06.11.2025, 11:50 ✶
W snach Cathala wiły się węże i żmije.
Nie było to nic zaskakującego, kiedy byłeś Ślizgonem, mieszkającym w podziemiach, a lochy twojego Domu szczodrze zdobiono symbolem czcigodnego Patrona. Ale czasem w tych snach węże mówiły, niekiedy sysząc słowa, które Cathal rozumiał, a czasem przemawiając ludzkimi głosami. To były różne głosy – jego własny, ojczyma, i ten, co do którego szczerze wierzył, że należał do Slytherina.
Może to była klątwa Salazara, płynąca w jego krwi, może szaleństwo, typowe dla Gauntów, może tylko wyobraźnia, ale ten ostatni lubił powtarzać, by Cathal oczyścił szkołę ze szlamu. I siedemnastoletni czarodziej po przebudzeniu raz w półśnie jeszcze mruknął coś o tym, że naprawdę Salazar mógł ogarnąć w swoich czasach stworzenie bardziej elitarnej placówki dla czystokrwistych, by przebić Hogwart, a nie tracić czas na jakieś uśpione grozy z nadzieją, że kiedyś jakiś dzieciak naprawi jego błędy.
Ale czasem te sny były bardziej natarczywe, i Cathal orientował się nagle, że kręci się przy łazience na drugiej piętrze, z głową pełną myśli o wężu, umieszczonym przy umywalce. Zwykle umykał stamtąd równie szybko, jak przyszedł, nie tyleż przerażony swoim postępowaniem, do którego popychały go głosy w głowie, co nieco zawstydzony, że ktoś mógłby go zacząć podejrzewać na przykład o próby śledzenia drugoklasistek do łazienki.
Cieszył się, że wkrótce opuści szkołę.
Cieszył się, że niedługo po tym opuści i Anglię. Kilka kursów, a potem byle zaczepić się na wyprawie, a nie wątpił, że zdoła to zrobić. Nazwisko otwierało wiele drzwi, on zaś z pychą typową dla siedemnastoletniego chłopca uważał, że już jest w dziedzinie pieczętowania oraz historii prawdziwym specjalistą.
Mury Hogwartu od dawna zdawały się mu zbyt znane już, za ciasne, ograniczające. Cathal był głodny: głodny świata, podróży, nowych widoków, zapachów, smaków i dźwięków. I miał może jakąś naiwną nadzieję, że z dala od tego miejsca, na którym Salazar Slytherin odcisnął tak mocne piętno, głosy umilkną. Lub przynajmniej łatwiej będzie je zagłuszyć.
I nie będzie tam żadnych, przeklętych łazienek, z rysunkami węży, pomyślał, gdy zdał sobie sprawę z tego, że pozwolił myślom płynąć, że zatracił się gdzieś pośród wspomnień, wyłączył wręcz, nie mogąc ich uporządkować… i zaszedł prosto pod łazienkę Marty. Pamiętał, oczywiście, samą drogę. Pamiętał wszystko. Ale w tym tez tkwił problem – ta pamięć czasem przytłaczała.
Nie było to nic zaskakującego, kiedy byłeś Ślizgonem, mieszkającym w podziemiach, a lochy twojego Domu szczodrze zdobiono symbolem czcigodnego Patrona. Ale czasem w tych snach węże mówiły, niekiedy sysząc słowa, które Cathal rozumiał, a czasem przemawiając ludzkimi głosami. To były różne głosy – jego własny, ojczyma, i ten, co do którego szczerze wierzył, że należał do Slytherina.
Może to była klątwa Salazara, płynąca w jego krwi, może szaleństwo, typowe dla Gauntów, może tylko wyobraźnia, ale ten ostatni lubił powtarzać, by Cathal oczyścił szkołę ze szlamu. I siedemnastoletni czarodziej po przebudzeniu raz w półśnie jeszcze mruknął coś o tym, że naprawdę Salazar mógł ogarnąć w swoich czasach stworzenie bardziej elitarnej placówki dla czystokrwistych, by przebić Hogwart, a nie tracić czas na jakieś uśpione grozy z nadzieją, że kiedyś jakiś dzieciak naprawi jego błędy.
Ale czasem te sny były bardziej natarczywe, i Cathal orientował się nagle, że kręci się przy łazience na drugiej piętrze, z głową pełną myśli o wężu, umieszczonym przy umywalce. Zwykle umykał stamtąd równie szybko, jak przyszedł, nie tyleż przerażony swoim postępowaniem, do którego popychały go głosy w głowie, co nieco zawstydzony, że ktoś mógłby go zacząć podejrzewać na przykład o próby śledzenia drugoklasistek do łazienki.
Cieszył się, że wkrótce opuści szkołę.
Cieszył się, że niedługo po tym opuści i Anglię. Kilka kursów, a potem byle zaczepić się na wyprawie, a nie wątpił, że zdoła to zrobić. Nazwisko otwierało wiele drzwi, on zaś z pychą typową dla siedemnastoletniego chłopca uważał, że już jest w dziedzinie pieczętowania oraz historii prawdziwym specjalistą.
Mury Hogwartu od dawna zdawały się mu zbyt znane już, za ciasne, ograniczające. Cathal był głodny: głodny świata, podróży, nowych widoków, zapachów, smaków i dźwięków. I miał może jakąś naiwną nadzieję, że z dala od tego miejsca, na którym Salazar Slytherin odcisnął tak mocne piętno, głosy umilkną. Lub przynajmniej łatwiej będzie je zagłuszyć.
I nie będzie tam żadnych, przeklętych łazienek, z rysunkami węży, pomyślał, gdy zdał sobie sprawę z tego, że pozwolił myślom płynąć, że zatracił się gdzieś pośród wspomnień, wyłączył wręcz, nie mogąc ich uporządkować… i zaszedł prosto pod łazienkę Marty. Pamiętał, oczywiście, samą drogę. Pamiętał wszystko. Ale w tym tez tkwił problem – ta pamięć czasem przytłaczała.