– Zdaje mi się, że to było w tę stronę… rozpoznaję ten posąg. Chyba że macie tu więcej posągów trzymających… eee… to cyrkiel i globus? – spytała Brenna, przystając przy rzeźbie, przedstawiającej jedną z muz, wokół której postumentu zaczynały oplatać się pierwsze pędy czarnych róż. Uniosła nieco wyżej różdżkę, rozjarzoną blaskiem: pracę nad rzeczami znalezionymi w kamienicy w Chinatown skończyły dość późno, więc pojawiły się tutaj zdecydowanie w porze, w której nikt normalny nie chodził po ogrodach.
– Fiolka świeciła, trzeba było wygrzebać ją z ziemi… tak sobie myślę, że mógł zostać ślad, jeżeli nikt tego nie zadeptał przez parę godzin. Wiesz, przypominała mi to, co siedziało w ziemi podczas Beltane, to trochę nie bardzo było to ot tak zignorować. A nawet jak nie ma śladu, może jeżeli się przemienię, wyczuję zapach, skoro nawet jako człowiek czułam sadzę…
…a Dora, której na palcach rozpłynęła się zawartość, przysięgała, że w środku jest krew. Brenna zawahała się na sekundę, już skręcając w alejkę, jakby zastanawiając się, w jaki sposób ubrać to w słowa.
- …i pachniało też chyba trochę krwią, chociaż niby metaliczny zapach mogą pewnie mieć i inne składniki… dodajecie czasem do eliksirów rdzy albo czegoś takiego? – dodała, chociaż w jej głosie brakowało przekonania. Bo jeżeli coś cuchnęło sadzą, to opcje były dwie, albo dodano do tego sadzy, albo eliksir był w jakiś sposób czarnomagiczny. A jak eliksir mógł być czarnomagiczny? Brenna się na tym nie znała, ale jeżeli coś na przykład zabito, żeby go sporządzić, to pewnie się kwalifikowało. Czy istniała inna metoda? Tu już nie miała pojęcia. – Mam wrażenie, że tych róż jest jakby więcej niż było wczoraj – stwierdziła, zwalniając kroku, w pierwszej chwili niepewna, czy nie skręciła w niewłaściwą alejkę: nie bywała w ogrodach Lestrangów zbyt często, więc to nie tak, że znała tu wszystkie ścieżki. Ale po chwili doszła do wniosku, że chyba są we właściwym miejscu, po prostu mogłaby przysiąc, że rano było tu trochę mniej kwiatów. Albo po prostu były ciut mniej wyrośnięte.