– Zobacz, przed miesiącem słuchałem o tym, jakim jestem lekkoduchem, jak unikam obowiązków i poklasku, na rzecz oddawaniu się bezmyślnej melancholii i zatapianiu w świecie odrealnionych problemów. Ale racja jest po Twojej stronie, gdyż przed miesiącem zabrakło mojej wody i Londyn i tak spłonął. – Gorycz podpalona nadmiarem oczekiwań, nadmiarem kontroli, którą chciał zagarnąć za siebie jak ten nieszczęśnik z najniższej karty. Plecy wyginały mu się w nieprzyjemny łuk, a on nie odpuszczał i chciał trzymać wszystkie dziesięć patyków. Nieświadom, że zwycięstwo z tego będzie i tak marne, i tak naplują mu w twarz i tak powiedzą, że za mało, pogryzą rękę, bo podarek nie taki. Bo zbyt wiele było w nim złota. Obłudy ponoć, ale najwidoczniej zależało kto to złoto dawał.
Wstał.
Ogień, buławy, odbicie drugiej połowy jego duszy w nim samym, jak tafla jeziora odbijała gorejące słońce, czy rzeczywiście to w nim wrzało. Czy o nie takiej duchowej biedzie mówił Morpheus? Co było altruizmem, a co potrzebą uznania?
– Jeśli zakładasz w kimś złe intencje, znajdziesz je w sposobie w jaki ułożone są jego usta. W krzywym spojrzeniu. W myśli, której nie możesz odczytać, ale ponad wszelką wątpliwość jesteś pewien, że ona tam jest. To nie jest moja wina, że na pewnym etapie zadbałem o swój majątek. Że wywalczyłem go pracą – oraz oszustwem czy jego siostrą defraudacją, ale o tym nie musieli mówić w swoim towarzystwie. Anthony nie był w stanie już usiedzieć gnany mieszaniną myśli, małostkowości i narcyzmu, który mógł okazać w kontakcie z Morpheusem, zaskakująco uczciwie jak na siebie. Złożył ręce z tyłu tułowia, na wgłębieniu krzyża, chodząc po pokoju - w absolutnej tego nieświadomości - jak jego zagniewany ojciec. – To jest błędne koło, a to jest błędny krzyż. Tyrania? Ja nad niczym obecnie nie mam kontroli ani wiedzy. Miesiąc w biurze uświadomił mi, że to od dawna nie jest moje biuro. Instynkt podpowiada, że powinienem jechać do MUM-u po pieniądze, po tym jak przez ostatnie dwa lata próbowałem im mówić, że sytuacja nie jest tak groźna, aby przypadkiem nie narzucili nam sankcji. Sprawa Nokturnu czy Doliny jest z góry skazana na porażkę, bo nie wierzę, abym zwłaszcza w przypadku tych pierwszych zyskał cokolwiek ponad martwą mysz na wycieraczce. Czy to jest ta moja potrzeba uznania? – zatrzymał się nagle, rzucając Morpheusowi gniewne spojrzenie, chłodne stalą oczu, twarde uniesionym podbródkiem, jakby zaraz miał rzucić mu rękawicę, aby Matka rozsądziła ich sprawę w świętym pojedynku. Tylko to nie Longbottom był jego przeciwnikiem teraz. To karty, a Anthony zapadał się w tragedii greckiej sztuki, w pętle samospełniającej się przepowiedni. Chciał konkretnych rozwiązań, gdy Morpheus mówił mu o duchowości, chciał więcej wpływów, gdy Morpheus mówił mu, że ma ich zbyt wiele. Chciał, och jak chciał poczuć laur na swoich skroniach, zdobyć uznanie, szacunek w oczach innych...
w oczach samego siebie
...zmyć z warg poczucie winy, zapomnieć o goryczy porażki, zapomnieć o tym, jak bezużyteczny okazał się, gdy nastała godzina próby.
Chwilę tak stał, posągowo i wyniośle, by usłyszeć rozbijające się w głowie dzwonki cesarskiego sługi. Był tylko człowiekiem. Był skazany na chaos i na wskroś ludzkie szarpanie się. Miał prawo się mylić. Teoretycznie wiedział, że złe wróżby trzeba po prostu przeczekać. Ale nie mieli czasu. Po prostu nie mieli czasu.
Z wydechem rozluźnił się i podszedł do okna wychodzącego na Aleję Horyzontalną. Fontanna szczęścia majaczyła gdzieś po jego lewej stronie, ludzie przechadzali się ulicami stopniowo wracającymi do normalności. Ta rana była jednak bardziej głęboka i wymagała więcej troski niż posprzątanie gruzu.
– Co mam więc zrobić? Rzucić wszystkie kije, zaszyć się w moim szkockim zamku z dala od kogokolwiek i pisać poematy inspirujące ludzi do życia w pokoju i wzajemnej trosce o siebie? – Pytania mogły zdawać się dalej szydercze, ale jego ton raczej wskazywał na bezradność i zagubienie. Układ, który leżał na stole nie był czymś, czego Anthony nie byłby świadomy, z czym się nie zmagał od miesięcy, gdy pierwszy raz powiedział Lorraine o tym, że zdecydował się zaangażować się w konflikt. Jakby znał słowa, ale nie potrafił ich ułożyć w zdanie. W rozdział. W epos. – Kończ Morpheusie. Wiem jak jest. Chce wiedzieć co z tym zrobić. – poprosił o wiele ciszej, nie odwracając głowy od szyby za którą przecież nie było srebrnej tafli, tylko miasto i jego bolączki.