– A kto to? – spytała obojętnie Selina, nie dbając o to, aby zniżyć głos do szeptu.
Widać było po niej jednak, że nie oczekiwała odpowiedzi.
Z podobną Lorien precyzją oprawiała jedzenie na swym talerzu, w pełni pochłonięta rozdzielaniem mięsa nożem, którym posługiwała się nad wyraz sprawnie. W przeciwieństwie do siedzącej obok ptasiej panienki, jak pieszczotliwie zwykli w domu nazywać małą Lorien, miała bowiem apetyt, którego nic nie było w stanie zepsuć. Zawsze chciała mieć córkę, nie syna... Zręcznie wytarła pieczenią talerz obficie podlany sosem żurawinowym, czyszcząc pobojowisko, na którym pozostawiła wyłącznie drobne kostki przepiórki. Jako dziecko zawsze lubiła wróżyć z tych kostek...
Żaba (sukces dzięki zmianie pracy)
– Musisz zabrać mnie nad tamto jeziorko, ktore odkryliście w lesie, żebyśmy mogły posłuchać razem rechotu żab – odpowiedziała konspiracyjnym szeptem Lorien, ignorując resztę stołu. Jak gdyby siedząca obok niej kobieta wciąż była dzieckiem, dziewczynką, która lubiła przesiadywać w sypialni Seliny, i opowiadać o nowych dziwach, jakie odkryła wraz z... Alexem, przypomniała sobie z trudem imię syna. – Zanim jeszcze zagrzebią się w błocie, w swoich małych, żabich kryjówkach. Będziemy rechotały razem z nimi, i... – Nagle Selina zmrużyła dziwnie oczy. Jak gdyby dopiero teraz zauważyła, że obok niej siedzi dorosła Lorien, a nie dziewczynka z jej wspomnień. – ...Opowiesz mi o swojej nowej pracy. Och, jak szybko wyrosłaś, Lorien. Jedno mrugnięcie okiem i już jesteś dorosła i robisz karierę. Tata jest pewnie dumny. Ja jestem dumna. Tyle sukcesów... – Mówiła dalej jeszcze, ale bardziej po nosem, w starym, cygańskim dialekcie, którego Lorien nie mogła zrozumieć.
