• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [24.09, nad ranem, Snowdonia] Polowanie na Yaskhiera

[24.09, nad ranem, Snowdonia] Polowanie na Yaskhiera
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
01.11.2025, 19:06  ✶  
Ruszyliśmy dalej, starając się wyłapać choćby najmniejszy szczegół, chociaż nikt nie miał większego pojęcia, w którą stronę właściwie iść. Wysokie paprocie sięgały niemal po pas, lampiony skończyły się na skraju polany, a dalej była już tylko noc - ciężka, ciemna i wilgotna. Woda szumiała gdzieś po lewej, w oddali słychać było śmiech i urywane dźwięki, jakby ktoś jeszcze próbował grać, ale struny i zapał zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Rozejrzałem się, mrużąc oczy, światło księżyca odbijało się w trawie, w kroplach rosy i w odblaskach potłuczonego szkła - ktoś musiał tu wcześniej rozbić butelkę, błysk przypominał o znaku po ludzkiej obecności. Nachyliłem się, żeby się upewnić, ale to tylko szkło i paprocie, zgniecione jakby ktoś tu poruszał się w pośpiechu.
Zrobiliśmy parę kroków naprzód, starając się nie zgubić z oczu dziewczyn, ale one zwolniły. Jar, wąski, głęboki na kilka metrów, krył się tuż za pasmem paproci. Gdybym nie patrzył pod nogi, pewnie sam bym wpadł. Zatrzymałem się tuż przy krawędzi, odchylając się lekko do tyłu, żeby złapać równowagę.
- Pięknie. - Wymamrotałem. Z dna jaru wiało chłodem, a powietrze pachniało mchem i wodą. Słychać było kapanie - pojedyncze krople spadające gdzieś w głąb, jak echo w studni. Cofnąłem się pół kroku, stawiając stopę na wilgotnym mchu, który poddał się pod ciężarem.
Ambroise rozejrzał się, jego spojrzenie zatrzymało się na czymś, moment później usłyszałem słowa. Podążyłem za nim - faktycznie, kilka odciśniętych podeszw w miękkiej ziemi, rozmazanych, ale widocznych - ciężkie buty, chyba męskie, ślady skręcały w bok, w stronę krzaków, które gęstniały.
- Mosze i mamy szczęście. - Mruknąłem. - Chyba coś tu się lusa, ma— - zanim zdążyłem dokończyć, rozległ się pisk - ostry, przeszywający, jakby ktoś nadepnął na kota w nocy, wysoki i tak nagły, że obaj niemal jednocześnie cofnęliśmy się o krok. Krzaki zatrzęsły się gwałtownie, rozgarniane od środka, ktoś wyskoczył spomiędzy liści, ktoś inny zaraz za nim - para, na pewno młoda, sądząc po szybkości, z jaką dali dyla, ewidentnie nie spodziewała się, że ktoś ich przyłapie.
Para w panice rzuciła się do ucieczki, potykając się co krok - kobieta o spódnicę i halkę, mężczyzna o własne nogi. Nie zobaczyłem twarzy, jedynie błysk jasnej sukienki i coś ciemnego, może surdut, może marynarkę, a potem pozostał już tylko szelest liści i ucieczka w stronę pola. Zniknęli w stronę zabudowań, rozpływając się w cieniu, niczym płochliwe zwierzęta, pozostawiając za sobą echo chaosu.
- Tszeba pszyznaś, sze nie blak im inicjatywy. Wygląda na to, sze tempo mają imponujące. - Skwitowałem, po czym parsknąłem cicho i spojrzałem na Ambroise’a. - Cósz, pszynajmniej było widowiskowo.
W powietrzu pozostał zapach rozgniecionych paproci i coś jeszcze - słodkawy aromat perfum, który zniknął tak szybko, jak się pojawił.




[Obrazek: 4GadKlM.png]
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#12
04.11.2025, 23:16  ✶  
— Yashkier to ten... — zaczął Sebastian, w porę gryząc się w język, żeby nie określić go mianem zwykłego grajka. — Artysta, prawda? — Zerknął kontrolnie na pannę młodą, która zapewne najlepiej znała mężczyznę. — To nie, nie widziałem. Przynajmniej nie w tych okolicach. Chyba minąłem się z nim w głównym namiocie... Nie chciał odejść od Gerarda bez wypicia z nim kolejki tego waszego słynnego bimbru.

Dzięki temu udało mi na chwilę wymknąć, dodał w myślach, jednak akurat ten komentarz darował swym towarzyszom podróży. Gdzieś z tyłu głowy zaświtała mu myśl, że może to właśnie ojca Geraldine należałoby wypytać, kiedy ostatnio widział swojego przyjaciela, ale z drugiej strony... Przecież zmontowano tutaj nie lada ekipę. Brygadzistka, łowczyni, medyk, kapłan i brodaty osiłek. Znalezienie jednej osoby nie powinno stanowić jakiegoś wielkiego problemu. Przynajmniej dopóki ta nie zaszła zbyt daleko. Poza tym, obie kobiety miały mnóstwo doświadczenia w kręceniu się po terenach leśnych. No i Matka miała ich w swojej opiece.

— We wtorki? Przecież to już za chwilę... — zauważył z zaniepokojeniem w głosie.

Wbił w kobietę ciężkie spojrzenie. Mógłby się założyć o to, że każdy aurowidz, który teraz by się jej przyjrzał dostrzegłby, że zbierają się wokół niej jakieś ciemne chmury. Skoro to we wtorki następowała najmocniejsza emanacja jej braku szczęścia, to w niedzielę już na pewno było coś widać. Westchnął przeciągle; naprawdę chciały wdać się z nią w dyskusję na ten temat, co by podzielić się paroma swoimi teoriami, jednak teraz mieli na głowie sprawę Yashkiera.

Trzymał się z tyłu grupy, toteż ominęły go wyzwania wymagające sprawności fizycznej - kiedy przyszła jego kolej, aby pokonać przeszkodę, zrobił to przede wszystkim ostrożnie, dzięki czemu uniknął potencjalnego upadku. Nie był to jednak koniec niespodzianek, bo niedługo później Ambroży zauważył jakiś ślad, który jednak okazał się... niezbyt trafiony. Zamiast śladów stryjka Yashkiera natrafili bowiem na... grzeszników. Kobietę i mężczyznę, którzy testowali możliwości swoich doczesnych ciał w samym środku lasu. W domenie natury. W domenie Matki. Macmillan zasłonił sobie oczy jedną ręką, a drugą próbował się przeżegnać.

— A żebyście się wstydzili! — zawołał za nimi, spoglądając na nich przez palce, kiedy uciekli w stronę głównego miejsca imprezy. — Tak zbałamucić młodą kobietę i...!

Kapłan zapowietrzył się i złapał Ambrożego za ramię, co by się uspokoić. To było dużo jak na jego serce. Naprawdę nie planował być dzisiaj świadkiem takich scen. Bądź co bądź, nie zamierzał nawet przeprowadzać kontroli nocy poślubnej młodej pory, nie mówiąc już o tym, aby wpadać na pary w takich... warunkach.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#13
05.11.2025, 10:51  ✶  
Brenna przyklękła na moment na krawędzi dołu, gdy Geraldine i inni go mijali. Przyświeciła sobie różdżką, chcąc upewnić się, czy tam na dole, pośród rozbujałych paproci, żółknących powoli wraz z jesienią, i miękkiego mchu, nie leżał amerykański wujek o szeleszczącym, łamiącym język imieniu. Na całe szczęście jednak nie dostrzegła niczego, więc zaraz lewą ręką znów uniosła poły sukni i ruszyła za resztą wycieczki – tym razem przez moment będąc na samym końcu. Musieli stanowić ciekawy widok w tych lasach, dwie kobiety, jedna w bieli, druga w szarości, mężczyzna w stroju kapłana, Ambroise w swojej ślubnej szacie i tylko Benjy nie był tu aż tak nie na miejscu, choć przecież i on pewnie nie chodziłby „normalnie” w takim stroju po puszczy.
Ambroise uniósł rękę, najwyraźniej coś dostrzegając. Brenna szła za nimi, choć rozglądała się, czy nie zauważy innych tropów… i przez to dostrzegła całe to zamieszanie jako ostatnia.
W pierwszej chwili Brenna omal nie skomentowała ze zdziwieniem, że przecież ta dwójka mogła po prostu wybrać dwuoosobowy namiot. W drugiej dotarło do niej, że może na przykład nie chcieliby być widziani w swoim towarzystwie - czy to dlatego, że nie przyszli tutaj razem, czy że gdyby postanowili nocować w parze, pojawiłyby się plotki o złym prowadzeniu. Ursula i Jennifer pewnie wolały uniknąć skandali, gdy szykowały noclegi. Między innymi dlatego jej rzeczy leżały teraz w nieco większym namiocie. Skoro uciekali w takim popłochu, to pewnie właśnie o to chodziło...
Przysłoniła usta, myśląc sobie, że wybuchnięcie śmiechem byłoby teraz niezbyt stosowne.
- Przynajmniej wasze wesele łączy ludzi? Miłość rośnie wokół nas i takie tam - stwierdziła i wciągnęła głęboko powietrze. - Używa dobrych perfum. Potterowskie - dorzuciła, wciąż z pewnym rozbawieniem. A potem jej wzrok padł na Sebastiana, i przez ułamek sekundy naprawdę kusiło ją, aby spytać, skąd właściwie wie, że to ten czarodziej zbałamucił niewinną dziewczynę? Że ona nie zbałamuciła jego?
Zapomniała się trochę i uspokajająco poklepała Macmillana po ramieniu, chociaż taki gest w jej wykonaniu mógł dać efekt odwroty od zamierzonego.
- Słuchaj, skądś muszą się brać nowi wierni w kowenie, prawda? - powiedziała łagodnie. W końcu Macmillan był już dorosły, chyba nie wierzył w to, że dzieci są podrzucane przez sowy? – Może to było… eeee… małżeństwo, które poczuło zew natury.



Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
05.11.2025, 16:59  ✶  

- Tak, artysta, łowca na emeryturze. - Odpowiedziała jeszcze na słowa Sebastiana. Najwyraźniej już zdążył poznać jej wuja, nie wiedziała tylko, czy to dobrze, z drugiej strony Yashkier był całkiem sympatyczny w obyciu, więc może nie było tak źle. - Podejrzewam, że na jednej kolejce się nie skończyło. - Nie znając upodobania wuja i jej ojca, kiedy siadali razem do stołu, wyciągali bimber... to rzadko kiedy kończyło się na jednej flaszce.

Udało im się ominąć dziurę, do której mogli wpaść. Był to marny sukces, ale jednak ta wycieczka dzięki temu już na wstępnie nie rozpoczęła się katastrofą, mogło być tylko lepiej, czyż nie? Ominęli dół i wyruszyli dalej. Liczyła na to, że wuj nie oddalił się zbytnio, lepiej było go w końcu odnaleźć wcześniej niż później, matka będzie spokojniejsza, a i oni będą mogli wrócić do picia (no, może nie do końca ona), czy tam świętowania, no albo pójść spać, co też nie było taką złą opcją, zważając na to, że słońce niedługo powinno zacząć wschodzić.

Ambroise chyba coś zobaczył, bo uniósł rękę do góry. Geraldine przystanęła na moment, odwróciła się na pięcie i ruszyła w tamtą stronę, być może był to ten, którego szukali. Nie zdziwiłoby, gdyby Yaskhier faktycznie wylądował w jakichś krzakach, to nie byłoby nic nowego.

Nie zdążyła jednak się nazbyt zbliżyć w tamtą okolicę, kiedy rozległ się pisk. Geraldine skrzywiła się słysząc te wysokie dźwięki, był zdecydowanie zbyt głośne. Ktoś najwyraźniej postanowił poznać nieco bardziej okolicę. Cóż, nie udało jej się dostrzec sprawców zamieszania, bo bardzo szybko pognali przed siebie pozostawiając za sobą tylko silniejszy powiew wiatru. Ger mrugnęła dwa razy. Cóż, to było całkiem niezłe. Najwyraźniej ludzie bawili się całkiem nieźle na ich weselu.

- Grunt, że każdy znalazł dla siebie coś co go uszczęśliwiło. - Przeniosła wzrok na kapłana, który wydał się być bardzo zgorszony tym co zobaczył, komentarz mówił sam za siebie i ten znak ręką, który wykonał w powietrzu, dobrze, że nie dostał zawału, bo mieliby jeszcze kaznodzieję na sumieniu, a tego zdecydowanie wolałaby uniknąć.

- Jesteś w stanie tak poznać te perfumy? - Przeniosła spojrzenie na Brennę, bo to było całkiem ciekawe, ona nie miała aż tak wyczulonego węchu, Longbottom potrafiła zaskakiwać.

- Kapłani w kowenie żyją w celibacie? - Rzuciła jeszcze do Macmillana, korzystając z okazji, która sama się napatoczyła. Nie wydawało jej się to takie oczywiste, bo przecież kapłan z kapłanką byli małżeństwem, ale kto wiedział, jak to wyglądało u całej reszty. Nie zastanawiała się nad tym, że to pytanie mogło zostać uznane trochę za bardzo za osobiste.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#15
07.11.2025, 18:02  ✶  
Nie sposób było nie uśmiechnąć się pod nosem na to, w jaki sposób Sebastian określił przybranego wuja Geraldine. Być może chodziło o ten milisekundowy błysk w ciemnobrązowych oczach kaznodziei, może zaś o króciutką przerwę pomiędzy jedną a drugą częścią wypowiedzi. Może zaś o coś jeszcze innego na przykład stan nietrzeźwości, w jakim znajdował się sam Ambroise. Nie wiedział tego, ale nazwanie Yaskhiera artystą odrobinę go rozbawiło. Zwłaszcza w połączeniu z informacją o piciu bimbru z Gerardem, czego raczej nie robili ludzie dbający o swoje delikatne struny głosowe.
Ale co on tam wiedział. Nie był koneserem jakiejkolwiek konkretnej muzyki i w żadnym wypadku nie uważał się za melomana. W dodatku sam miał raczej wokal z gatunku tych, które brzmiały tolerowalnie dopiero po kilku głębszych i wciąż było to dosyć znacznym naciągnięciem prawdy. W istocie bowiem nawet wtedy brzmiał jak pies, któremu ktoś nadepnął na ogon, tylko może na sam czubek, nie na środek.
Mógł nie kojarzyć twarzy zaginionego, ale wydawało mu się dosyć jasne, że Yaskhier, jakkolwiek dobry by nie? był (chyba go nigdy nie słyszał, ale pewności nie miał, bo dużo osób), nie należał raczej do tego zacnego grona muzyków, jakich mógłby doceniać ktoś na poziomie Macmillana. Nazwanie go w ten sposób z pewnością musiało być choć częściowo sprzeczne z jego wrażliwym duchem estety. Ten zaś tego wieczoru najwyraźniej miał zostać wyjątkowo mocno wystawiony na próbę.
I to zaledwie moment po rozpoczęciu ich osobliwej wędrówki przez las, dosłownie kilka chwil później przez parę z mchu i paproci, jak Ambroise postanowił ich określać we własnej głowie przez najbliższe minuty. Nie wątpił bowiem, że do końca nocy wydarzy się coś, co dosyć skutecznie sprawi, że on sam zapomni o tym jakże kontrowersyjnym widoku. W końcu szukali kogoś, po kim można było spodziewać się wszystkiego, tylko nie spokojnego powrotu do rezydencji Yaxleyów po tym.
Greengrass, teraz już Greengrass-Yaxley, zamrugał na widok gestu krzyża poczynionego przez kaznodzieję, jednocześnie posyłając wymowne spojrzenie w kierunku pozostałych zgromadzonych, gdy ręka Sebastiana zatrzymała się na jego marynarce. Nie strzepnął jej, właściwie to praktycznie nie zareagował na ten chwyt, zdecydowanie zbyt mocno starając się nie parsknąć śmiechem na komentarze reszty.
No cóż. Może i dosyć często zdarzało mu się być hipokrytą, ale w tym przypadku nawet nie próbował podejmować wysiłku związanego z udawaniem, że czuje się jakkolwiek zgorszony zastaną sceną. Po pierwsze, przecież tak naprawdę niczego konkretnego nie widzieli. Ba, nie doznali nawet żadnych efektów dźwiękowych, nie tylko wizualnych, bo wtedy pewnie darowaliby sobie podchodzenie bliżej. Po drugie, kto nigdy nie poczuł zewu natury, nie korzystając z dobrej pogody, ten...
...no tak. A korzystanie z naturalnej ściółki w ciemnym lesie, nie z wygodnych warunków w namiocie? Wydawało mu się dosyć wymowne, nawet jeśli nie dostrzegł rysów twarzy nikogo z pary. Było ciemnawo, wszystko wydarzyło się szybko, więc ich tożsamość zapewne miała pozostać zagadką. Nie to, żeby go to jakoś specjalnie interesowało, o ile za dziewięć miesięcy nikt nie zapuka do nich o pomoc w odnalezieniu tego takiego tam, no, od strony Panny Młodej, ponoć z Kanady. Chociaż...
...łowca raczej nie uciekałby w aż tak nieudolny sposób, czyż nie? Równie dobrze, mógł to być ktoś znacznie bardziej miastowy, zwłaszcza zważywszy na wybór gąszczu, w którym ryzyko wystąpienia kleszczy było bardzo znaczące. No cóż.
Chyba mogli ruszyć dalej, odchodząc od leśnego siedliska zgorszenia, prawda?


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#16
11.11.2025, 19:07  ✶  
Szliśmy dalej, chociaż tak naprawdę trudno było mówić o jakimkolwiek zorganizowanym marszu. Dla mnie to była raczej pijana wędrówka przez chaszcze, w której każdy krok wymagał negocjacji z własnym błędnikiem, nawet jeśli przez większą część życia nocne poszukiwania były dla mnie czymś znacznie bardziej naturalnym niż eleganckie przyjęcia. Ziemia pod stopami była miękka, paprocie sięgały do pasa, czasem wyżej, i tylko odgłos naszych kroków zdradzał, że nikt jeszcze nie padł twarzą w błoto.
Zrobiliśmy zaledwie kilka kroków, kiedy rozległ się pisk. Krótki, ostry, bardziej zaskoczony niż przestraszony, a zaraz potem szelest, trzask gałęzi i para wystrzeliła spomiędzy krzewów niczym stado spłoszonych ptaków. Mężczyzna i kobieta, ledwie zarysowani w półmroku, zniknęli między drzewami z taką prędkością, jakby gonili ich dementorzy. Kobieta potknęła się o paproć, on pociągnął ją za sobą, i w kilka sekund zniknęli w ciemności.
Zapanowała cisza, tak głęboka, że słychać było tylko bzyczenie komarów i oddalone echo muzyki z wesela. Zamarłem w miejscu, wpatrując się za nimi przez sekundę, starając się zachować powagę, ale wtedy usłyszałem ciche westchnięcie Sebastiana. Jeszcze zanim wszystko we mnie puściło, spojrzałem w kierunku kaznodziei - akurat w momencie, w którym stanął jak posąg, zasłaniając sobie oczy, z dłonią uniesioną do czoła w geście przeżegnania, nawet nie patrząc w kierunku, gdzie zniknęła ta nieszczęsna dwójka. Przeżegnał się, zrobił to z takim ciężarem, jakby właśnie był świadkiem najcięższego grzechu ludzkości. Nie dałem rady - zarechotałem głośno, zbyt głośno, ten dźwięk wyrwał mi się niekontrolowanie. Jego mina, coś pomiędzy obrzydzeniem a świętym smutkiem, była tak groteskowa, że nie wytrzymałem, szczególnie słysząc pozostałe komentarze. Parsknąłem śmiechem, próbując to zamaskować kaszlem, ale wyszło jeszcze gorzej. Chłodny wiatr poruszył liśćmi, a w oddali dało się słyszeć nawoływanie jakiegoś ptaka. Odchrząknąłem, przesuwając dłonią po karku, żeby się uspokoić, alkohol zrobił swoje - wszystko wydawało się śmieszniejsze, niż powinno.
- Okej, chodźmy? - Powiedziałem, jeszcze z uśmiechem. Wskazałem jakieś ślady prowadzące w drugą stronę, bardziej z przyzwyczajenia niż z przekonania. Zanim kaznodzieja zacznie egzorcyzmować krzaki.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Pan Egzorcysta
here lies the abyss,
the well of all souls

wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
kapłan kowenu | egzorcysta ministerstwa magii
ciemnobrązowe oczy; rozszczep tęczówki prawego oka (źrenica w kształcie dziurki od klucza); czarne włosy; przeciętny wzrost 173 cm; zimne dłonie; często ubrany cieplej niż sugeruje pogoda; okulary do czytania; srebrny łańcuszek z sygnetem na szyi (w oczku znajduje się zasuszony kwiat z rodzinnego ogrodu); niespieszny chód; cichy, nieco niewyraźny głos

Sebastian Macmillan
#17
14.11.2025, 22:16  ✶  
Doprawdy zabawne, pomyślał, gdy Brenna próbowała znaleźć jakieś pozytywy w tym... incydencie. Na wzmiankę o perfumach Potterów z trudem powstrzymał się przed tym, żeby ponownie się nie przeżegnać. Lub nie odpowiedzieć. Był bowiem gotów spytać, czy perfumeria jej krewnych na co dzień sprzedaje kosmetyki, które mogą popchnąć młodych ludzi w stronę podobnych... akcji. Gdy kobieta poklepała go po ramieniu, Sebiastianowi momentalnie włoski zjeżyły się na karku.

— Ta para na pewno nie szukała w tym lesie dzieci, panno Longbottom — odparł stanowczo Sebastian na słowa Brenny. — Oboje niestety widzieliśmy do czego to wszystko zmierzało, czyż nie?

Zmrużył lekko oczy, zerkając na kobietę takim wzrokiem, jakby to ona właśnie przyznała się do tego, że otwarcie wierzy w to, że nowonarodzone pociechy można znaleźć w kapuście czy też porannej poczcie dostarczanej przez sowy z Londynu. Mimowolnie popatrzył także w kierunku Geraldine. Miał nadzieję, że chociaż ona wiedziała, jak przebiega cały proces starania się o potomka. I właśnie dlatego kowen powinien bardziej naciskać na regularne nauki przedmałżeńskie, skomentował bezgłośnie Macmillan. Och, zdecydowanie będzie musiał poruszyć tę kwestię na spotkaniu z arcykapałanem, kiedy to będą omawiać plany na nadchodzący rok. Wierni ewidentnie potrzebowali pomocy. I dogłębnych, szczegółowych szkoleń.

— Owszem, Matka potrafi wyzwolić w swoich wiernych najróżniejsze emocje. Zwłaszcza w tak... pierwotnej okolicy, biorąc pod uwagę okoliczności — przyznał po bardzo długiej pauzie, starając się nie brzmieć tak, jakby zaczynał się przychylać ku tezie wygłoszonej przez Brennę.

Jeśli o niego chodziło, to pary mogły robić, co im się podobało. Wolałby jednak, aby nie robili tego na jego oczach, a już przede wszystkim w miejscach publicznych. Czy ten las można uznać za miejsce publiczne?, zaintonował cichy głosik z tyłu jego głowy, sprawiając że Sebastian wzdrygnął się na samą myśl. Czy Matka im błogosławiła posyłając ich między dzikie drzewa i krzewy? A może należałoby to rozpatrywać jako pełnoprawne wtargnięcie do domeny Pani Księżyca, kiedy ta ledwie parę godzin temu błogosławiła unii Geraldine i Ambroise'a? Macmillan pokręcił przecząco głowo, odpowiadając jednocześnie w ten sposób na pytanie Geraldine.

— Nie wszyscy bracia i siostry wybierają drogę celibatu — poinformował pannę młodą cichym głosem, w którym pobrzmiewała kapłańska powaga. — Jedni żyją w stałych związkach, mają rodziny, inni zaś pozostają samotni, oddając się w pełni służbie i modlitwie. Każdy szuka swojej własnej drogi, kowen nie nakłada w tej kwestii jednej miary. Na przykład mój ojciec też pełni posługę kapłańską.

Skinął głową Benjy'emu, kiedy ten zaproponował, aby ruszyli dalej. Bądź co bądź, on tu był głównie na doczepkę, prawda? Nie chciał umyślnie opóźniać całej akcji poszukiwawczej.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#18
15.11.2025, 12:56  ✶  
– Tylko te najpopularniejsze od Potterów – wyjaśniła Brenna. Miała do głowy wbite kilka zapachów, bo niektórych używała sama albo jej krewni, ewentualnie matka pokazywała jej próbki podczas pracy nad nimi i zadawała straszliwe pytania takie jak „czy uważasz, że należałoby dodać tutaj nutkę bergamotki”? – Och, co powiesz na perfumy z cytryną, koniczyną, zieloną herbatą i miętą? Nie pytaj jak, ale jakoś z tym uzyskali efekt, który przypomina zapach lasu, chociaż nie ma w tym ani trochę mchu i innych takich – oświadczyła, posyłając pannie młodej uśmiech. Cóż, pod pewnymi względami bardzo przypominała swojego ojca i mogło się zdawać, że to w niego wdała się najbardziej, ale to nie znaczyło, że nie jest córką swojej matki.
– No cóż, pewnie nie spodziewali się, że ktoś tutaj też zawędruje – odparła biednemu, oburzonemu Sebastianowi, unosząc na moment spojrzenie ku niebu. Mina trochę jej stężała, ale po prostu westchnęła, postanawiając, że potem się teleportuje, zanim wróci na teren imprezy. Oczywiście, gdy upewnią się, że wujek z Ameryki na pewno nie znalazł żadnego złotego smoka. A do głowy przyszło jej, że Sebastian chyba powinien częściej wychodzić z domu. I z siedziby kowenu. Tak pomiędzy prawdziwych ludzi. – Hej, Sebastianie, kiedy ostatni raz wyszedłeś z domu tylko po to, żeby spotkać się z kimś znajomym? – spytała nagle, a potem, nawet nie czekając na odpowiedź, wysforowała nieco na przód, gdy Ambroise i Benjy ruszyli dalej, rozglądając się za śladami.
Nie, nie pchała się jako pierwsza. Po prostu znaleźli się pośród krzewów, w których nie tak dawno miłosne gniazdko wiła sobie ta biedna, spłoszona dwójka. Brenna pochyliła się więc i chwyciła po prostu poły sukni Geraldine z tyłu, by ta nie podarła się kompletnie, kiedy będą przechodzić przez teren.
– Wygląda na to, że zostałam twoją dziewczynką od trenu. Jeszcze powinnaś mieć jakąś od sypania kwiatków – oceniła, rzucając przy okazji okiem na ślady, które wskazywał Benjy. Po prawdzie mogła je zostawić ta dwójka, gdy tu przychodzili, ale nie dało się tego ocenić, więc… kierunek do sprawdzenia równie dobry jak każdy inny.

Kostki – rzucam po ustaleniu z Pasku na jej efekt, by od razu go mogła opisać
Rzut 1d4 - 3

[+]Spoiler
Gdzie jest mój wujek? (Na modłę: Gdzie jest moja krówka?)
1 – dostrzegasz światło między drzewami. W miarę jak wędrujecie w jego stronę, grunt staje się jednak niepewny, a Geraldine przypomina sobie, że dalej zacznie się bagnisty teren – to prędzej zwodnik niż wujek!
2 – wśród liści leży kawałek ciasta weselnego, nieco nadgryziony, obok dostrzegasz ślady bosych stóp z dwoma znacznie dłuższymi paznokciami
3 – znajdujesz na ziemi charakterystyczne piórko – może zgubił je ptak, ale… wygląda prawie identycznie jak to od kapelusza wujka
4 – pusta butelka porzucona w krzakach bez wątpienia została zabrana z weselnego stołu – zgubił ją wujek czy ktoś jeszcze udał się tą drogą…?


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#19
16.11.2025, 22:22  ✶  

Geraldine czekała na odpowiedź Sebastiana, gdy usłyszała jego słowa po prostu kiwnęła głową. Czyli można było tak, albo tak, ugryzła się w język, bo chciała zapytać kapłana o to, jaką on wybrał ścieżkę, ale miała w sobie jeszcze jakąś resztkę ogłady. Tak naprawdę nie do końca rozumiała ludzi, którzy dobrowolnie wybierali celibat, od razu nasuwało jej się w głowie pytanie po co. Każdy miał jednak jakieś swoje dziwactwa.... jedne mniej, jedne bardziej dla niej zrozumiałe.

- Tak, możemy ruszać. - Niepotrzebnie przeszkodzili tej parze, niestety nie mogli przewidzieć tego, że ktoś postanowi się z kimś zbliżyć tak bardzo właśnie w tych krzakach, pozostawało mieć nadzieję, że znajdą sobie lepsze miejsce i będą mogli kontynuować to co zaczęli.

- Niezły masz węch. - Powiedziała jeszcze do Longbottom. Tak, wiedziała o tym, że jej matka pochodzi od Potterów, jednak nie wydawało jej się, aby każdy z nich był w stanie ot tak rozpoznać ich perfumy.

- Macie tam niezłych specjalistów, są ludzie którzy potrafią stworzyć coś z niczego. - Zdawała sobie z tego sprawę, jednak nigdy jakoś szczególnie się tym nie interesowała. W ich świecie można było spotkać naprawdę niesamowitych rzemieślników, którzy potrafili zdziałać cuda.

Geraldine ruszyła przed siebie, oświetlała sobie drogę różdżką, próbując znaleźć cokolwiek interesującego w krzakach, przez które się przedzierali. Poczuła, że tył sukni jej się unosi. Spojrzała przez ramię, i tak jak się spodziewała Longbottomówna postanowiła pomóc jej zadbać o to, by suknia pozostała w jednym kawałku. - Niestety nie mamy tu żadnej innej dziewczyny, więc musi mi wystarczyć ta od trenu, dzięki za to, spodziewam się, że ciocia może nie być zadowolona, jak zobaczy mnie gdy wrócimy z tej wyprawy. - Naprawdę starała się dbać o to, aby suknia nie uszkodziła się za bardzo podczas tego spaceru, ale było chyba niemożliwe, aby wróciła w stanie idealnym, nie w tych warunkach, krzaki, mech, błoto, pajęczyny... cóż niby nic wielkiego, ale w przypadku takiej eleganckiej kreacji mogły naprawdę nieźle ją zniszczyć.

Odwróciła się znowu, aby móc obserwować drogę, właściwie to taksowała wzrokiem okolicę, uważnie, miała w tym w końcu spore doświadczenie, coś przykuło jej uwagę. Zatrzymała się na moment, nachyliła, by wyciągnąć dłoń w stronę mchu, tuż przy wielkim dębie. Znalazła piórko. Wzięła je w dłoń i uniosła przed swoją twarz, oświetliła je różdżką. - Wydaje się być ono bardzo podobne do tego, które wujek miał przy swoim kapeluszu. - Nie mogła mieć stuprocentowej pewności, ale czy powinna uznać to za przypadek?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2108), Benjy Fenwick (1696), Brenna Longbottom (1970), Geraldine Greengrass-Yaxley (1710), Pan Losu (69), Sebastian Macmillan (1249)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa