- Pada śnieg, pada śnieg...! - nuciła Asenka jakąś mugolską przyśpiewkę, która niestety ale strasznie dobrze wpadała w ucho. Niestety oczywiście dla wszystkich innych, którzy mieli dzisiejszego dnia z nią do czynienia, bo śpiewała to od ostatnich pięciu godzin, o ile nie dłużej. Najgorsze było chyba w tym wszystkim to, że niespełna godzinę temu doszła do porozumienia ze samą sobą, że jest to idealny moment by nauczyć Enjorlasa nowej pozycji do repertuaru. Było ich więc dwoje; on nuciła, a on nucił i pobrzdękiwał sobie na lutni, upewniając się że pamięta melodię. - sypie kamieniami... - kobieta przetarła szmatą kontuar i spojrzała na salę. Było troszkę posępnie, bo w tego typu lokalach podczas świąt zdawały się przesiadywać same smutasy. Ci, którzy nie mieli rodzin, albo potrzebowali odpowiedniego wstawiennictwa, by zmierzyć się z tym co czekało na nich w domu - najlepiej od Przenajświętszej Ognistej. Ktoś nawet machnął na nią ręką, podłapując jej kontrolne spojrzenie, więc dobrodusznie złapała za butelkę i rytmicznym krokiem ruszyła w kierunku stolika. - a Mikołaj dostał w głowę, leży pod saniami....
Znała oczywiście prawidłową wersję tej piosenki, ale nie mogła przecież tak zwyczajnie zanudzać, nie kiedy tłum i tak nie bawił się przesadnie dobrze. Kończąc jedną zwrotkę, szybko więc przeszła do kolejnej, również zmodyfikowanej i raczej wyrwanej z kontekstu. - Pada śnieg, pada śnieg...! - wróciła do baru, flaszkę zostawiwszy za sobą, na stoliku spragnionego delikwenta. Mógł się obsłużyć sam, a ona miała teraz ważniejszy cel. Zaplecze. - Renifery to frajery ciągną Mikołaja, a Mikołaj to zboczeniec ciągnie je za jaja - zanuciła wyraźnie w twarz Woodiemu, opierając się nonszalancko o framugę drzwi i przez moment uważnie się mu przyglądając. - Tak sobie pomyślałam... odnośnie dzisiejszego menu, co nie? Może świąteczna pieczeń? Położy się na niej... eee... żurawinę i się z miejsca zrobi świąteczniej. Albo wyczaruje czerwone kulki.
Blood is rare and sweet as cherry wine