• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Irlandia Płn. i Płd. |13.09.72| Irlandia, Waterford | Rodolphus x Cynthia

|13.09.72| Irlandia, Waterford | Rodolphus x Cynthia
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#1
05.11.2025, 00:42  ✶  
Była niespokojna, a to nie zdarzało się Cynthii często. Rozpraszały ją te wszystkie bodźce dookoła, które przypominały o wydarzeniach ze spalonej nocy, których do końca nie ułożyła w głowie. Najgorszy był jednak smród, którego nie umiała pozbyć się z nozdrzy – ogień trawiący domy i ciała. Odór palonego, ludzkiego mięsa był bardzo specyficzny. Mało spała, mało odpoczywała, praktycznie wychodziła z kostnicy lub ze szpitala, gdzie pomagała przy poparzeniach, tylko po to, aby się odświeżyć w domu lub zobaczyć, czy ze Stanleyem było lepiej, bo przecież nadal nie mógł ruszać się z mieszkania poczciwego barmana. I chyba dla samej ucieczki, nie tylko dla braku świadków, podała mu w tamtej chwili Irlandzki adres z instrukcją, gdzie znajdzie kluczyk. Bo nie wracała do rezydencji Flintów, gdy nie musiała. Ojciec zadawał niewygodne pytania. Niewielkie mieszkanie w Waterford było najlepszym, co miała po Edwardzie. Cichym i tajemniczym miejscem, które w żaden sposób nie mogło na nią naprowadzić. Owszem, nie było luksusowe, ale praktyczne i odcięte od Londynu.

Za ciemnozielonymi drzwiami kryła się główna izba. Była duża, stworzona z niewielkiej kuchni i pokoju dziennego, chyba zbyt małego, aby nazwać go salonem. Zdominowały to miejsce regały pełne ksiąg, suszonych ziół, składników alchemicznych czy kryształowych fiolek, rulonów zwiniętych pergaminów. Na jeden ze ścian tkwił duży kominek z kamienia w odcieniach szarości, w którym leniwie trzaskał ogień, pochłaniając drewniane belki – potraktowany teraz czarem, który niwelował ich zapach. Przy oknach były ciężkie zasłony, a naprzeciw kominka była niewielka kanapa oraz fotel z głębokimi siedziskami i poduszkami. Przed nimi stał mały, okrągły stolik z leżącą na nim apteczką i bandażami, przyborami do szycia błyszczącymi z głębi puszki. Miękki dywan dawał ciepło pod nogami, gdy siedziało się w tym miejscu i jednocześnie był jedyną ozdobą drewnianej podłogi, starej i skrzypiącej, ale pięknej, dębowej. Wszystko utrzymane było w neutralnych kolorach – odcieniach beżu, zieleni i odrobiny szarości, co zdaniem Flint, pozytywnie wpływało na skupienie. W powietrzu unosił się zapach ksiąg, kawy i maści leczniczej. Od izby odchodziły jeszcze drzwi do łazienki, niewielkiej spiżarni oraz sypialni. Była też piwnica, ale nigdy z niej nie korzystała. Przez uchylone okna wpadały podmuchy chłodnego wiatru, szum wody i zgiełk tętniącego życiem, turystycznego miasta.

Nie ustalili konkretnego terminu, ale w każdym wspomnianym dniu, była tu się przebrać i na chwilę usiąść, zanim wróciła do chaosu w Londynie. Dziś nie było inaczej, więc zupełnie nie zaskoczył jej dźwięk kluczyka w zamku, przekręcenia trybików i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Jedyną osobą, która poza ich dwójką o tym miejscu wiedziała, był Borgin, a ten raczej nie był w stanie się teleportować. Spojrzała na swoje odbicie w łazienkowym lustrze, przecierając twarz ręcznikiem. Włosy miała mokre, opadały jej na plecy i ramiona, przylepiając się do odkrytych fragmentów skóry. Przesunęła po nich palcami, poprawiając cienkie ramiączko od czarnej koszulki, którą na sobie miała i odrzuciła materiał na bok, przewieszając go na drążku przy prysznicu. W pomieszczeniu wciąż było dużo pary, pachniało kwiatem pomarańczy i jaśminem. Całe szczęście zdążyła chociaż trochę zamaskować twarz delikatnym makijażem, ukryć cienie pod oczami i zmęczenie, spierzchnięte usta pod bezbarwnym balsamem. Z pewnością on lepiej znosił to wszystko i już miał wszystko ułożone, nie plątał się w chaosie.

Podłoga zaskrzypiała, a Cynthia wyszła z łazienki, zamykając za sobą drzwi. Oparła się o nie, chowając dłonie za siebie i wyprostowała głowę, obdarzając mężczyznę przenikliwym spojrzeniem. Wiedziała przecież, kto krył się pod maską tamtej nocy, a jednak zobaczenie tu ciemnowłosego było wciąż drobnym zaskoczeniem, jakby zupełnie nie składało się jej w całość. Miała dużo pytań, ale nie mogła wybrać właściwego, zdecydować się na jedno.

- A więc jesteś. Nie dałeś się złapać. - rzuciła w końcu, a w tonie jej głosu, zwykle chłodnym i spokojnym, pojawiła się nuta jakieś ulgi, że jednak jej posłuchał i wybrał inne ulice, aby zniknąć sprzed nosa Ministerstwa, kolejny raz nieudolnego, jak je nazywał. Poczuła, jak kropla wody spływa jej po szyi, robiąc następną, mokrą plamę na materiale ubrania. Spojrzała na chwilę gdzieś na bok, zanim wysunęła dłonie do przodu i rozluźniła je, walcząc z chęcią wsunięcia ich do kieszeni ciemnych spodni. Stopy miała bose, przez co była niższa, niż zwykle, gdy nosiła obcasy. Bo przecież Cynthia zawsze chodziła w obcasach. - To Twoje oczy. To przez nie.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#2
05.11.2025, 16:10  ✶  
Odcięcie od Londynu było tym, czego w tej chwili potrzebował. I mimo iż nie przepadał za Irlandią głównie ze względu na temperament jej mieszkańców, przyjął od Cynthii instrukcje, co do których się zastosował. Sam nie wiedział, dlaczego - mógł po prostu dalej robić swoje, zostać w Little Hangelton i po prostu odpocząć. Jednak z tym odpoczynkiem Lestrange miał duży, duży problem - w ostatnich tygodniach po prostu nie umiał go zaznać. Gdy znalazł się w Irlandii, zastosował się do wskazówek, które skrzętnie przechowywał w pamięci. Był pod swoją postacią - nie miał na sobie maski śmierciożercy, lecz przywdział tę druga, grzeczniejszą. Ułożonego Niewymownego, pana Lestrange, pracownika Ministerstwa, osoby która zawsze wie co robi. Osoby spokojnej, opanowanej, mającej rozwiązanie na wszystko. Z tym, że na tę sytuację przygotowany nie był.

Zastanawiał się wciąż, czy dobrze robił. Nie było osoby spoza organizacji, która znałaby jego tożsamość. Cynthia byłaby pierwszą osobą, która dowiedziałaby się o tym, że na jego przedramieniu wije się Mroczny Znak, a on sam był odpowiedzialny za to, co się stało 8 września. Nie był pewny, czy chciał wtajemniczać Flintównę w to wszystko, mimo że przecież wykonał już jeden krok, pokazując jej swoje "obiekty badań". Obdarzył ją zaufaniem, ale jeżeli chodziło o bycie śmierciożercą... Podchodził do tego zupełnie inaczej.

A mimo to stanął przed drzwiami, ściskając kluczyk w dłoni. Ostrożnie włożył go w zamek i przekręcił, a potem pchnął drzwi. Był przygotowany na ewentualny atak, jak zwykle - prawą rękę miał schowaną w kieszeni, a palce zaciskały się na różdżce, tak jakby Cynthia miała go zwabić w pułapkę. Tak się jednak nie stało: pokój był pusty, gdy zamykał za sobą drzwi i przechodził do niewielkiego salonu, rozglądając się po nim tak, by zapamiętać możliwie jak najwięcej szczegółów. Gdy skrzypnęły drzwi od łazienki, przekręcił głowę w tamtą stronę. Kluczyk schował do kieszeni czarnych spodni, drugiej ręki nadal nie wyciągnął z kieszeni. Milczał, gdy opierała się o drzwi, gdy kropla wody spływała po jej szyi, a ona patrzyła w bok. Słyszał, co do niego mówiła, lecz nie przerywał jej. Zamiast tego podszedł do okna, dbając by nie odwracać się do niej plecami. Zamknął je cicho, ucinając szum wody i śmiechy, dochodzące z zewnątrz. Nie był pewny, czy umiałby zabić Cynthię, gdyby ta postanowiła go zaatakować. Była cennym nabytkiem i naprawdę liczył na to, że była tak inteligentna, za jaką ją uważał.
- Przeziębisz się - powiedział, w ogóle nie odnosząc się do słów, które wypowiedziała. Oczy... Z reguły nie zastanawiał się nad tym, bo nikomu nie pozwalał zbliżyć się na tyle blisko, by móc zajrzeć w szpary pomiędzy sztywnym materiałem maski. Postawa Rodolphusa nie wskazywała na to, by był spięty, chociaż w środku targały nim przeróżne emocje. Czy dałby radę zabić Cynthię Flint, jeżeli ta postanowiłaby wybrać drugą stronę? Milczał przez chwilę, wpatrując się w sylwetkę kobiety. Z pozoru bezbronnej, delikatnej i nieszkodliwej. Ale Merlin mu świadkiem, że podczas Spalonej Nocy pokazała, że wcale nie była taka bezbronna. - Jesteś bardziej spostrzegawcza, niż sądziłem.
Powiedział to z uznaniem w głosie, bo przecież wiedziała, że szanował jej dorobek naukowy i ją samą, nawet jeżeli nie rozmawiali ze sobą codziennie. Wyłuskując taki drobiazg z tego chaosu sprawiła, że jego podziw tylko wzrósł. Nie odpowiedział na oczywistość, że nie dał się złapać. Wyraził już swoją opinię na temat Ministerstwa i jego działania - jak ktoś taki byłby w stanie jakkolwiek mu zagrozić? Lekko rozluźnił palce, które ściskał na różdżce. Ale nie puścił jej całkowicie. Nie wiedział jakie Flint miała intencje. Chciała porozmawiać? Zaszantażować go? Zabić? Każdy jeden scenariusz był bardzo prawdopodobny.
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#3
05.11.2025, 21:58  ✶  
Każdy potrzebował oddechu pozbawionego smaku popiołu i niekończącego się hałasu, ale nie tylko to było dla niej formą zapewnienia, że Rodolphus Lestrange się pojawi. Każdy człowiek, którego o tym nazwisku znała, miał w zwyczaju zamiłowanie do niebezpieczeństwa i chęć poznawania tego, co mu groziło. Czy Tori, czy Lou, czy Loretta, czy właśnie on – poznawali, analizowali i eliminowali zagrożenie, wybierając odpowiednią metodę. A tym właśnie Cynthia dla niego teraz była – formą zagrożenia, niepewną na stabilnej drodze, którą podążał. Dlaczego więc wybrała miejsce tak odległe i pozbawione znajomych twarzy, mając w głowie myśl, że mógłby się jej pozbyć, bo dała mu ku temu okazję? Bo mu uwierzyła tamtej nocy. Tak po prostu. Było to głupie, naiwne i przerażające dla niej samej. Irracjonalne, ale wiedziała, że nie będzie zagrożeniem, dopóki on nie poczuje się zagrożony i przyparty do muru.

To nie mogło być dla niego łatwe.
Zrozumiała to w sekundzie, w której ich spojrzenie się spotkało. Wystawiał się na ryzyko i brutalna świadomość tego malowała się w jego stalowych oczach tak jasno, jakby było ostrą brzytwą, przygotowaną do ataku w każdym momencie. Było to zapisane w jego ruchach, jego oddechu, biciu jego serca i kalkulacji malującej się na twarzy. Analizował wszystko, co robiła i sam pilnował własnej przestrzeni osobistej, chroniąc nawet plecy, gdy zbliżał się do okna. Nie mogła go za to winić, dlatego też jej ruchy były powolne i dobrze widoczne, każde poruszenie palcami mógłby zinterpretować w sposób nieodpowiedni, sugerujący, że chce go zaatakować. Ta powaga, ta iskra niepewności i intensywność wisiała w powietrzu pomiędzy nimi, tworząc na swój sposób napiętą atmosferę. A potem wspomniał o tym, że mogłaby się przeziębić, zaraz po tym, gdy zamknął okno.

To, że ją zaskoczył byłoby niedopowiedzeniem roku, bo zamrugała kilkakrotnie, a w usta rozchyliły się bezradnie, jakby zbił ją z tropu tak, że nie miała absolutnie żadnego komentarza. Warga jej zadrżała, gdy pomyślała o tym, że on – bezwzględny Śmierciożerca, podpalacz z Londynu, który przeprowadzał eksperymenty na ludziach, który był oddany swojej walce i sam mówił o tym, że musiała wybrać stronę, skazywał ludzi na cierpienie, martwił się tym, że ona się przeziębi. Ciszę przerwał nagle śmiech, którego już po prostu nie mogła powstrzymać. Nie śmiała się często, bo i nie było ku temu dużo powodów, ale cała ta kuriozalna sytuacja sprawiła, że nie mogła tej fali rozbawienia powstrzymać. Pokręciła głową z niedowierzaniem. - Jesteś niewiarygodny. - skomentowała najpierw, gdy udało się jej odzyskać oddech, a jednocześnie poczuła, że jakieś napięcie zniknęło jej z ramion. Cóż, nadal był bezwzględnym mordercą, ale ona w takim towarzystwie po prostu przebywała i chociaż źle to brzmiało, nauczyła się z tym żyć, dostrzegać w tym coś innego, niż potwora. Odsunęła się powolnie od drzwi, unosząc dłonie ku górze, jakby wykonywała gest poddania się, wywieszenia białej flagi. - Widzę, jak jesteś spięty, więc musisz wiedzieć, że moja różdżka jest na stoliku. Nie zamierzam Cię atakować, nie zamierzam zrobić niczego, co zrobiłoby Ci krzywdę. Jak mogłabym po tym, co mi powiedziałeś? A ja Ci uwierzyłam.- ruchem głowy wskazała na stolik, który stał przy fotelu i kanapie, gdzie obok apteczki, faktycznie tkwiła różdżka, wciąż nieco usmolona, co rzucało się w oczy przez jej jasny kolor. Takie były w Anglii niespotykane.

Podłoga zaskrzypiała, gdy blondynka podeszła, zmniejszając między nimi odległość i odchyliła głowę, aby na niego spojrzeć. Przenikliwie i z ciekawością.
- Musisz coś zrobić z maską lub nie pozwalać ludziom podchodzić tak blisko. Twoje tęczówki, mają matowy odcień stali, jak po hartowaniu. A czasem przemyka przez nie szarość. Zawsze patrzę ludziom w oczy, zapamiętuje je. Są jak opisy ksiąg. - wyjaśniła już spokojniejszym głosem, chociaż wciąż dało się wyczuć w niej rozbawienie. Jej twarz jednak nieco spoważniała, a spomiędzy warg uciekło pełne zastanowienia mruknięcie. Dłoń Cynthii ostrożnie wysunęła się w jego kierunku, ale spojrzenie jej nie drgnęło od jego oczu, jakby tym samym chciała go uspokoić, pytając o nieme pozwolenie. Przesunęła po jego nadgarstku, jakby miała w tym wprawę, podwijając nieco rękaw – wybrała też właściwą rękę, tą, na której był znak. Jako osoba znająca czarną magię, mógł wyczuć delikatną aurę płynącą z nekromancji, której użyła, aby za pomocą ciepła rozlewającego się po skórze, nakreślić na niej znak. - Powiedz mi więc dlaczego? Dlaczego ryzykujesz mówiąc, że mnie ochronisz. Przecież nie mogę wiedzieć tego, co wiem.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#4
06.11.2025, 12:06  ✶  
Jej śmiech go zaskoczył. Tak po prawdzie nie słyszał, żeby Cynthia się śmiała - nie przy nim. To, co robili, było dalekie od miana dobrej zabawy, przy której można było się śmiać. To, co teraz powiedział, według niego również nie nosiło tych znamion, lecz z jakiegoś powodu sprawiło, że Cynthia się rozluźniła. Lepiej dla niego. Wskazała mu leżącą na stoliku różdżkę, lecz to nie nie uspokoiło jego obaw. Mogła przecież opanować sztukę posługiwania się magią bez konieczności użycia różdżki. Była to sztuka niezmiernie trudna do opanowania, lecz nie niemożliwa, szczególnie dla niej.

Wcale się nie rozluźnił, gdy uniosła ręce, a potem zmniejszyła między nimi dystans. Powoli i ostrożnie, jakby podchodziła do drapieżnika. Po części tak było: skoro nie miała różdżki, a on swoją owszem, ona również sporo ryzykowała. Milczał, lecz znacząco poluźnił uścisk na rękojeści różdżki, by finalnie wyciągnąć pustą rękę z kieszeni.
- Nikt kto zbliżył się na tyle blisko do maski nie miał szczęścia przeżyć - odpowiedział spokojnym tonem. Nie było w nim pychy czy znamion przechwałek, lecz czysta logika i najprawdziwsza prawda. Nawet pozostali śmierciożercy nie podchodzili do niego na tyle blisko, by móc spojrzeć mu w oczy. Gdy uniosła rękę, nie zareagował. Tak samo jak nie zareagował, gdy przesunęła dłonią po przedramieniu i podwinęła rękaw koszuli. Nie odwrócił od niej oczu nawet wtedy, gdy ciepłymi palcami nakreśliła na jego skórze znak. Wpatrywał się w nią uważnie, jakby starał się wyczytać z jej oczu to, czego nie chciała mu powiedzieć. - Pomyliłaś mnie z kimś wtedy.
Powiedział w końcu, cicho i być może z lekkim niedowierzaniem. W zasadzie nie musiał dodawać nic więcej, bo przecież to mówiło samo za siebie. Rodolphus obrócił nieco dłoń, tak by delikatnie ująć dłoń kobiety. Przesunął kciukiem po wnętrzu jej dłoni, na moment tam kierując swoje spojrzenie.
- Wiesz o nas. A jednak żaden ze śmierciożerców nie zniknął w odmętach Azkabanu - kontynuował, brutalnie punktując kolejne nitki odchodzące od tej myśli. Przesunął palce wyżej, na jej przedramię. Nie była jedną z nich, ale czy na pewno? Czy może jeszcze nie była jedną z nich? - Uprawiasz nekromancję. Jeżeli powiesz jedno słowo, zajmiesz celę tuż obok mojej. Jesteś jedną z najinteligentniejszych osób, które zdążyłem poznać w swoim życiu, Cynthio. A inteligentne osoby wiedzą o tym, o czym nie powinny, ale nie mówią o tym osobom trzecim.
W końcu uniósł spojrzenie, by ponownie spojrzeć w jej oczy. Być może to były daleko idące wnioski, ale nie chciał wierzyć w to, że Flint by go zdradziła, bo wtedy pogrążyłaby również samą siebie.
- Znaleźliśmy się po tej samej stronie barykady, stoimy na szali i jeżeli jedno z nas zrobi krok w niewłaściwą stronę, spadnie też drugie. Ochroniłem cię wtedy, podczas pożaru, gdy twój rodzinny dom stanął na linii ognia. Ochroniłem cię wtedy, przed tamtym mężczyzną. Ochronię cię i później, jeżeli przyjdzie na to czas - bo wierzył, że ona również będzie go chronić i mu pomagać. Być może to było naiwne z jego strony, ale bardzo potrzebował sojuszników, a ona była w jego opinii kimś, kto mógł stać u jego boku jako osoba, która będzie trzymać jego plecy. W tym był zupełnie niepodobny do Louvaina, z którym się przyjaźniła - byli podobni z wyglądu, lecz charaktery mieli zupełnie przeciwne.
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#5
10.11.2025, 00:03  ✶  
Cynthia nie wiedziała, czy bardziej zaskakujący był jej własny śmiech, który dobiegł jej uszu niczym najbardziej nienaturalny odgłos na świecie, czy może to, jak Rodolphus Lestrange był opiekuńczy. Tak, jakby znali się od zawsze, w sposób naturalny i prosty. Coraz mniej było takich zwykłych gestów dobroci, ludzie zwykle szukali korzyści w sposobie traktowania drugiego człowieka, ale ona nie mogła dostrzec tu niczego, czego mógłby od niej chcieć, żeby wspomnieć o przeziębieniu. Potraktowała to więc bezinteresownie, szczerze, chociaż pewnie, gdyby wspomnieć o tym jego sprzymierzeńcom z armii czarnoksiężnika, nikt by w to nie uwierzył. Wciąż był spięty, czujny i nie umknęło jej uwadze, gdy jego wzrok na te kilka sekund pomknął w stronę stolika, gdzie tkwiła jej różdżka. Powolne, przewidywalne gesty również nie zdawały się pomocne, chociaż pozwolił jej zarówno na zmniejszenie dzielącej ich odległości, jak i naruszenie jego przestrzeni osobistej. Było to sprzeczne z tym, co sugerowało jego ciało, uderzenia serca czy spojrzenie. Widziała, że dłoń mu drgnęła. Wiedziała też, że ryzykuje, postępując w ten sposób, ale chciała, żeby jej uwierzył w to, że jego zapewnienie o tym, że ją ochroni, miało jakiś skutek. Odzew.

- Dobrze, że byłeś dotychczas rozsądny. - jej głos był równie spokojny, co jego, chociaż nie tak chłodny, jak zwykle. Tym razem nie trzymała bezpiecznego dystansu, bo przecież już dawno przekroczyli pewną granicę intymności, gdy poznała go pod tą maską i to było zobowiązujące. A może to stało się już w momencie, gdy wzięła go za kogoś innego? Jej dłoń leniwie przesunęła materiał, palce przesunęły po rozgrzanej skórze, jak zwykle chłodne i precyzyjne. Tak, jakby miała w tym wprawę. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie, ale nie odwzajemniła go od razu, zastanawiać się, czy każdy z ich rodziny przynależał do armii Voldemorta, no, może poza Victorią, za co dziękowała Merlinowi. Z drugiej jednak strony wiedziała, że jej nadmierne zaangażowanie w tę sprawę mogło być tylko kwestią czasu w związku z tym, jakie i z kim miała racje. Świat się stawał naprawdę skomplikowany, coraz trudniej było balansować na krawędzi i jednocześnie próbować chronić tych, którzy byli ważni przed ciemnością. Ona miała wiele twarzy, nie była tylko Czarnoksiężnikiem i maskami. Podniosła na niego wzrok, rysując na skórze znajomy symbol, jakby czuła pod palcami czerń pełznącą pod skórą niczym wąż. Nie uciekała spojrzeniem, pozwalając na konfrontację dwóch odcieni niebieskiego, jednocześnie kiwając głową. Nie było sensu protestować, odczuł przecież, jak się wobec niego zachowywała, myśląc, że ktoś inny był pod maską.

Nie odwróciła wzroku, gdy obrócił jej dłoń i ujął ją w palce, nie protestowała, podobnie jak on wcześniej. Ślad, który zostawił na jej skórze, sprawił, że po kręgosłupie przebiegł ją dreszcz razem z myślą o tym, że spodziewał się tam symbolu. - Nie znajdziesz tam tego, ale owszem, wiem. Znam ludzi, którzy noszą maski. Świadomych mojej wiedzy, jak i tych, którzy nie mają pojęcia.- odparła cicho, ale bez cienia strachu przed konsekwencjami, które się z tym wiązały, bo z nimi przecież pogodziła się już dawno. Nie podjęła decyzji, Cynthia po prostu robiła wszystko dla ludzi, na których jej zależało – była lojalna, wbrew temu, co wcześniej mówił jej Louvain. Oddana czerwonym nitkom, które splątywały jej nadgarstki z innymi ludźmi. Nie mogła stać bezczynnie, jeśli mogła coś zrobić, aby im pomóc. I z początku za każdym razem uderzało to w jej moralność, bo chociaż posługiwała się nekromancją, nigdy nie użyła jej w złym celu. Przecież pierwotnie chciała być uzdrowicielem, odczarować złą sławę tej dziedziny magii i wykorzystać ją do przywracania ludziom nadziei, odsuwania ich od śmierci. Czas wszystko jednak zmienił. Na chwilę jej palce drgnęły, jakby myśl o tym, ile ciemności wdarło się do jej własnej głowy i daleko przesunęły się jej granice, ją sparaliżowała, jednak nawet nie drgnęła. Dekadę wyciszała emocje, aby sobie z tym radzić. Dekadę pozbawiała się uczuć, żeby nie rozsypać się na tysiące kawałków i chociaż przypominanie sobie o smaku tych wszystkich emocji było wolne i intensywne, to wciąż tkwiły gdzieś wewnątrz. Mogła je znosić z dumą i uporem, nie pokazywać słabości. Bo przecież nie była tą samą, słabą, niewinną młodą kobietą, która wypływała z Anglii do Ameryki.
Jego głos wyrwał ją z zamyślenia, jego spojrzenie przywróciło jej umysł do rzeczywistości. Inaczej to wszystko brzmiało w jej głowie, gdy słowo „Azkaban” nie było wypowiadane głośno.

- Cela w Azkabanie to moje najmniejsze zmartwienie. -
stwierdziła w końcu, zgodnie z prawdą zresztą, bo zwyczajnie nie mogłaby pociągnąć na dno tych, którzy jej zaufali. Niezależnie, czy była to Brenna i Atreus, czy Stanley, Vicotoria, Louvain, a teraz i Rodolphus. To było jak pakt. Dlatego jednak, że posługiwała się nekromancją, była spokojniejsza. Znała wiele sposobów, aby umrzeć, zanim wyciągnęliby z niej cokolwiek. - Strona barykady... Obawiam się, że to bardziej skomplikowane.. - mruknęła cicho, przenosząc wzrok na chwilę na jego dłoń, którą wciąż trzymał jej własną. Zaskakujące, jak skuteczne były proste gesty. Dawały więcej, niż mogły dać słowa i obietnice, dlatego też zacisnęła delikatnie palce, czując, jak wypowiadane przez niego wcześniej słowa, których przecież nigdy nie potrzebowała – bo radziła sobie doskonale sama, była tego nauczona, że to ona zwykle ratuje innych – rozlewają się po całym jej ciele ciepłą falą. Związują czerwoną nitkę. Odchyliła głowę i znów odnalazła spojrzenie czarnowłosego. - Ochroniłeś mnie, bo mnie potrzebujesz. Bo jestem.. Przydatna. I nie ma w tym nic złego. A jednak mogłeś to zrobić.. Inaczej, na swoich warunkach, trzymając bezpieczny dystans, zachowując swój sekret. - zaczęła w końcu, po chwili przeciągając się milczenia, wciąż dostrzegając w tym coś więcej, niż zwykłą chęć wykorzystania jej i jej umiejętności do swoich własnych celów. Może po prostu chciała zobaczyć w tym coś ludzkiego, zwykłego, a do tego nakierowała jej głowę uwaga o przeziębieniu. Znów zaśmiała się cicho, krótko, rozbawiona kontrastem jego osoby, samym wspomnieniem tego komentarza. Merlin jej świadkiem, każdy noszący tę maskę był na swój sposób nieporadny i potrzebował kogoś, kto się nim zaopiekuje. - Pomogę Ci. Ochronię Cię, jeśli będę mogła. Możesz na mnie polegać. Chciałabym jednak, żebyśmy byli ze sobą szczerzy, na tyle, w jakim stopniu to będzie możliwe. Bez zaufania to nie wyjdzie.
Oczywiście miała na myśli ich tajne spotkania, plany. Bo rozumiała, że w sytuacji, w której tkwił, nie mógł mówić wszystkiego.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#6
13.11.2025, 13:19  ✶  
Wodził palcami po nagiej skórze jej przedramienia, na moment opuszczając wzrok, by móc śledzić ruchy własnych palców. Kim jesteś, Cynthio Flint? pytał siebie raz po raz, nie znajdując jednak odpowiedzi. Uśmiechnął się kącikiem ust, powracając spojrzeniem do jej niebieskich, chłodnych tęczówek.
- Tak, Cynthio. Ochroniłem cię, bo jesteś przydatna i nic więcej - kłamał. Kłamstwo było wymalowane w jego oczach, w jego całej twarzy, w jego wszystkich gestach, które wykonywał. Zwykle lepiej się maskował, lecz teraz to, co mówił, nijak nie pasowało do gestów, które wykonywał. - Widzę w tobie tylko cyfry.
Jego słowa były zbyt łagodne na to, by były prawdziwe. Były miękkie i otulające serce jak niedrapiący koc. Było w nich zbyt dużo uczucia, by ich sens mógł być prawdziwy. Lestrange nachylił się lekko, zaciskając palce na jej dłoni. Delikatnie, tak jakby bał się, że ją uszkodzi. Druga dłoń, ta która pozostawała do tej pory nieruchoma, uniosła się powoli tylko po to, by zgarnąć mokry kosmyk srebrzystych włosów za jej ucho.
- Co będę mógł ci powiedzieć, powiem. Czego jednak nie będę mógł... Będzie musiało pozostać u mnie - milczące i na wieki. Lestrange nachylił się po raz kolejny, jako że Cynthia była od niego niższa. Można było o nim powiedzieć wszystko, ale nie to, że był brutalem, który brał od kobiet to, co chciał. Szanował je, każdy to wiedział i nie każdemu się to podobało. Zamiast wydrzeć pocałunek z ust Cynthii Flint, przekrzywił głowę i musnął jej policzek ustami. Z pozoru niewinny gest, nic nie znaczący, lecz tak naprawdę przypieczętowujący ich umowę. Cofnął się, wyprostował. Zależało mu na niej, nie miał zamiaru przekraczać granic, chociaż odkąd po raz pierwszy zobaczył ją przy stole ze skalpelem, Merlin mu świadkiem: chciał. - Z kim mnie wtedy pomyliłaś? Kogo kochasz tak mocno, że byłaś w stanie zbliżyć się tak blisko?
Zapytał, puszczając jej dłoń.
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#7
05.12.2025, 22:19  ✶  
Zaskoczył ją odrobinę swoją bezpośredniością, ale pomyślała o tym, że podobnie, jak ona wcześniej, sprawdza po prostu skórę w poszukiwaniu znaku. A jego tam nie było. Przyglądała mu się w milczeniu, czując łaskotanie ciepłych palców, próbując odgadnąć, co właściwie chodzi mu po głowie. Dokąd zmierzały jego myśli? Ich sytuacja zmieniała się tak, jak w kalejdoskopie i można było spodziewać się wszystkiego. Jeszcze chwilę temu nie łączyło ich nic poza grzecznością, a teraz pojawiły się sekrety, które skrywał pod maską i te, które ona chowała w ciszy i opanowaniu. Odwzajemniła jego spojrzenie chwilę po tym, jak próbował złapać jej własne, przyglądając się wcześniej jego szyi, a potem kącikom ust. Starała się wyłapać te maleńkie zmiany, wibracje, które towarzyszyły kłamstwom.
- Mam nadzieję, że nie jest to szczyt Twoich umiejętności szachrajstwa. - stwierdziła po chwili milczenia, a po wargach przemknął jej rozbawiony uśmiech, krótki, ale szczery. Sam sobie przeczył, zgrywał się, może odrobinę próbował zachować bezpieczny dystans, ale na to było już chyba za późno, skoro mogła być zwiastunem jego zagłady, spełnieniem wizji celi w Azkabanie. Działało to w dwie strony, ale on był w gorszej sytuacji przez to, co zdobiło jego skórę. - Za naszym działaniem zwykle kryje się powód, niewielu ludzi działa bezinteresownie.

Sposób jego wypowiedzi, który nabrał łagodnego, nawet odrobinę troskliwego tonu, wcale nie ułatwiał jej oceny sytuacji, zachowywania rozsądku. Nie było tego widać, ale obecnie przypominała gotowy do wybuchu wulkan emocji, pełen prze bodźcowana i myśli, które nie umiały odnaleźć swojego pudełka. Wydarzenia spalonej nocy wciąż w niej płonęły tak, jakby ogień nigdy nie zgasł. Obydwoje byli zafascynowani podobnymi rzeczami, nic dziwnego, że nić porozumienia tworzyła się tak szybko – nauka i badania tworzyły wspólny cel, wymagały dążenia do perfekcji w skomplikowanej sztuce, jaką zagłębianie się w tajniki ludzkiego ciała i umysłu. Mogła mu pomóc, on mógł pomóc jej, a więc była to korzyść obopólną, ale wierzyła mu też, że chodzi w tym wszystkim o coś zupełnie innego, prostszego, niż łączenie nekromancji, czarnej magii, eliksirów czy anatomii. Wędrowała spojrzeniem za jego dłonią, która sprawiła, że mokre pasmo wróciło za ucho, hacząc o kolczyk i zostawiając kilka kropel wody, które teraz spływały jej po szyi. Przytaknęła na jego stwierdzenie, bo to również doskonale rozumiała. Pewne rzeczy musiały zostać sekretem, musiały zostać niewypowiedziane, bo mogłyby sprowadzić kłopoty nie tylko na niego, ale i jego najbliższych. I tak Cynthia wiedziała znacznie więcej, niż powinna.

Instynktownie cofnęła się nieco, gdy się nachylił, ale nie ruszyła się z miejsca, gdy dostrzegła, że wcale nie krył się w tym podstęp. Ściągnęła brwi zaskoczona tym prostym, ludzkim i troskliwym gestem, przez co z łatwością mógł zauważyć, że do takiego traktowania zupełnie nie była przyzwyczajona. Speszył ją, uciekła spojrzeniem na bok, jakby zupełnie nie wiedziała, co ma zrobić i chociaż szybko wybrała odpowiednią, chłodną maskę, mógł to zauważyć. Gest tak prosty i ludzki sprawił jednak, że zrobiło się jej lżej, jakby trochę strząsnął jej z ramion kilka kamieni, które tkwiły tam od kilku dni. Nieważne, jak człowiek się dystansował i izolował, ostatecznie był zwierzęciem stadnym, nieprzyzwyczajonym do życia w samotności i bez relacji na dłuższą metę. Zwilżyła wargi, czując, jak westchnięcie uciekło spomiędzy nich chwilę wcześniej i podniosła na niego spojrzenie. Delikatny Lestragne był zupełną nowością. Wyprostowała głowę, a gdy puścił jej dłoń, uniosła swoje i przesunęła nimi po włosach, zgarniając je do tyłu, chyba tylko po to, żeby coś z nimi zrobić.
- To nie mój sekret do zdradzenia. - odezwała się w końcu, przesuwając dłonie z szyi na ramiona i obejmując je, wciąż się mu przyglądała. Nie była pewna, na jakiej zasadzie działa ich ukrywanie tożsamości – czy oni sami wiedzieli, kto nosi maskę, czy krył się pod nimi osoby, których tożsamość była sekretem? Nie mogła wydać tych, których znała i tych, których się domyślała, co przez obserwację nie było wcale takie trudne. A może to kwestia towarzystwa, w którym się obracała? Cynthia wiedziała, że podchodzenie tak blisko nie było odpowiedzialne, ale można było przecież ocenić, kto chce Cię skrzywdzić, a kto nie, zwłaszcza gdy pomagała sobie nekromancja. - Skąd myśl o miłości? - kontynuowała nieco zaintrygowana tym stwierdzeniem. - Musisz wiedzieć, skoro jesteśmy ze sobą szczerzy, że jest kilka osób, które noszą maski, a przy których mogę być.. Spokojna. Może nie całkiem bezpieczna, ale nie zrobią mi krzywdy. Przynajmniej dopóki ich nie sprowokuje lub nie będzie to konieczne.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#8
27.01.2026, 13:09  ✶  
Byłby głupcem, gdyby nie spróbował i nie zapytał o to stojącej przed nim kobiety. Domyślał się, że mu nie powie, ale musiał wypowiedzieć to pytanie - inaczej wciąż poruszaliby się w sferze domysłów, a on nie byłby pewny, czy Cynthia potrafi dochować tajemnicy. A jednak potrafiła, chociaż był przekonany, że gdyby sięgnął po legilimencję, dowiedziałby się więcej, niż potrzebował.

Nie zamierzał jednak przekraczać tej granicy - nie z nią.

- Miłość przyjmuje różne formy - odpowiedział, robiąc krok w tył. Zwiększył między nimi dystans na tyle, by Flint znowu mogła poczuć się komfortowo i by mogła ponowie założyć swoją maskę, która chroniła ją przed światem. Wiedział doskonale, że tak było łatwiej: sam również postępował w identyczny sposób. - Nie musi być fizyczna, żeby istniała. Chroniąc tych, którzy są teraz na celowniku, musisz w jakiś sposób ich kochać. Jak braci lub siostry. A może są dla ciebie jak rodzina.
Wzruszył ramionami. Nie kojarzył, by Cynthia się z kimkolwiek spotykała na poważnie, a na jej palcu nie pysznił się zaręczynowy pierścień. Jednak wierzył w to, co mówił - miłość przybierała różne formy, w tym takie, które prowadziły do zdrady własnej krwi. W teorii rodzina była wszystkim, lecz dużo osób sama wybierała swoją rodzinę: i chociaż nie łączyła ich krew, to byli ze sobą związani na wieki, gotowi chronić się na każdym kroku. Cień jednak przemknął po jego twarzy, gdy wspomniała o prowokowaniu.
- Gdy wybierzesz w końcu stronę, a myślę że nadszedł na to czas, nie będą mogli cię skrzywdzić nawet sprowokowani. Dla własnego bezpieczeństwa powinnaś przekroczyć tę linię, na której balansujesz - nie groził jej, wręcz przeciwnie. W jego głosie pobrzmiewał niepokój. Nie chciałby stracić tak cennego współpracownika, tak cennej osoby w jego otoczeniu. Zrobił jednak jeszcze jeden krok w tył, aż w końcu wykazał się chyba największym zaufaniem, którym mógł w tej chwili: odwrócił się do Cynthii plecami, by móc swobodnie podejść do kanapy i zająć na niej miejsce. Milczał przez chwilę, pocierając palcem wskazującym podbródek, a jego wzrok błądził po sylwetce Cynthii ze skupieniem człowieka, który myśli nad tym, co powinien teraz powiedzieć. - Chcę cię chronić, ale będzie to trudne, jeżeli nadal będziesz starała się być neutralna. Nie jesteśmy w żaden sposób połączeni, bym wiedział, gdy znajdziesz się w niebezpieczeństwie.
Chociaż Spalona Noc pokazała, że los uparcie chciał, by krzyżowali swoje ścieżki.
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#9
01.03.2026, 01:56  ✶  
Każdy miał prawo do swoich sekretów, każdy miał prawo do prywatności. Nie mogłaby zdradzić zaufania, którym obdarzali ją ludzie, bo potem nie mogłaby spojrzeć na siebie w lustrze. Nie miała wielu osób, na których faktycznie jej zależało, musiała więc o nich dbać. Nie umiałaby się obronić przed leglimencją, gdyby Lestrange faktycznie po nią sięgnął, ale Cynthia czuła, że nie zrobiłby niczego, co byłoby przeciwko niej. Było to nieuzsadanione zaufanie, a może wyczarowane za pomocą jednego, krótkiego zdania, które kiedyś między nimi padło, trudno było stwierdzić i nie umiała znaleźć tego krótkiego momentu, w którym się narodziło. Skoro jednak znała jego sekret i byli w takim miejscu, jego też musiała, chciała, chronić, nawet jeśli tego nie potrzebował. Dziwnym zbiegiem okoliczności, każde z nich tak mówiło.

Zwykle byli w błędzie.

Miłość miała różne formy, miłość też zawsze była powodem do dumy. Zawsze chciała w to wierzyć - oczywiście nie przez pryzmat romantycznych historii z książek, szczęśliwych zakończeń i zapierających dech w piersiach wyznań, ale przez codzienność. Gdyby miała wybrać, nie znajdowała się ona w słowach, a w czynach. Maleńkich gestach, które podobnie, jak sama miłość, przybierały różne formy. Patrzyła na niego, gdy mówił, przekręcając głowę na bok. Nigdy się nad tym głębiej nie zastanawiała. Chroniła ich dlatego, że ich kochała, czy chroniła ich z przyzwyczajenia i przez to, że znali ją trochę lepiej? A może dlatego, że skoro już wpuściła ich do swojej codzienności, czuła się do tego zobligowana i tak nakazywało jej sumienie? Cynthia była chłodna, ale nigdy nie była egoistką. Niegdyś przecież było zupełnie inaczej, jej świat malował się w innych barwach i czasem nawet pozwalała sobie na impulsywność, gdy emocję brały nad nią górę. Ledwo już pamiętała tą dziewczynę.
- Może po prostu jestem przyzwyczajona do bycia za kogoś odpowiedzialną, nawet częściowo. - wzruszyła ramionami, decydując się na zdawkową odpowiedź, bo żadna inna nie przychodziła jej do głowy. A nie chciała zagłębiać się w to teraz, nie chciała analizować uczuć, które miała lub tych, których jej brakowało, bo to nie był właściwy czas. - A Ty? Dużo masz osób, które kochasz? Które chronisz
Odbiła piłeczkę, przenosząc na niego wzrok.

Broniła się przed pierścionkiem. Broniła się przed wejściem w relację, chociaż coraz częściej wywoływano na niej presję, ojciec naciskał, Lou przecież też wspominał o ślubie. To, co działo się z kobietami po ślubie w ich rzeczywistości nie było dla niej najprzyjemniejszą wizją. Ceniła sobie niezależność, było jeszcze tak dużo rzeczy, które chciała zrobić i osiągnąć, chociaż na obecnej ścieżce kariery w Ministerstwie nie mogła już wspiąć się wyżej. Czy ona w ogóle nadawałaby się na żonę? Chociaż próbowała pozbyć się tej lodowej zrobi, byto to czasochłonne. Wiedziała też, że jeśli pozwoli sobie raz jeszcze na pełne zaangażowanie, wszystkie te emocje, te tlumione potrzeby i zduszone dawno marzenia zwyczajnie eksplodują, a ona straci kontrolę.

- Wydaje mi się, że przekorczyłam ją dawno, chociaż nie chce się przed sobą przyznać. Balansowanie daje poczucie, że mam nad tym kontrolę, że nie… - przerwała, przymykając na chwilę oczy. Nie chciała powiedzieć o Brennie, o Atreusie, o Tori. Nie chciala ich zdradzić. Jak miała wybrać stronę, skoro po obydwu byli ludzie dla niej ważni? Rudi miał jednak rację, nie miała już komfortu pozostać kimś neutralnym. Za daleko to poszło, za dużo już wiedziała. I to nawet nie chodziło o jej bezpieczeństwo, to było najmniejsze dla niej zmartwienie, bo śmierć przecież była fascynująca, ale o bezpieczeństwo innych. Śledziła go wzrokiem, zdając sobie sprawę, ile kosztuje go odwrócenie się do kogokolwiek z plecami i jak dużo nadziei w niej pokładał, narażając się na zranienie. Ona też się raz odwrócila do kogoś, komu ufała plecami i niezbyt dobrze to wspominała. Drgnęła, jej ciało nieco zesztywniało. Nie czuła nawet tego, jak spięte miała mięśnie. Ruszyła w stronę kanapy, siadając obok niego, układając dłonie na kolanach. W tej krótkiej ciszy nie było niezręczności.
- Chroniąc mnie, narazisz siebie na niebezpieczeństwo. - odezwała się w końcu, odwracając twarz w jego stronę i przesunęła spojrzeniem po jego profilu. Jego ostatnie słowa sprawiały, że tylko jedna rzecz przychodziła jej do głowy, ale nie wspomniała o tym głośno. - A ja.. Cóż, ostatnie miesiące mi pokazały, że przyciągam wiele kłopotów. - zauważyła z cieniem uśmiechu na ustach, delikatnym rozbawieniem, które zatańczyło jasnym błyskiem w niebieskich tęczówkach. - Chociaż przyznam, że też czułabym się bardziej komfortowo, gdybym wiedziała, że masz kłopoty i mogłabym Ci jakoś pomóc. Zrewanżować się.
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#10
24.03.2026, 17:42  ✶  
- Nie - odpowiedź, którą ją uraczył, była krótka i ostra. Zbyt ostra, zbyt szybka. Czy miał dużo osób, które chciał chronić? Które kochał? Czy on naprawdę kogokolwiek kochał? Cynthia uderzała w tony, które nie podobały się niewymownemu - sam zaglądał innym do głów, by wyciągnąć najbardziej skrywane sekrety, lecz gdy w grę wchodziła Flint, miał wrażenie że pomimo jego oklumencji i faktu, że nie używała Legilimens - próbowała zajrzeć mu w duszę. A jego dusza oraz umysł były ściśle chronione. Nikt nie miał tam wstępu. Cynthia miała naprawdę dużo szczęścia, że osoby, które zdecydowała się do siebie dopuścić, jej nie opuściły. Lestrange nie mógł tego powiedzieć o sobie.

Nie chciał rozmawiać o miłości. Ktoś, kto nigdy jej nie zazna, mógł mieć mgliste wrażenie, że za czymś tęskni - ktoś, kto nigdy nie kochał i nie potrafił kochać nie pozna jednocześnie smaku odrzucenia. Rodolphus zaznał miłości w różnych stadiach i tym bardziej jego serce topiło się w ciężkim mroku, bo za każdym razem gdy próbowało się wynurzyć: bolało. Bolało tak bardzo, że z tego bólu i cierpienia zrobił swoją broń. Poznał smak porażki i zawodu, dzięki czemu mógł przekazywać go innym, tak by bolało tak samo, jak i jego samego.

Gdy Cynthia usiadła obok niego, lekko obrócił głowę. Jego usta wykrzywił delikatny, nieco pobłażliwy uśmiech. Narażał na niebezpieczeństwo siebie samego? Być może. Ale to był jego wybór, którego dokonał już wcześniej, nie podczas Spalonej Nocy. Dłoń Rodolphusa uniosła się, by strącić srebrne kosmyki z ramienia Flint. Były miękkie i aksamitne, ciepłe, tak niepasujące do jej lodowatego zachowania.
- Każdy kolejny krok naraża mnie na niebezpieczeństwo. Każda kolejna sekunda przybliża do śmierci. Spójrz mi w oczy, Cynthio, i powiedz: czy wyglądam ci na człowieka, który boi się niebezpieczeństwa, które rzekomo przyciągasz? - było w tym pytaniu i tonie głosu dużo intymności. Cała ta rozmowa, którą właśnie prowadzili, poruszała struny, których poruszać nie chciało żadne z nich, a jednak te mimowolnie drgały. Zupełnie tak, jakby świat zaprzeczał, że nie są połączeni. Może byli? W ten czy inny sposób i Los to wiedział. Uparcie popychał ich ku sobie bo wiedział, że nawet jeżeli nie jest to miłość romantyczna, to w jakiś sposób ich dusze są połączone?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (4410), Rodolphus Lestrange (2171)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa