- Ktoś będzie się o ciebie niepokoił, jak nie wrócisz na noc? - zapytał cicho, bo sam zastanawiał się, jak rozwiązać kwestię swojego jutrzejszego spóźnienia do pracy.
Dziewczęta krzątały się wokół nich, rozwieszając płaszcze - trochę głupio było tak siedzieć i być obsługiwanym, ale gdy spróbował się podnieść i pomóc, został stanowczo odesłany z powrotem na miejsce przy ogniu. Po chwili dołączył do nich pan domu. Lazarus uścisnął podaną rękę i również się przedstawił.
- Dziękujemy za pomoc - powiedział, przyjmując herbatę. Powąchał ją i spróbował - pachniała i smakowała zwyczajnie. Było dziwnie, ale było też zaskakująco domowo i sam nie wiedział, dlaczego nie może się wyzbyć podejrzliwości.
Jakiej też opowieści mógł oczekiwać Archibald Binns?
Drgnął, kiedy Guinevere wspomniała o tym, że jest archeologiem. Poczuł znajome ukłucie tęsknoty - przecież kiedyś sam też pracował w grupie archeologicznej, lubił tę robotę i tam było jego miejsce aż do… aż do…
Aż przestało być, a on musiał sobie ułożyć wszystko od nowa.
Przełknął spory łyk herbaty, nie dbając o to, że jest gorąca. Czuł, jak parzy go w usta i gardło, a potem, wciąż zbyt ciepła, spływa do żołądka. Odwrócił głowę do McGonagall.
- W Walii? Gdzie dokładnie? - zapytał, nie mogąc się powstrzymać, a po chwili dodał tonem wyjaśnienia:
- Ja też… też pracowałem przy wykopaliskach w Walii. Wiele lat temu.
Powinien już umieć mówić o tym bez ściśniętego gardła.
- Myślałem, że państwo podróżujecie razem? - zainteresował się Binns.
Jego córka (a może dwie?) zniknęły w kuchni, z której po chwili zaczęły dobiegać smakowite zapachy i Lazarus uświadomił sobie, że od śniadania nie miał w ustach nic poza papierosem i herbatą. Zanim kolacja zjawiła się na stole, wypadało jednak również zaspokoić ciekawość gospodarza co do jego własnej osoby.
- Ja mam dużo mniej fascynującą pracę - wzruszył ramionami - Jestem klątwołamaczem, ale obecnie pracuję w Ministerstwie Magii. Jeszcze do niedawna w Urzędzie Celnym, a obecnie w Organie Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego.
Od trzech dni, dokładnie mówiąc.
- Teleportowałem się w sprawach służbowych, kiedy przytrafiła się anomalia. Powinienem wysłać jakąś wiadomość...
Za oknem zagrzmiało, jakby burza chciała o sobie przypomnieć.
- Obawiam się, że to niemożliwe. Psa bym nie wygonił na taką pogodę, a co dopiero sowy!
- Hej! - burknął leżący na dywanie pies, trochę z oburzeniem, a trochę sennie.
- Magiczna komunikacja też raczej nie będzie działać - kontynuował gospodarz beztrosko - W czasie tych burz zawsze jesteśmy odcięci od świata.