służba, Philomena dbała o miejsce od zawsze sama, mimo że w londyńskiej kamienicy pokojówki wyręczały ją we wszelkiej czynności.
W tych szybach opierających się wiatrom niesionym przez duchy znad wrzosowisk odbijała się przed laty szczupła, śliczna twarz młodej dziewczyny, która przy świetle pojedynczej świecy ślęczała po nocach nad kodeksami, aby być kimś więcej niż żoną. W pierwszej kolejności była żoną i matką, oczywiście, lecz przecież będzie w stanie unieść i karierę. Nie była pewna, czy Alexander Sr. w to wierzył. Z początku zapewne nie: pamiętała rozczulone pobłażliwością spojrzenia, jakimi odprowadzał ją pod drzwi jej samotni. Nie miał jednak powodu jej tego zabronić, była bowiem oddaną żoną i matką. Tylko dlaczego gdy rano witał ją pocałunkiem po nocy spędzonej w małżeńskim łożu, jego słodka i smukła jak łodyżka dziewanny żona przeżarta była zapachem boazerii ponurego pokutnego stryszku, zamiast woni jego ciała?
Philomena została w sypialni państwa krótko po jego śmierci, lecz opuściła ją, ledwo Duncan się ożenił. Nie wygonił jej, sama nalegała na wstawienie łóżka do swojej celi. Dziedzic wielokrotnie oferował matce najpiękniejsze pokoje Mulciber Manor, lecz tak jak na zewnątrz Philomena Mulciber była symbolem bogactwa i klasy, tak dla domu była przypomnieniem o wartości surowej dyscypliny.
Deski podłogi skrzypiały tu tak samo niezależnie od tego, czy przechadzała się po nich gibka dziewczyna, czy zdrewniała starucha. Philomena stanęła przy komodzie, wysunęła ciężką szufladę — cmentarzysko dzieciństwa. Nie jednego, nie dwóch, nie trzech. Dzieciństwa tych, o których dom już dawno nie śnił, i tych, którzy wciąż się po nim przechadzali. Leżała przed Mulciberową bogata kolekcja zabawek, które raz skonfiskowane dzieciom, nigdy już do nich nie wracały.
Figurki magów obłażące z farby — Duncan puszczał je po stole, na którym rozłożone były notatki młodziutkiej Philomeny, która siedziała nad nimi, bujając na kolanie malutkiego Francisa. Mimo lat resztki magii wciąż tliły się w duncanowym Merlinie i gdy przeszukująca szufladę matka przesunęła go po blisko siedemdziesięciu latach, figurka syna zamachała słabo różdżką. Zaczął beczeć, gdy mu go zabrała, a Francis solidarnie krzyczał wraz z nim, choć nie wiedział jeszcze, za czym płaczą.
Nie po figurkę Duncana przyszła tutaj Philomena.
Wyłowiła dwoma palcami — jak wstrętne, zatrute jabłko — zaklętą czerwoną piłeczkę poznaczoną śladami psich kłów. Ten zakazany na lat z górą dwadzieścia owoc wylądował z pluskiem w koktajlu jej przyjaciółki, gdy wieczerzały pewnego letniego wieczoru w ogrodzie Mulciber Manor. Gdy dziś Philomena upuściła zabawkę na podłogę, piłka od razu jęła toczyć się w tę i z powrotem. Pchana czarami kręciła się jak bączek po podłodze smutnej celi, jakby nie dostrzegała, że nie ma psa, który by ją pogonił.
Czarownica unieruchomiła piłkę i posłała ją zaklęciem na blat sekretarzyka. Nim zamknęła szufladę, wyjęła z niej również miniaturową klatkę. W środku podzwaniał łańcuchami swoich kajdan mag z kolekcji figurek Alexandra. Babka odebrała więzienną celę Lorien, bo nie interesowało jej, kto zaczął i czyja była wina.
Gdy Philip przybył tego dnia odebrać dziecko, próbował wstawić się za nim u nieprzejednanej seniorki. Klatkę przecież składał on sam.
— Dobrze więc, Philipie, weź klatkę, lecz uwolnij z niej pierwej to, co nasze. Wówczas możesz ją zabrać.
Philip Crouch zdawał się początkowo nie dowierzać warunkom postawionym przez starszą panią, wypowiedzianym z powagą godną formalnego spotkania na sali sądowej. Z szacunku spróbował różdżką rozwiązać zaklęcie, które zamknęło figurkę Alexandra w potrzasku miniaturowych kajdan. Bezskutecznie. Philomena patrzyła na jego starania z zaciętą miną, a gdy sędzia poddał się, odebrała mu bez słowa zabawkę i tak klatka Lorien z uwięzionym magiem zniknęła w szufladzie Mulciberowej.
Cóż ty stworzyłeś, Philipie, myślała pochylona nad sekretarzykiem starucha, mrużąca oczy mimo nasuniętych na nos okularów, manipulująca nad klatką palcami, z których koniuszków płynęła magia rozproszeń. Zaklęcie wiążące kajdany było cieniutkie, nieskomplikowane, lecz przez to tak łatwo uciekało jej z rąk. Nie potrafiła przyszpilić i rozerwać niteczki magii, która uwolniłaby maga Alexa.
Philomena poddała się tak samo, jak poddał się kiedyś Philip.
Dołączyła do gustownie zapakowanych podarków świątecznych zarówno piłeczkę, jak i klatkę z magiem. Każdemu, co jego.

[Tutaj zaczyna się właściwy post.]

Stukot obcasów Philomeny wyznaczał takt, w jakim oddychała służba. Jej spojrzenie zatrzymane na przedłużoną sekundę wskazywało, gdzie jeszcze należy dokonać ostatnich poprawek. Burgundowa aksamitna szata zdawała się pożerać docierające do niej światło świec; stójka szaty była tak sztywna, że poddusiłaby staruchę, gdyby ta zrezygnowała z trzymania głowy wysoko. Srebrna, wpięta w szatę brosza ciążyła na piersiach, upięcie siwych włosów podtrzymywały zdobione klejnotami grzebienie.
Stara Mulciberowa przekroczyła próg jadalni dokładnie o umówionym czasie — ani wcześniej, ani później. Trudno było w pierwszej kolejności zwrócić wzrok na kogo innego niż Alexandra. Philomena obserwowała go uważnie — nie tylko w trakcie tej kolacji. Patrzyła mu na ręce od momentu wypadku Donalda. Ostatnio zaczął starać się. Wyglądał nad krzesłem pana domu — tego, przy którym widziała wcześniej jego pradziadka, jego dziadka, jego ojca, jego brata — niemal, jakby mógł dopasować się do niego pewnego dnia i być głową rodu, jakiej potrzebowali.
Może i mógłby, lecz cóż było z tego, że godnie wyglądał na krześle, gdy podjętych przez niego w przeszłości decyzji nie dało się już cofnąć.
Od 9 września 1972 roku nie było dnia, aby nie odegrała w głowie jego procesu. Aresztowano już go we wszelkich okolicznościach, z coraz to nowym materiałem dowodowym, w nowej sytuacji polityczno-społecznej. Alexander miał już przygotowanych dziesiątki różnorakich strategii obrony.
Niechby mu było dane grzać fotel w Mulciber Manor jak najdłużej, bo po nim któż?
Philomena przywitała się uprzejmie z Richardem.
I któż tego jej wnuka zwlecze z jego tronu?
Lorien obdarzyła jedynie uśmiechem, widziały się już tego dnia. Na Selinie zawiesiła na dłużej spojrzenie, umiarkowanie ciekawa, w jakim synowa jest owego wieczora stanie.
— Charlotte, zgadza się? — powitała następnie młodą Mulciberównę bez szczególnej emocji, podobnie uprzejmie jak Richarda. Dawno jej nie widziała.
Gdy wszyscy zebrali się i wiedziała Philomena, że nie czekają już na nikogo, kto spóźniłby się niezręcznie [więc czekam na Scarlett!!], staruszka w asyście Alexandra zasiadła do stołu, inicjując kolację.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
Ancymon
"Niewierny jest ten, kto żegna się, gdy droga ciemnieje"
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Nie jest ani wysoka, ani niska, mierzy dokładnie 168 cm. Włosy w kolorze jasnego blondu, ślepia kocie w odcieniu lodowego błękitu. Oczy duże, nosek mały i nieco zadarty, pełne usta na których często widnieje zaczepny bądź pogardliwy uśmiech. Pachnie słodko, lecz nie mdło, mieszanką wanilii, porzeczki i paczuli.

Scarlett Mulciber
#6
06.11.2025, 07:42  ✶  
Stukot jej obcasów odbijał się echem po korytarzach posiadłości, gdy ta nieśmiało zerkała na kieszonkowy zegarek. Do kolacji zostało kilka minut i chociaż nie było w dobrym guście się spóźnić to chciała zajrzeć na rodzinne cmentarzysko - jakież było jej zdziwienie, gdy klamka ustąpiła ze znajomym skrzypnięciem lecz drzwi nie zamierzały się otworzyć. Uniosła brew nie do końca rozumiejąc. Jednakże nie miała czasu szukać odpowiedzi, a z pewnością nie w tej chwili. Obróciła się na pięcie ruszając do właściwego pomieszczenia.
Odziana w elegancką czarną sukienkę od której odcinały się karmazynowe korale wykonane z narwanych przez jej lubego kwiatów, idealnie wpasowujące się do ciemnej szminki które zdobiła jej usta.
Szła pewnym krokiem, unosząc dumnie głowę, a platynowe loki uskakiwały w rytmie jej marszu, spięte luźno czarną wstążką. Biła od niej woń wanilii i słodkich gruszek, słodki acz nie mdly zapach, który był jej nieodlaczna częścią. Była podekscytowana, aczkolwiek skrywała wszelkie tego typu niepotrzebne emocje głęboko w sobie. To było jej pierwsze takie mabon. Pierwsze tu, z całą rodziną, ale również pierwsze z tymi, których nieśmiało jej serce zaczynało nazywać rodziną, a którzy pozostali w Necromiconie.
Jej wzrok w pierwszej kolejności padł na prababcie, która akurat zasiadała do stołu.
-Prababciu - rzuciła, uważając aby publicznie nie nazwać ją bunią jak to miała w nawyku, a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech, przeleciała wzrokiem po wszystkich, pochwyciła jedną ręką rąbek sukni i delikatnie dygnęła. W drugiej dłoni dzierżyła kwiaty i butelkę whisky.
-Miło was widzieć - zagaiła, przelatując spojrzeniem po obecnych, chociaż Alexandra już widziała tego dnia, tak samo jak Lorien i Selinę, w końcu niespełna dwie godziny wcześniej tuptała po Mulciber Manor chcąc pomóc przy ostatnich przygotowaniach.
Podeszła do Alexandra, aby wręczyć mu butelkę
-Alexandrze... - przez jej usta przebiegl łobuziarski uśmiech, zaraz po tym przeszła do Seliny - Najdroższa Pani domu, przyniosłam Ci kwiaty - rzuciła z czułością, acz przywołała jedną ze służących aby nie robić zbędnego chaosu i przekazać kwiaty. Byli gospodarzami i chociaż właściwe prezenty od rana czekały w jednej z komnat, tak nie wypadało przychodzić z pustymi rękami, szczególnie że była tym młodzikiem pośród poważnych person z czego zdawała sobie sprawę.  Nie było w tym nic dziwnego czy zaskakującego, Mulciber zawsze tak robiła, gdy prababcia zaprosiła ją do siebie również z pustymi rękami nie przyszła, gdy odwiedzała już zmarłego brata swojego ojca zachowywała się podobnie, wizyty zapowiadała, a w rękach zawsze dzierżyła jakiś drobiazg.
Ruszyła na swoje miejsce bez zastanowienia, a jasne spojrzenie dostrzegło nieznajome oblicze
-Witaj - skinęła głową Charlotte, położyła zaraz dłoń na ramieniu Richarda w geście powitalnym, aby zwrócić na niego wzrok, lustrując zmiany jakie zaszły w mężczyźnie. Wyglądał dobrze, chociaż czuła się ciut nie swojo widząc te bardziej niż standardowe podobieństwo do zmarłego wuja. A może to tylko jej przyzwyczajenie?
Jej myśli skakały żywo od Mulciber Manor do Necro, gdzie od rana rownież trwały żywe przygotowania w których aktywnie uczestniczyła. I chociaż Baldwin do najbardziej żywych nie należał bo uśmiechnęła się do nich pełnia, to miało to swoje pozytywy. Chłopak dał się grzecznie maltretować nie mając siły na sprzciw, a może było mu już wszystko jedno? Ważne że wyglądał uroczo i pachniał tak jak należy czyli Mulciberówną.
Lubiła gdy nią pachniał, niczym niemy podpis, a ten zapach w dziwnie idealny sposób komponował się z zapachem papierosowego dymu, farb i whisky co tworzyło oryginalna i ciekawa kompozycje. To pachniało nim, ale tym nim z horyzontalnej, od momentu gdy nieumyślnie wpuścił ją do swojego życia niczym jednego z tych bytów, demonów, których nie należało wpuszczać bo te nie miały w naturze wychodzić.
Uniosła wzrok na obecnych, powoli przesuwając spojrzeniem po członkach rodziny.
Kolejny raz zerknela w kierunku nieznajomej kuzynki na której zawiesiła spojrzenie
-Nie miałyśmy przyjemności się poznać, Scarlett Mulciber - zgaila z wrodzoną nonszalancja, wyciągając w jej kierunku dłoń.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#7
07.11.2025, 01:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2025, 08:27 przez Alexander Mulciber.)  
Alexander przywitał wszystkich należycie, w sposób być może zdystansowany, a jednak właściwy powadze głowy rodu. Przesadnie formalny był czasem w swych gestach i wypowiedziach, ale niespecjalnie odbiegało to od sposobu, w jaki zwykł zachowywać się na spotkaniach bardziej oficjalnej natury. Na pewno był obecny. Może nawet aż za bardzo obecny. Zapominał o mruganiu, co sprawiało dosyć upiorne wrażenie, bo gdy skupiał na kimś spojrzenie, nieruchome jego oczy wydawały się wręcz drążyć dziurę w czaszce. Jakkolwiek dziwacznym, a może wręcz przerażającym nie wydawał by się jasnowidz, bił od niego przede wszystkim spokój. Spokój obecny był zarówno w monotonii głosu mężczyzny, w jego postawie. W twarzy, która nie wyrażała żadnych emocji. Alexander uważnie przyglądał się gościom, witając zgodnie z kolejnością podyktowanej prawidłami etykiety wszystkich, którzy zgromadzili się przy świątecznym stole.

Richarda przywitał uściskiem dłoni.

"Nigdy bym nie przypuszczał, że będziesz chciał mnie tutaj gościć", usłyszał.

– Tak jak mój ojciec nigdy nie odmówił gościny twojemu, tak i ja nie odmawiam jej tobie – odparł uprzejmie Alexander. – "To kwestia tego, czy przyjmiesz moje warunki", powtarzał. A ja powtarzam za nim, tak jak mnie nauczył. – Duncan Mulciber zawsze dbał o to, aby być postrzeganym jako ten, który wyciąga rękę do pojednania jako pierwszy. Pojednanie musiało być bowiem na jego warunkach. Wszystko zawsze było na jego warunkach. A warunki należało przyjąć, uścisnąwszy ojcowską prawicę. Duncan Mulciber nie dążył przecież do pojednania powodowany wyłącznie dobrocią serca. Kierowało nim przekonanie, że w rodzinie powinna panować harmonia, a rolą patriarchy było stać na tej harmonii straży. Uważał, że stojący w hierarchii najniżej jest równie ważny, co ten stojący najwyżej, hen wysoko ponad wszystkimi. Wciąż jednak w hierarchię wierzył. Hańbą nie było więc zstąpić z wyżyny, aby pomóc wznieść się na nią maluczkim. Łaskawie wyciągnąć ku nim dłoń, na której błyszczał dziedziczny sygnet.
Nie, hańbą było tę dłoń odtrącić, a wraz z nią – łaskę Duncana Mulcibera. "Po odtrąceniu wyciągniętej raz dłoni, tylko głupiec wyciąga ją po raz drugi", powtarzał z upodobaniem. A Duncan Mulciber na pewno głupcem nie był. Nie robił wyjątków dla nikogo, nawet dla rodzonego brata. "Gdyby poprosił o wybaczenie pana na Mulciber Manor, otrzymałby je", odpowiedział matce Duncan, gdy ta zapytała go jego kłótnię z Francisem. "Ale prędzej zdechnie, niż poprosi".
Przebłyski dziedzicznego daru trzeciego oka objawiały się u Duncana Mulcibera rzadko, ale były zawsze niesłychanie znamienne w skutkach. Bo Francis rzeczywiście prędzej zdechł, niż poprosił.
– Nie ma przecież większej wartości niż rodzina – powiedział Alexander, przytrzymując łagodnie stojącą u jego boku Lorien, która obejmowała ramię jasnowidza. – Zwłaszcza w tych czasach. Jakąż tragedią byłoby więc zatracić wartości, jakie zawsze odróżniały nas od pospólstwa. Czystość krwi. Poszanowanie tradycji. Gościnność – wyliczył sucho. Nieruchome jego oczy nie przestawały przypatrywać się kuzynowi: nie sposób było przeniknąć znaczenia tego spojrzenia. Było zbyt intensywne. Dopiero po chwili Richard mógł zauważyć, że Alexander w którymś momencie przestał mrugać. I chociaż nie zależało mu bynajmniej na wzbudzeniu strachu, pustka na dnie oczu jasnowidza wydawała się zwyczajnie przerażającą. – W moim przekonaniu nie ma gorszej upadłości moralnej niż wtedy, gdy świętych praw gościnności odmawia się tym, którzy tego potrzebują najbardziej. Wdowom. Sierotom... – Alexander przechylił lekko głowę, jak gdyby zastanawiał się nad słowami, które cedził powoli, ale i zdecydowanie. – Wszystkim tym, których pokrzywdził los bezwzględny w swych wyrokach.

Nie pozwolił odejść od siebie Lorien, dopóki nie skończył mówić.

Odwrócił głowę w jej stronę, gdy zaczęła mówić, na niej skupiając wówczas całą swoją uwagę. Nie zareagował, gdy odruchowo poprawiła mu kołnierzyk, bo dla obojgu był to gest na tyle naturalny, że reakcji nie wymagał. W milczeniu wysłuchał, co miała mu do powiedzenia, skinąwszy głową na znak, że przyjmuje jej słowa do wiadomości. Dopiero wówczas podniósł dłoń Lorien do ust, aby złożyć na niej delikatny pocałunek.

– Dziękuję, że zrobiłaś mi tę przyjemność – odpowiedział poważnie, wciąż z tym samym nieodgadnionym wyrazem twarzy. Uśmiechnął się dopiero po chwili, jak gdyby z opóźnieniem. Krótki był to zresztą uśmiech. A jednak był. Trudno było powiedzieć, co dokładnie ma na myśli Alexander. Czy dziękuje jej za opiekę nad matką, której równowaga psychiczna pozostawiała wiele do życzenia, czy może podziękowania należały się Lorien za coś zupełnie innego. Być może odpowiedź kryła się w tym uśmiechu, który tak niespodziewanie pojawił się na twarzy Alexandra. W tym, jak powiódł wzrokiem wzdłuż bogato zdobionej sukni siostry, wyjątkowo ukontentowany tym, co widzi, bo przecież rozpoznał od razu własność matki. Jakże miłym był mu ten gest. Miłym było, że Lorien zdecydowała się go w ten sposób oficjalnie wesprzeć w przypadłej mu roli pana na Mulciber Manor. A jednak nie o tym myślał w tej chwili Alexander. Suknia Lorien nie była symboliczym manifestem dla zgromadzonej wokół stołu rodziny. Nie, suknia była dla niego. Dla niego.

Butelka wina, jaką przyniosła za sobą Scarlett, została zgrabnie przejęta przez służbę. Alexander skinął dziewczynie głową, chociaż już się dzisiaj widzieli, dłużej zatrzymując się na niej spojrzeniem dopiero wtedy, gdy podeszła z kwiatami do jego matki. Próżno było doszukiwać się w pustych oczach jasnowidza aprobaty. A jednak aprobata być tam musiała, bo inaczej nie udzieliłby Scarlett przyzwolenia na wizyty u Seliny. Niemniej przywitał ją należycie, podobnie jak i resztę gości. Żalu w oczach Charlotte nie dostrzegł, a może dostrzec nie chciał. Alexander nie żałował w swym życiu niczego. Ale któż mógł o tym wiedzieć lepiej niż Philomena? Przed kolacją rozważał, czy nie oddać jej może ojcowskiego krzesła w posiadanie, porzucił jednak tę myśl. Na swoich barkach dźwignąć musiał ciężar tego spotkania, a gestu sam nie poczytałby jako wyraz szacunku, lecz słabości.

Gdy wszyscy zajęli miejsca, wzniósł kielich w krótkim toaście. Nie zamierzał zmawiać modlitw, bo w bogów nie wierzył. Ojciec jego był człowiekiem charyzmatycznym, i umiał pięknie mówić, ale Alexander talentem krasomówczym nie był obdarzony. Wszystkim zgromadzonym musiały więc wystarczyć proste słowa.

– Za żywych, i za umarłych.

Kolacja oficjalnie się rozpoczęła.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#8
07.11.2025, 08:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2025, 08:30 przez Bard Beedle.)  
Nie siedziała w tym miejscu, w którym powinna siedzieć. Nie w tym miejscu... Selina Mulciber nieruchomo wpatrywała się w suto zastawiony stół, próbując zorientować się, gdzie właściwie jest. Nie gdzie, poprawiła się w myślach, z pedanterią właściwą szaleńcom, którzy postradali zmysły, lecz nie rozum – nigdy rozum. Nie gdzie, lecz kiedy. Miejsce nie w przestrzeni, lecz w czasie, choć przestrzeń była z czasem nieodłącznie związana: zaślubieni zostali sobie bowiem w dniu, w którym narodził się wszechświat. Czymże było jej własne małżeństwo, jeżeli nie mezaliansem czasu i przestrzeni? Selina należała do czasu, Duncan do przestrzeni. Ale to nie dłonie Duncana przesunęły się opiekuńczo wzdłuż ramion prorokini, pomagając jej zająć miejsce przy stole. Siedzę nie w tym miejscu, pomyślała Selina, która w młodości spożywała świąteczną wieczerzę w pachnącym kadzidłem i mirrą wozie babki, półleżąc na podłodze, pośród miękkich koców i poduszek haftowanych złotą nicią. Powinna siedzieć u boku swego ojca, jako przyszła królowa, ale jej miejsce zajął młodszy brat. W złości chciała zacisnąć dłoń na kocu, ale zamiast tego natrafiła na materiał zwiewnego szalu, którym okryto troskliwie jej ramiona. Czarne oczy prorokini, niegdyś dzikie i przepyszne, przypominały bardziej zionące pustką otchłanie, gdy napotkały na spojrzenie Philomeny. Na jakim uchybieniu ją dziś przyłapała teściowa? Czy znów użyła niewłaściwego widelca, bo zamiast wydłubać nim oczy mężowi na główne danie, jadła przystawkę widelczykiem do deserów? Czy może postawiła szklankę nie w tym miejscu? Selina chciała odruchowo przyciągnąć do siebie syna, którego kołysała na kolanach, a którego stara wydawała się pożerać wzrokiem, jak gdyby tylko czyhała na niewłaściwy gest ze strony Seliny. Ale przecież to Selina była jego matką. Należał do niej. Do niej. Może powinna zrzucić go ze swych kolan, pomyślała z lubością. Niechby rozbił sobie głowę o kamienną posadzkę. Ależ jej pan mąż byłby niepocieszony. Jeżeli tak bardzo chcecie, weźcie go sobie. Zrobię sobie kolejnego, i kolejnego, i kolejnego... A jednak poczuła panikę, gdy natrafiła na pustkę, próbując przygarnąć syna do piersi. Nie w tym miejscu, szeptała przerażona, gdy czuła, jak ręce męża suną wzdłuż jej szyi, jak gdyby chciał poprawić zdobiącą ją perłową kolię którą podarował jej z okazji ich zaślubin. Ale to nie jego ręce czuła na swych ramionach. Były zbyt delikatne, zbyt... Selina Mulciber zamrugała gwałtownie, w opiekuńczym geście przyciągając do siebie dłoń Lorien, gdy ta pomogła jej usiąść. Nie w tym miejscu, myślała, klucząc między czasami. Pamiętała o swej dziewczynce. Bo Lorien w jej oczach była wciąż dziewczynką, której czesała miękkie loki. Była też dorosłą kobietą, która dzisiaj czesała z kolei włosy Seliny. Wreszcie, była staruszką, jaką nigdy nie dane jej będzie być. Bo wszystkie trzy zawsze splatały się ze sobą w oczach Seliny, podobnie jak i pasma włosów we wplecionym w kok warkoczu: przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Wszystkie tworzyły Lorien. A czy istniał lepszy wskaźnik upływającego czasu niż ptak przelatujący po niebie? Wiele wyczytać potrafiła z ich lotu manierą właściwą augurom. Czytać potrafiła też z kwiatów, choćby te bywały sztucznie konserwowanymi. Może dlatego wydawała się nieco bardziej przytomną, gdy Scarlett podeszła do niej z kwiatami. A jednak zainteresowanie prorokini szybko zgasło, ledwie służąca zabrała bukiet.

Co widzieliście wy, witając się z Seliną? Kobietę, której milczenie mieściło w sobie zarówno tajemnicę jej rzekomego szaleństwa, jak i wyniosłość właściwą prorokini. Nie odpowiadała na słowa przywitania, nieobecnym wzrokiem przypatrując się waszym twarzom. Widziała was. Wszystkie wersje was. Uświadomilibyście to sobie dopiero w momencie, w którym spojrzelibyście jej w oczy. Tylko że pani Mulciber nie do końca chciała na was przetrzeć. Wolała patrzeć przez was.

Mogła poczuć to zwłaszcza Charlotte. Selina wbiła wzrok w usadzone przed nią blondwłose dziewczę. Nie jesteś Scarlett, pomyślała tępo, wpatrujac się w srebrne oczy dziewczęcia, mieniące się równie pięknie, co pierścienie zdobiące długie palce prorokini. "Czy znacie bajkę o cygańskim srebrze?", pytała, stając w drzwiach sypialni dokazujących dzieci, które nie chciały iść spać. Jej syn odpowiadał tonem małego mędrca, że czytał tylko w jakiejś książce mit o królu Midasie, który zmieniał w złoto wszystko, czego dotknął. Kazała mu więc poszukać owej książki w ojcowskiej biblioteczce, bo wiedziała, że obecność syna sprawi przyjemność Duncanowi. Nieważne, że pora była późna. Tylko on potrafił czasem zmusić Alexa do położenia się spać. Selina zajęła się w tym czasie Lorien, którą otuliła jeszcze jednym pledem, przysiadłszy na skraju łóżka, żeby opowiedzieć jej bajkę w bezpiecznym gniazdku z koców. Lorien była niby mały ptaszek, który dopiero uczy się latać, wciąż polegając na schronieniu, jakie zapewniały skrzydła rodziców. Gdybym miała córkę, pomyślała wcześniej Selina, stawiając tarota lekko wstawionej Adeline, też chciałabym, żeby była wolna niczym ptak. "To ty jesteś moim sreberkiem", wyszeptała na koniec opowieści, całując dziewczynkę w czoło.
Czy znasz bajkę o cygańskim srebrze, Charlotte Mulciber? Gdybyś znała, wiedziałabyś, że srebro często bywa przeklętym.
A jednak Selina przepadała tak za srebrem, jak i za złotem. Przekrzywiła lekko głowę, w zredukowanym, dziwnie ptasim geście, nagle tak bardzo przypominając zasiadającą u jej boku Lorien, jak gdyby była jej rodzoną matką. A może to Lorien przypominała ją?

Rzut Symbol 1d258 - 22
Cymbałki (nieszczera miłość)


– Srebro, a jednak jak miedź brzęczące albo jak cymbał brzmiący – wymruczała wróżbę. – Nie sądzę, aby był cokolwiek wartym. Ugryź go, dziecko, sprawdź, zębami, czy to złoto. Zawiedziesz się.

Nie powiedziała Charlotte nic więcej. Jej wzrok poniósł się hen daleko, w stronę szczytu stołu. Siedzi nie w tym miejscu, pomyślała na pół z irytacją, na pół ze smutkiem, sama nie wiedząc, czy ma na myśli męża, czy syna.


Proszę o odpisy do 12 listopada do godziny 23:59. Wszystko tak jak wcześniej, kolejka nie obowiązuje, standardowo 1 post na turę, jak gdyby ktoś chciał więcej, kontaktujmy się na discord, żeby spoko wyszło.
@Charlotte Mulciber


Odkryj wiadomość pozafabularną
bard by Lorraine Malfoy
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#9
07.11.2025, 18:47  ✶  

Warunki. Każdy stawiał swoje, aby mieć z tego korzyści. Aby w pewnym stopniu utrzymać ład i porządek, według swoich założeń. Nawet w rodzinie, co nie każdemu musiało się podobać. "Te warunki", pewnego dnia zostały odrzucone. Nigdy nieprzyjęte ponownie. Francis zadbał o to, aby nawet jego synowie, nie próbowali niczego robić za jego plecami. On także musiał mieć swoją kontrolę. Swoje warunki.

- Twoje warunki…
Powtórzył. Jakby z zastanowieniem o czym ten pierdoli. Wpatrując poważnie w jego oblicze, nie bojąc nawet jego braku mrugnięcia.
- Nie przypominam sobie, abyś jakieś mi przedstawiał. Chyba, że masz na myśli dzisiejszą kolację.
Dodał, nie zważając na to jak jego słowa zostaną odebrane. Czy jako obraza, irytacja, kpina, żart? Doceniał tę gościnność, ale tym samym już na wstępnie, odniósł wrażenie, że Alexander, próbował, starał się, być swoim ojcem? Czy to złudny sen, aby Richard tak myślał?

Słuchał kuzyna wciąż, w między czasie przywitawszy się z Lorien, krytycznie oceniając jej kreację. Bardziej odnosząc się do jej barw. Zauważając także, brak obrączki. "Szybko o Nim zapomniałaś." – stwierdził w myślach. To był dla niego istny dowód hańbienia pamięci jego brata. Nawet, jeżeli go nie kochała. Nawet, jeżeli ich ślub, był tylko umową, papierkiem. Nie odniósł się do jej słów, o swoim przybyciu, odbierając je raczej wymuszona grzeczność z jej strony. Żmija, która teraz przepełzła teraz do tej posiadłości. Jeżeli Alexander nie wiedział, jak potrafiła ukąsić. To lepiej, żeby nie przewidział tego za późno.

Richardowi cisnęły się na usta kolejne słowa, mające testować cierpliwość kuzyna, lecz powstrzymał się od ich wypowiedzenia. Fakt. Alexander jednak trafnie dobrał słowa, odnosząc się do goszczenia w tym domu osób z pewną rangą. Wdów mieli tutaj trzy. Gdy tak przelotnie jeszcze Richard skierował wzrok na matkę swojego ojca, Philomenę, a także matkę Alexandra, Selinę. Kończąc mało przyjemnym spojrzeniem na Lorien. Z kolei sieroty? Także były w ich rodzinie. Postanowił więc, odpowiedzieć w końcu na wcześniejsze słowa szwagierki.

- Cieszę się, Cię widząc.
Krótka gra słów, z jaką potrafili ze sobą rozmawiać, wyrażając w ten sposób niechęć. Kłamiąc tak dobrze, żeby inny uwierzyli. Tak jak ona wobec niego, tak on jej odpowiedział.

Mógł nic nie mówić. Mógł zamilknąć. Poznał się na Lorien z innej strony. Mógłby szwagierkę, porównać do wdów królów. Które nie mając dziedzica, następcy tronu swojego męża, zmuszone są do ucieczki w bezpieczne miejsce.

Skoro jednak Alexander tak bacznie pilnował Lorien, Richard zostawił ich, stając przy swoim miejscu, dostrzegając zaraz przybycie Charlotte. Ubranej odpowiednio do kolacji. Całe szczęście, że dzisiejsze zakupy nie poszły na marne. Wyłapał jej pytające spojrzenie i sam rozejrzał się w poszukiwaniu swojej córki, która jak zawsze nie pozwalała na siebie czekać. Gestem głowy wskazał Charlotte witającą się ze wszystkimi Scarlett. Miał nadzieję, że dziewczyny jako kuzynki, dogadają się.

Jego córka jak zawsze prezentowała się odpowiednio. Jednakże w tym wszystkim był jeden minus… słodkawy zapach wanilii. Czy będzie się gryzł, z jego tytoniowym, gdy będą siedzieli obok siebie? Poczuł jej dłoń na swoim ramieniu, więc spojrzał z zapewnieniem, że się trzyma. Daje sobie radę. Na jej gest powitania, dotknął jej dłoni i pogładził.
Zapoznanie się młodych dziewczyn, zostawił im.

Czy Richard specjalnie ubrał się tak, aby wszystkim przypominać Roberta? Być może. Być może też on sam potrzebował tego dokonać, jakby chciał brata poczuć znacznie bliżej siebie. W sobie.

Zajął swoje miejsce. Wtedy, gdy zrobili to także wszyscy. Alexander postanowił wznieść toast. Pamiętając jego przemowy z różnych miejsc, choćby pamiętny wieczór hazardowy. Nie spodziewał się niczego innego, jak właśnie… Tych kilku słów Za żywych, i za umarłych – padły słowa. Może i wystarczające?
'Mówcą, to Ty zawsze byłeś beznadziejnym." – stwierdził w myślach Richard. Dołączając do tego toastu. Sięgając swój kielich.



@Charlotte Mulciber
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#10
08.11.2025, 14:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.11.2025, 14:10 przez Lorien Mulciber.)  

Mogła powstrzymać Alexandra. Mogła poprosić go, żeby przestał. Mogła wciąć się w rozmowę z krótkim “Już wystarczy. On przecież to wszystko wie.”. Nie zrobiła tego. Zamiast tego stała w pokornym milczeniu, starając się nie zwracać uwagi na palce jasnowidza coraz mocniej zaciskające się na twardym materiale gorsetu otulającego jej talię. Każdy jeden pierścień wbijał się nieprzyjemnie w jej ciało. Uziemienie. Pytanie tylko które z nich tego potrzebowało bardziej?
- Dziękuję, że zrobiłeś mi tą przyjemność.
Skinęła głową z łagodnym uśmiechem na słowa, kompletnie ignorując już obecność Richarda, niewzruszona jego spojrzeniem czy ciężką, sztuczną atmosferą jaka zapadła między nimi. Grzeczności zostały wymienione.

Po czym Lorien Mulciber miałaby nosić żałobę? Po pustej małżeńskiej sypialni? Niedopełnionych obowiązkach? Wzgardliwym testamencie, który nie pozostawił jej wdowiego knuta, by mogła nim się udławić? Wzgardzie szwagra?
Piękne były opowieści o żonach utęsknionych, konających po utracie swoich mężów. Ale Lorien nie była jedną z nich. Nie otrzymała tego co jej się wraz z wdowieństwem należało, więc jak śmiali rościć sobie prawo do jej żałoby? Miałki człowiek, który po śmierci nie pozostawił po sobie nic poza bękartem i osamotnioną córką bez męża i przyszłości, nie był wart złamanego knuta. A już na pewno nie był wart wdziania czerni przez kobietę, którą wzgardzał za życia.
- Wola Pana na Mulciber Manor jest prawem.- Odparła, bo gdy Alexander ucałował jej dłoń, musiał się zgarbić i skłonić. Wdowa królów rzeczywiście zdawało się nie być tak odległą prawdą. Uśmiechnęła się dygając zgrabnie tuż po pocałunku.

W końcu i ona dostała milczącą zgodę, żeby zająć swoje miejsce przy stole.
Zrobiła to, po drodze witając się grzecznie z całą resztą zebranych.
Uśmiechnęła się ciepło do Charlotte. Nie, nie podejrzewała, że przyjdzie w łachmanach czy dresie, wszem i wobec pokazując rodzinie gdzie teraz mieszka. To nie była rzecz, którą powinien się ktokolwiek chwalić. Podobny uśmiech posłała zresztą Scarlett siedzącej obok.
- Dziewczynki, obie wyglądacie dzisiaj prześlicznie.
Nie było w jej głosie przygany, której może obie Mulciberówny mogły się podskórnie spodziewać. Bo chociaż to Philomena potrafiła jednym ostrym spojrzeniem usadzić człowieka w miejscu i ukrócić dziecinne wymysły, to czasami lorkowe „nie jestem zła, jestem po prostu bardzo rozczarowana” bolało o wiele mocniej. A jednak - nie skrytykowała Lotte za to, że nie wybrała żadnej z kreacji, którą jej podesłała. Nie skomentowała jakże… interesującego doboru biżuterii Scarlett.

Pamiętała przecież Charlotte jeszcze z czasów, gdy ta była podlotkiem i biegała po pracowni swojej matki owinięta w drogie jedwabie i koronki niczym dama na balu. Sama dziecku zresztą wycierała nos z krwi, gdy się w stercie materiałów potknęła i wyrżnęła jak długa, a Lillianna tylko kręciła głową. “Gdyby kózka nie skakała…” mawiała ostro jej przyjaciółka, a Lorien tylko śmiała się cicho, sadzając rozżaloną Lottie na kolanach. “To by smutne życie miała, Lily.” mówiła wtedy, ocierając dziecięce policzki z łez. Ale teraz to dziecko wyrosło na młodą, czystokrwistą pannę i Lorien nie mogła pozbyć się wrażenia, że na jakimś etapie ją zawiodła. Trzymały się umowy - jedna informowała drugą, że żyje, a ta druga nie wtrącała się w jej życie; mimo to na wszelki wypadek zawsze nosiła w torebce dwukierunkowe lusterko, którego bliźniacza tafla została ofiarowana Charlotte.

Scarlett była kimś nowym w jej życiu. Nie zdążyły spędzić razem zbyt wiele czasu, poza kilkoma niezobowiązującymi spotkaniami w kawiarni. Ale córka Richarda miała w sobie więcej roztropności niż jej bracia. Dokonała lepszych wyborów i tego nie można było dziewczęciu odmówić. Fakt, że Philomena przyjęła ją na staż, że Alexander wpuścił ją do domu…

Strumień myśli przerwał znajomy głos. Wzdrygnęła się słysząc Selinę, dotychczas nieruchomo siedzącą przy stole. Zwłaszcza, że… Oczywiście. Wróżba. Zacisnęła odrobinę mocniej szczękę. Wzięła głębszy oddech, nie chcąc siedzącej obok czarownicy przerazić.
- Ciociu, już dobrze.- Szepnęła cicho. Samodzielnie nalała czarownicy wina, rozcieńczając je po części wodą. Nigdy tego nie rozumiała, ale Selina od zawsze piła je w ten sposób. Nauczyła się, gdy raz straszliwie zezłościła wuja i myląc kieliszki, sięgnęła po ten należący do cioci. Wspomnienie tamtego wieczoru wracało do niej raz po raz i nawet teraz, po latach nie rozumiała o co Duncanowi chodziło- przecież się tylko pomyliła. Nic więcej! Ale pamiętała, żeby nie dotykać ulubionego kielicha do wina Seliny, a nalewając jej wino, zawsze dodawać wody.

Za żywych i za umarłych.
Uniosła bezwiednie kieliszek do góry i upiła wina. Otarła usta białą chusteczką, natychmiast kierując uwagę ku służbie, która zaczęła nakładać Selinie posiłek.
Za żywych i za umarłych. Powtarzała krótki toast w myślach raz po raz; rozejrzała się po stole, przesuwając spojrzeniem po wszystkich zebranych. Tu już nie ma żywych. Stwierdziła w myślach, wdając się w krótką rozmowę z pokojówką, która akurat nakładała jej na talerz pasztecik z dynią i dziczyzną.Wszyscy jesteśmy kurwa martwi.

@Charlotte Mulciber
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (7426), Bard Beedle (2311), Charlotte Mulciber (3851), Lorien Mulciber (5080), Philomena Mulciber (4168), Richard Mulciber (5037), Scarlett Mulciber (3905)


Strony (5): 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa