• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[22.09.1972] Mulciber Dreamhouse Mabon Edition

[22.09.1972] Mulciber Dreamhouse Mabon Edition
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#31
16.12.2025, 02:19  ✶  

Nie wnikał w to, jak działał Voldemort. Interesowało go tylko wtedy, gdy jego brat z nim pracował. Na jego polecenia. Dbał tylko o to, aby Robertowi nic nie groziło. Jako bliźniak, był wstanie go wesprzeć we wszystkim i to nawet dosłownie, zastępując go, gdy nie mógł gdzieś być. I nikt różnicy nie zauważył. Nie mógł nic Riddle’owi zarzucić, skoro oszczędził jego brata i nie zabił za to, że w jednej akcji nie Robert wziął udziału. Ale i tak go stracił. W inny sposób.

Richard nie wytrzymał, kiedy słyszał słowa Lorien. I nie chciał przy niej udzielać odpowiedzi na pytania, jakie zadał mu wcześniej kuzyn. Richard spojrzał na Philomenę, która zwróciła mu uwagę. Przypominając mu coś, w czym poparłby tym razem Chestera – trzeba było wcześniej pozbyć się Lorien. Kiedy była na to okazja. Było jednak na to za późno. A Robert nie zezwalał na to. Twierdząc, że ma wszystko pod kontrolą.

Nie to miał na myśli. Nie podważał stanowiska babki. Nie do niej kierował swoje słowa. Zamilkł, kiedy skończyła i nie odpowiedział. Wciąż w nią wpatrując się. A wtedy poczuł dotyk córki na ramieniu i usłyszał jej prośbę o zaprzestanie. Spojrzał na córkę. Dostrzegł, że jej wyraz twarzy się zmienił. Odkąd dorosła, nie zabraniał jej wybrania swojej drogi życiowej czy zawodowej. Zaś tutaj, chciał po prostu ją uchronić przed kobietą, która krzywdziła ich rodzinę. Manipulowała. Nie spodziewał się ujrzeć takiej zmiany w Scarlett. Nie dostrzegła problemu? Nie mieszkała już w kamienicy. Nie musiała. Od nastoletniego wieku lubiła się wymykać. Z tego powodu, aby wiedzieć gdzie jest, nauczył ją zdolności Fali.

Uwagę przeniósł na Charlotte, która narzucała mu przeproszenie Lorien. Jego spojrzenie na jej słowa stało się ostrzegawcze. Jakby chciał zasugerować, aby odpuściła wtrącania do tej rozmowy. Czy może raczej, żeby uważała kogo broni?
Swój głos zabrał też Alexander, również broniąc Lorien. Mieszając w tę dyskusję jego nieobecnych synów.

- Nie podważam opinii Leonarda.
Wszedł w słowo Alexandrowi, broniąc się. Leonard to potwierdzał, że Robert zmarł z przyczyn naturalnych. Wszyscy to w rodzinie już wiedzieli. Nie przez uduszenie, którego obawiał się Richard przez klątwę nałożoną na jego brata. To jednak wciąż do Richarda nie docierało. Szukał winnego. Znalazł go w Lorien. To od niej się zaczęło, że Robert miał poważne problemy. To przez jej chory pomysł z wyjazdem do Francji. Robert nie wpadłby na taki pomysł. Richard znał swojego brata lepiej, niż ktokolwiek inny. Były jednak sprawy, których nie mógł tutaj poruszyć. Brudne sekrety, które nie mogły ujrzeć światła dziennego. Musiał się kontrolować.

Dalej kuzyn pociągnął temat Charlesa, a dalej i Scarlett. Richard zacisnął mocniej pięść lewej dłoni, hamując się od rękoczynów. A że ręce miał na stole, każdy spostrzegawczy by to zauważył. Być może położona dłoń córki na jego ramieniu powstrzymywała go, że nie przyłożył Alexandrowi.

Richard nie pragnął wydziedziczenia syna. Nie był wstanie tego zrobić. Jedynie zastraszył Charlesa uprzedzając, że może go to spotkać. Robert też nie powiedział mu jednoznacznego słowa, że ma to zrobić. Miał tylko zająć się tym problemem, rozwiązać go. Nie wszystko idzie przewidzieć jak co się potoczy. Nie był jasnowidzem.

Czy przynosił Scarlett wstyd? Nie widział tego. Nie zauważał.
Spojrzał na nią, lecz szybko jego uwaga znów skoncentrowała się na Alexandrze, wspominającego o barku z alkoholem. Dlaczego to poruszał? Dlaczego to wspomniał? Destylarnia Cork. Ulubiona Roberta. Richard to również wiedział. Ta jedna butelka wciąż stała w ich barku. Coś ścisnęło go w środku, kiedy ten temat się pojawił. Z nałogiem jego brata. Sam ostatnio po jego śmierci, stracił nad tym kontrolę. Tego przecież nikt nie wiedział. Tylko chłopcy.

- Do czego zmierzasz?
Nie potwierdził, ale można było odnieść wrażenie, że również to wiedział. Pytanie mogło być także odebrane jako potwierdzenie pytania Alexandra. Co kuzyn chciał osiągnąć wprowadzając temat nałogu jego brata? Nie da się zaprzeczyć, że to alkohol zabił Roberta. Richard wiedział doskonale, od kiedy to się zaczęło. Dlatego wrócił do Londynu na dłużej.
"Przynieś najlepszą whisky…" – padły słowa. Richard zmarszczył brwi, obserwując odchodzącego i wracającego sługę z butelką, która otwarta i przechylona, zaczęła napełniać jego szklankę.
"Więcej" – Padło z ust kuzyna, a Richard spojrzał na niego z powagą, pytająco. Czyżby jego kuzyn popadł w szaleństwo?
Ten spokój. Ten uśmiech.
Richard nie bał się Alexandra. Nawet tu i teraz.
- Jesteś szalony.
Odparł, patrząc mu w oczy. Wypić zdrowie Lorien? Czy opuścić posiadłość? Czy ten uśmiech miał odczytać jako ostrzeżenie?
Piwne oczy Richarda powędrowały na napełnioną do pełna jego szklankę, a po chwili na drugą, którą zapełniano Alexandrowi. Czy tam samo pełną?
Nie sprawdzał, kiedy Lorien znów raczyła zwrócić na siebie uwagę. Zapominał się? Spojrzał na nią poważnie i pytająco. I wtedy powiedziała. Przypominała, jakby kompletnie nie widział, kim ona jest. Zaczęła kompletnie bredzić coś, co nie miało nic wspólnego ze sprawą jej wykonywanego zawodu.
- Zapominasz się.
Zwrócił i jej taką samą uwagę. W zaznaczeniu, że nie są w Ministerstwie, tylko w domu rodzinnym Alexandra. Nie są w miejscu publicznym w obecności obcych osób, tylko na rodzinnej kolacji. A co zostało tu powiedziane, tutaj powinno pozostać. Pozwolił jej się wygadać. Szczęście dla niej, że dzielił ich stół. Że dzieliła ich trochę odległość. Inaczej chętnie by zacisnął swoje palce na jej ptasiej szyi i zacisnął mocno. Sama jednak się kompromitowała ze swoim śmiechem.
-  Nie zaprzeczyłaś moim słowom. A straszenie mnie sądami Ci nie pomoże. Przypomnę ci, skoro sama lubisz się przechwalać swoim stanowiskiem, że choć byłem aurorem w Norwegii, Brytyjskie prawo też znam.
Odbił piłeczkę, nie reagując na jej rozbawienie. A wtedy usłyszał od niej, że ma przeprosić. I tak po prostu o tym zapomni?
Wrócił spojrzeniem na Alexandra.
- Skoro ją tak bronisz. Dlaczego Ty jej nie poślubiłeś, tylko Robert? Dlaczego wciąż nie masz dziedzica?
Zapytał, dość poważnie. Walcząc w sobie aby nie unosić tonu. Dłoń wciąż miał zaciśniętą, jakby miało mu pomóc nie tylko z powstrzymaniem się od rękoczynów i kontrolowania nerwów. Ale i z nałogiem. Bo widocznie, potrzebował zapalić. A szanowny kuzyn, wciskał mu jeszcze alkohol. Nie sięgnął po szklankę z whisky, aby wznieść toast na zdrowie Lorien. Nie przeprosił jej jeszcze. Nie opuścił stołu. Nie dokonał wyboru. Miał pytania. Póki mógł, to postanowił je zadać:
- I jeszcze jedno. W jakim celu zorganizowana została ta kolacja?
Z Alexandra, przeniósł spojrzenie na babkę, jak i po chwili na córkę. Pytając tym samym, dlaczego został z synami na nią zaproszony. Pojednania w rodzinie? Czy chodziło o coś innego?
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#32
23.12.2025, 20:24  ✶  
Teatr, jaki wystawiał Alexander, miał bawić Philomenę dalece bardziej niż Ekstaza Merlina, na którą wybierała się w przyszłym tygodniu do The Globe. Gdy czarodziej opowiadał nieświadomej rodzinie swoje teorie o atakach, gdy biadał nad zniszczoną księgarnią, gdy uciekał się wyrafinowanej demonstracji siły wobec Richarda — wszystkie te odsłony były lepsze od wizerunku żałosnego ćpunka, jakiego zrobił z siebie w ostatnich latach. Tego wieczora dla miłej odmiany uczynił siebie reżyserem spektaklu. Niezależnie od tego, jak zwyrodniałe dał przedstawienie — był tym, kim powinna być głowa rodu.
— W nadchodzącym tygodniu pojawi się szeroki komentarz na temat wątpliwie pożytecznych społecznie praktyk rodziny Longbottom — odpowiedziała zwięźle starucha, bez zagłębiania się w szczegóły. — Prorok, Alexandrze, cierpi te same problemy, co Ministerstwo. Prowadzony przez ludzi pozbawionych kręgosłupa i odwagi cywilnej, działających z tym tylko celem, aby zjednać sobie przychylność jak najszerszej publiki, zamiast wprost opowiedzieć się po jednej stronie. Słusznej. Dopóki nie wiemy, kto zostanie nowym redaktorem naczelnym, powściągnęłabym się od entuzjazmu. — Jedna jaskółka wiosny nie czyniła. Choć Philomena w przeszłości publikowała w Proroku, publikowali w nim również jej przeciwnicy. Rzekomy pluralizm i obiektywizm tego medium był niczym więcej jak otwarciem furtki na szkodliwe ideologie egalitarne. — Być może jednak pojawią się wkrótce na rynku alternatywy dla tego pisma — zasygnalizowała tajemniczo.
W tym gronie nie zamierzała zagłębiać się w trwające projekty, które nie ukonstytuowały się jeszcze. Nie każdemu z uczestników kolacji bowiem ufała — Charlotte znała niewiele, a Richard…
Richard pracował na to, aby nie tylko nie posiąść zaufania rodziny, a wprost przeciwnie — zatrzasnąć za sobą drzwi Mulciber Manor.
Rozkoszą był wyrafinowany pokaz siły Alexandra. Aż babka odstawiła swój kielich, aby z pełną uwagą skonsumować moment, gdy wszystkie oczy zwróciły się wrogo ku wnukowi marnotrawnemu. Było w zbiorowych linczach coś upajającego poczuciem siły. Richard nie miał przy stole ani jednego sojusznika. Również stara przeniosła wzrok z głównego aktora — Alexandra — na jego ofiarę. Richard wił się pod nim, unikał odpowiedzi. Co za brak godności.
Nie zepsuło jędzy tego nastroju perfidnych zachwytów nawet utyskiwanie Lorien, która groziła obrazą sędziego, co wzbudziło babcine wątpliwości. Lorien nie występowała w tamtej chwili w roli publicznej, nie była w trakcie pełnienia obowiązków służbowych. Nie chroniło jej (zdaje się) to prawo, choć prawo do przeczołgania Richarda na kolanach przez sądy jak najbardziej było po jej stronie.
— Kolacje jak te są wyrazem rodzinnej solidarności — podjęła się odpowiedzi Philomena. — Wspólne wieczerzanie ma dać świadectwo naszemu zjednoczeniu w tradycjach domu, we krwi i w umowach. Rody to struktury, które czynią nas silnymi. Liczę, że i ty dostrzegasz, Richardzie, siłę rodu. — Zamilkła na chwilę z uśmiechem. — W razie przeciwnym, liczę, że świadom jesteś siły domowej służby. Nie jest elegancko opuszczać dom pod przymusem siłowym. W dobrym tonie jest oszczędzić wszystkim przykrych widoków szamotaniny.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#33
04.01.2026, 13:17  ✶  
Nie odpowiedział na słowa Charlotte niczym więcej jak skinięciem głową. Nie potrzebował niczego więcej, żeby ją ocenić. Cóż, skoro z takim przekonaniem prezentowała opinie innych ludzi jako własne, być może nie wszystko było jeszcze w jej przypadku straconym. Jaki mężczyzna nie lubił, gdy kobieta powtarzała z absolutną wiarą w jego nieomylność opinie, jakie przedstawiał. Charlotte otwartą niechęcią darzyła mugoli, więc raczej się z żadnym nie puści, pomyślał, utylitarnie niemal, a jak znajdzie sobie jakiegoś czystej krwi kawalera, weźmie jego nazwisko, wypluje bachora i problem z głowy. A może zdąży zmądrzeć na tyle szybko, żeby Lorien albo babka Philomena wydały ją odpowiednio za mąż. Bo przecież dokładnie tak wyglądało w ich świecie. Otwarty magirasizm i męska buta przeciwstawiona cichemu fundamentalizmowi kobiecych kręgów. Nie mniej rasistowskich, po prostu innych. Zamiast pięści były uśmiechy, zamiast cygar i faszystowskich bojówek spotkania przy lampce wina i wymiana ploteczek. Mężowie twardo nazywali konserwatyzmem to, co ich żony nazywały czule tradycją. Ale gdy mężczyźni krzyczeli głośno o antymugolskiej polityce, kobiety szeptały o świecie, w którym będą mogły w spokoju wychowywać dzieci z dala od mugolskiej propagandy.
Zawsze więc miała znaleźć się na ulicy gromada dzieciaków, która bawiąc się w ganianego, będzie uciekać przed goniącym, drwiąc z niego, że śmierdzi szlamem. Bo nawet zabawa w berka stawała się o wiele grą o wiele większą stawkę, gdy znudzony dzieciak zamiast "berek" krzyknął "szlam". Grą o wiele poważniejszą, i kompletnie nową, chociaż zasady pozostawały takie same. Dzieci grały w tę grę zanim nastał Voldemort, grały zanim nastał Grindelwald. Zanim jeszcze wiedziały, czym właściwie jest szlama. Bo dokładnie tak to wyglądało w ich świecie, który był czystym i samoregulującym się mechanizmem napędzanym kultem krwi. Nie trzeba było się o nic kłopotać, gdy odpowiednie wartości wpajane im były już od maleńkości, podświadomie niemal. Wszystkie te buntownicze dziewczątka pokroju Charlotte, a nawet Scarlett, tylko myślały, że się buntują, ale dorastały po to, żeby przekazywać swoje uprzedzenia kolejnym pokoleniom.
Alexander skupił wzrok na babce zanim jeszcze Philomena zabrała głos, aby pochwalić się swoimi osiągnięciami. Czuł wcześniej na sobie jej spojrzenie, jak gdyby wiedziała, o czym myślał. Nie lubił być przewidywalnym. Ale trudno nie być przewidywalnym, gdy każde słowo padające z ust zgromadzonych przy tym stole ludzi udowadniało, że mimo swych różnic, są produktem tej samej ideologii.
Jakże Philomena musiała się rozkoszować, słysząc swoje własne słowa, odbijające się echem od ścian Mulciber Manor.

Alexander mimowolnie zacisnął szczękę, gdy Richard wszedł mu w słowo. Widać było, że nie jest do tego przyzwyczajony. Widać było, że tego nie znosi. Wiedział, że nie znosiła tego również Lorien. Być może jako jedyny rozumiał, dlaczego powołała się na swój sędziowski immunitet, na powagę sprawowanego urzędu. Czy nie do tego samego posuwał się, na każdym kroku przypominając innym, że jest jasnowidzem? Przecież dlatego właśnie jego słowa liczyły się bardziej, dlatego miały tak wielkie znaczenie. Może dlatego Alexander nie wydawał się specjalnie poruszonym padającymi przy stole oskarżeniami. Alexander... Po prostu patrzył na Richarda. Na jego zaciśniętą pięść leżącą na stole. Na dłoń Scarlett na ojcowskim ramieniu. Na nietkniętą szklankę whisky.

"Jesteś szalony".
Alexander powoli podniósł swoją szklankę do ust, ani nie chwilę nie spuszczając przy tym oczu z Richarda.
"Dlaczego ty jej nie poślubiłeś, tylko Robert?"
Alexander oblizał usta, odsunąwszy na chwilę od siebie szklankę z niedopitą whisky.
– Bo w przeciwieństwie do niego nie potrzebuję majętnej żony, żeby płaciła moje długi. W Departamencie Tajemnic dobrze się zarabia – odpowiedział ostro, nawiązując przy okazji do godnego pogardy odejścia Francisa i reszty rodziny Mulciber z Ministerstwa Magii. – Przeproś Lorien – dodał z naciskiem. – Nie oszukujmy się, że to małżeństwo było z jej strony czymś więcej niż akcją charytatywną na rzecz twojego brata.
Widać skłonności do filantropii były u nich rodzinne, biorąc pod uwagę ostatnie zamieszanie z fundacją, które na szczęście zakończył rozmową na osobności z Agnes Delacour.
"Dlaczego wciąż nie masz dziedzica?"
Alexander zakołysał trzymaną w dłoni szklanką z resztką alkoholu.
– Akurat się żeśmy pochylili nad tematem prasy, zanim nam przerwano... Zobacz, znalazłem ci, droga babciu, idealnego kandydata na redaktora kolumienki plotkarskiej – zakpił lekkim tonem, zwracając się niby to do Philomeny. – Widzę bowiem, kuzynie, że wierzysz wszystkim plotkom na mój temat zamieszczanym na łamach brukowców. Tylko w ostatnim kwartale ożeniłem się wedle ich relacji trzykrotnie... Kto wie, może mam jakiegoś syna, o którym nic nie wiem? Na ten temat niczego nie wyczytałeś? – Alexander wydawał się szczerze rozbawiony pytaniami Richarda. – Gwoli jasności. Nie. Żeby mieć dziedzica, potrzeba najpierw mieć żonę – wyjaśnił takim tonem, jak gdyby tłumaczył coś skończonemu głupcowi, powoli cedząc słowa. – A żenić się na razie nie planuję, wbrew prasowym doniesieniom. – Dopił whisky jednym haustem, wznosząc szklankę w stronę Lorien, zanim odstawił ją z powrotem na stół. Alkohol palił mu gardło. – Umierać również. – Jeżeli Richard nie wypił do tej pory swojej whisky, nie miał już z Alexandrem o czym rozmawiać. Ultimatum, jakie mu postawił, było jasne. Albo ukorzy się, i wypije zdrowie Lorien, albo zostanie natychmiast wyproszony. Nieważne, czy właśnie szykował się do wyjścia, czy przełykał palący gardło trunek, Alexander wykorzystał moment, żeby wręczyć mu swój prezent z okazji Mabon. Machnął ręką w stronę służby, która wniosła do jadalni stary portret z wizerunkiem Francisa Mulcibera przysypiającego w fotelu. Wszystkie niemal portrety w Mulciber Manor były przecież pogrążone we śnie. – A że wiem, że wolisz towarzystwo umarłych, wychodząc, zabierz ich ze sobą. Mój ojciec zdjął ten portret ze ścian galerii przed wieloma laty. Pomyślałem, że będzie to dobry prezent na pojednanie. Widać zawsze miał być jednak przestrogą. – W końcu Duncan ściągnął ze ściany portret Francisa po tym jak ten nieopatrznie obraził w jego obecności Selinę. Alexander ostrzegał Richarda, że w jego obecności nie wolno obrażać Lorien... Ale cóż. Widać oboje byli tylko synami swoich ojców.
– Zabierz swoich umarłych ze sobą, Richardzie – powiedział Alexander, odwracając wzrok od kuzyna.

Nie miał mu nic więcej do powiedzenia.

Po prawdzie, nikomu nie miał już nic do powiedzenia. Poruszył ręką, sygnalizując służącemu, żeby dolać mu whisky. Wiedział, że nie powinien, ale nie mógł się powstrzymać. Imieniem Loretty Richard przywołał wspomnienie rozmowy z Lorien jeszcze sprzed kolacji. Alexander potrzebował wypłukać imię żony ze swej pamięci. Tak, może i bezczelnie skłamał, że jest nieżonaty, ale przecież nie było przecież u jego boku Loretty, która mogłaby potwierdzić lub zaprzeczyć. Loretta nigdy by tego zresztą nie zrobiła. Nie powiedziała niczego nawet swej rodzinie. O małżeństwie dowiedzieli się z plotek, zabranych przez Annaleigh z wesela... Dowiedzieli się od niego. Bo przecież Alexander sam te plotki rozpuścił. Och, jakże Alexander kochał plotki! Były skuteczniejsze niż klątwy. Znajdował w tym wiele radości, że wielki patriarcha rodu Lestrange drżał na plotkę, że jego kurewska córeczka rozkładała nogi inaczej niż na jego komendę. Inaczej nie pozwoliłby jej przecież wstydliwie wybyć do Francji. Wstyd... Och, jakże potężną bronią był wstyd! Bo nieważnym było już to, co naprawdę między nimi zaszło. Ważnym było, że przez niemal siedem lat Alexander miał Lorettę na każde swoje skinienie, a gdy się nią już znudził, zniszczył doszczętnie jej reputację. A teraz nawet nie nazwał jej żoną. Bo przecież oficjalnie nigdy tego nie zrobił. To wszystko były tylko plotki, a jakich plotek na jego temat już nie było?

Alexander w milczeniu opróżnił szklankę.

– Zagraj nam coś, Scarlett, jak skończymy wieczerzać – powiedział, nieobecnym wzrokiem wpatrując się gdzieś daleko w przestrzeń. – Z przyjemnością posłuchamy.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#34
04.01.2026, 14:47  ✶  

Nie miał wsparcia. Wszyscy tu obecni przy stole, bronili Lorien. Tylko on jeden, widział w niej wroga. Żmiję, która wpełzła do ich rodziny mieszając w głowach. Choć niewiele lat życia jej pozostało, czy ktoś jeszcze umrze przez nią? Tylko on wiedział jaka była prawda. Tylko on jeszcze żył, aby to pamiętać.

Nie miał wsparcia nawet w babce, co nie powinno go dziwić. Mówiła mądrze. Zwróciła istotną uwagę na siłę rodu. Siłę zjednoczonej rodziny. I choć sam w młodości buntował się ojcu, Francis potrafił go sprowadzić na ziemię. Czy podobnie Philomena, przemówiła mu do rozsądku?

Wspominając o służbie, Richard jedynie zerknął kątem oka, czy czasem nie próbowali już czekać na rozkazy, aby siłowo go wyprowadzić. Aurorski instynkt zaczął czujniej reagować na otoczenie. Nie. Nie chciał przekonywać się o sile tutejszej służby. Szanownej Philomenie, nie odpowiedział. Być może dlatego, że miała rację. A tej nie chciał jej widocznie przyznać.
Alexander udzielał odpowiedzi na jego pytania. Argumentami, które mogły dolewać oliwy do ognia, ale były w zupełności prawdziwym spojrzeniem na problem finansowy, który był również znany Richardowi. I teraz po śmierci brata, sam będzie się z nim mierzył.

Wspominaniem o plotkach, kuzyn przesadził. Richard nie czytywał kolumn plotkarskich. Nie sięgał po czasopisma Czarownica i tego podobnych. Większość mógł usłyszeć, dowiedzieć podczas rozmów, czy przeczytać tylko wtedy, gdy ktoś mu pokaże gazetę, stronę i artykuł. Jak wtedy, gdy Lorien go wezwała w sprawie przeprowadzonego wywiadu z jego synem Charlesem w Czarownicy.

Richard nie odezwał się aby skomentować odpowiedzi Alexandra. Mógłby to zrobić, ale ciągnąc tę rozmowę, mógłby sobie bardziej zaszkodzić. A wtedy, mogą go siłą wyrzucić. Przeleciał wzrokiem po kobietach, jakby wyczekujące jego reakcji, podjęcia decyzji. Wiedział, że mocno przekroczył granice i tylko córka obok, wciąż trzymająca go za rękę, hamowała jego agresję.
Wiedział, że był na przegranej pozycji.
Wiedział, że miał tylko jedno wyjście.

Jeżeli nie zrobi to, czego się od niego teraz oczekuje, może już nigdy tutaj nie wracać. Spojrzał ponownie na swoją szklankę, wypełnioną najstarszą whisky w tej posiadłości. Poruszył dłonią niepewnie, po to, aby po chwili ująć tę szklankę w dłoń. Alexander swoją dzierżył już podczas swojej mowy. Wspominając wcześniej, czy też upominając, że już nie tylko toast ma wznieść, ale i zgodnie z jej prośbą – przeprosić ją.

Richard spojrzał na Lorien, niezmiennym spojrzeniem niechęci do niej.
- Lorien.. Przepraszam za swoje słowa.
Uniósł szklankę w jej kierunku na znak wzniesienia zdrowia i toastu, upił parę łyków tej whisky. Wykonał polecenie Głowy tej Rodziny. Ukorzył się. Bo musiał. Odstawił szklankę na miejsce, niedopitą, gdy Alexander postanowił wręczyć mu prezent, wołając znów służbę. Richard nie miał pojęcia co on tym razem kombinuje, ale kiedy zobaczył znajomy mu obraz, powrócił spojrzeniem na kuzyna nie dowierzając. Prezent na pojednanie? A jednocześnie przestroga, jak sam powiedział. Błędne koło powtarzającej się historii w tej rodzinie.

Richard nie odpowiedział. Jedynie skinął głową w potwierdzeniu i jednocześnie w podziękowaniu. Zabierze umarłych ze sobą.
Nie odzywał się już w tej chwili więcej. Chyba, że zostanie o coś zapytany. Uwagę przeniósł na córkę, którą poproszono o zagranie.

Harpagan
Śnisz, a ja jestem twoim koszmarem
wiek
22
sława
III
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Sprzedawca w Czarcim Oku
Długie blond włosy, lekko falowane, zwykle są rozpuszczone. To, co przykuwa uwagę to nienaturalne, srebrne oczy oraz wędrujący srebrny rumień na prawej ręce - objaw srebrzycy. Sylwetka szczupła, zwykle odziana w dobrej jakości ubrania, podkreślające talię i długie nogi. Piegi na nosie i policzkach dodają jej uroku, ale lwia zmarszczka pojawiająca się na czole świadczy o tym, że kobieta często się denerwuje. Ma około 170 cm wzrostu.

Charlotte Mulciber
#35
05.01.2026, 13:41  ✶  

Gdy Richard posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, zmrużyła oczy. Bezczelny. Czy sądził, że się go przestraszy? Czy uważał, że jakiekolwiek spojrzenia sprawią, że nagle zmieni swój ton? DLACZEGO inni mogli wtrącać się do rozmowy, a ona nie? Nagle poczuła się bardzo niesprawiedliwie potraktowana. Zacisnęła dłoń w pięść. Całe szczęście, że nie trzymała w palcach kieliszka, bo szkło na pewno by pękło pod wpływem nacisku.

Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami.
Nie można go nikomu wytłumaczyć.
Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy.


Nagle zatęskniła za ojcem. On wiedziałby, co zrobić. On potrafiłby ustawić Richarda do pionu i zdecydowanie nie pozwoliłby na takie traktowanie jej. Charlie sięgnęła po kieliszek z winem i gdy inni byli zajęci kłótnią, wypiła jego zawartość duszkiem. Srebrne piętno pulsowało nieprzyjemnie. Przełknęła ślinę, zmieszaną z alkoholem. Gdy jeden ze służących przechodził obok niej, delikatnie zwróciła na siebie jego uwagę. Gdy ten się pochylił, poprosiła go o przyniesienie prezentów. A potem spojrzała na dorosłych, którzy się wciąż kłócili. Jej oczy momentalnie zaszły łzami, lecz dzielnie starała się je odpędzić, mrugając. Richard wypił trochę whisky, przeprosił Lorien. Ale ona nie czuła się wygrana.
- Skoro... Wręczamy prezenty... - powiedziała cicho, drżącym lekko głosem. - Przygotowałam coś dla każdego. Em... Wesołego Mabon.
Dodała już ciszej, gdy przed każdym z członków rodziny wylądowała paczuszka, owinięta w brązowy papier, przewiązany wstążką.
- Przepraszam wszystkich na chwilę, muszę przypudrować nos - powiedziała z godnością, po czym wstała. Wyszła do toalety, nie czekając nawet na to, czy ktokolwiek rozpakuje podarunek lub podziękuje. Piętno piekło jak sam ogień piekielny, a nie mogła się drapać jak owszawiony kundel przy stole. Na dodatek chciało jej się płakać i gdy tylko drzwi do łazienki zamknęły się za nią, łzy pociekły po jej policzkach, rozmazując makijaż. - Dlaczego mi nie powiedziałeś, tato?
Zapytała w eter, patrząc na zapłakaną twarz w lustrze. Starała się wycierać gorzkie łzy, ale te nie chciały przestać płynąć.

W prezencie dla Lorien znajdowała się przepiękna srebrna spinka do włosów w kształcie ćmy. Zamiast oczu ćma miała dwa szafiry, niewielkie ale piękne. Dla Scarlett było pierwsze wydanie książki fabularnej, napisanej przez jedną z czarownic lata temu, ze skórzaną okładką: Kobieta, która chciała więcej. Opowiadała o młodej dziewczynie z czystokrwistego rodu, która zaczęła sama budować swoją legendę, a następnie poślubiła wybitnego alchemika i szli razem przez życie ramię w ramię. Dla Philomeny była to szkatułka na biżuterię, vintage, srebrna, wysadzana klejnotami (należała kiedyś do jej matki i przeszła na Charlotte, ale najwyraźniej dziewczyna uznała, że babci przyda się bardziej niż jej samej). Dla Richarda była to elegancka papierośnica z wyrytym drzewem: Yggdrasil. A dla Alexandra pięknie wydane karty do tarota.

Naprawdę się postarała, dowiadując się o członkach swojej rodziny tyle, ile mogła. Nie spodziewała się jednak, że kolacja zmieni się w kłótnię, która boleśnie będzie przypominać o jej kłótniach z matką, po tym jak umarł jej ojciec. Otarła oczy, rozmazując makijaż jeszcze bardziej. Dlaczego te pieprzone łzy nie chciały przestać płynąć?
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#36
10.01.2026, 17:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2026, 09:53 przez Lorien Mulciber.)  
Sędzią się było, nie bywało.
Lorien znała swoje prawa, ale przede wszystkim znała swoje obowiązki. Więc milczała. Nie wyglądała na specjalnie urażoną ani co ważniejsze - przejęta tą całą sprawą. Po prostu siedziała słuchając wszystkich zebranych przy stole. Trochę jakby była tylko obserwatorem w swojej własnej sprawie.
Lorien była sędzią, a bycie nim było ważniejsze od bycia czarownicą. Kobietą. Ptakiem. Mulciberem.  Nic nie było ważniejsze od bycia sędzią. I może rzeczywiście było w niej coś z dementora, bo każdy zarzut skierowany w stronę Richarda smakował lepiej niż cierpkie wino w kieliszku.

Ciocia Lorien zawsze była częścią rodziny.
Lorien należy do naszej rodziny.
Lorien jest częścią rodziny.


Słowa zamieniały się w akty oskarżenia, a jadalnia w salę sądową. Może nie musiała wcale kiwnąć palcem, żeby sprawiedliwości stało się zadość. Wystarczyło tylko wprawić w ruch koło fortuny i pozwolić mu się toczyć. Wystarczyło tylko czekać i cierpieć.
Sancta Lorien Dolorosa.
Kto tu się rzeczywiście zapominał, gdy to ona trzymała w dłoniach wszystkie karty? Nie widział w czym bierze udział? Kto powiedział, że obecni będą milczeć gdy ich wezwie na światków? To nie był jakiś podziemny klub, którego pierwsza zasada brzmiała, że o klubie się nie mówi. Tu ściany miały uszy, a służba usta. Słowo przeciw słowu? Ale czym było słowo norweskiego aurora, kiedy brytyjscy całowali jej dłonie? Czyje słowo było mocniejsze w sądzie, który jednego nigdy nie widział na oczy, a drugie gościł codziennie w swoich progach? Przecież była tylko małą kobietą. Bezbronną. Biedną. Chorą.

Masz rację. Byłeś.
Lorien była nieprzyjemna. Oczywiście, że była. A jednak, mimo wszystko nie niszczyła bańki w której żył szwagier. Ale skoro chciał jej zeznań... Skoro chciał to usłyszeć z jej ust...
- Nie zabiłam Roberta Mulcibera. - Powiedziała spokojnie jakby była to rzecz oczywista. Bo była. Wszyscy dookoła przecież wiedzieli kto go zabił. Wszyscy wiedzieli, że zrobił to Charles. Gdyby nie jego zboczone świeczki jej mąż by nadal żył. Richard wciąż miałby brata. Zastanów się przeciw komu kierujesz różdżkę - zdawała się mówić. Przeciw kobiecie, która pierwsza doniosła mu o występku syna. Przeciw kobiecie, która dała mu czas na uporządkowanie spraw z dziećmi, zabierając do Francji Roberta. Nie musiała tego robić. Nie musiała łagodzić gniewu męża. Nie musiała odwracać jego uwagi. Był tak naiwny. Gdyby Francis żył - wydziedziczenie byłoby łaską dla Charlesa. Łaską, której pewnie by nie doznał, bo życie w piekle było gorszą karą od wymazania z drzewa genealogicznego.
Sancta Lorien Malevola.

- Kolacje jak te są wyrazem rodzinnej solidarności.
Doprawdy? Lorien przesunęła powoli wzrok na Philomenę. Tradycje krwi. Domu. Umowy. Zacisnęła usta w wąską kreskę czując jak odrobinę drży jej dolna warga. Musiała czekać tyle lat, by wreszcie uznano jej obecność, a stara wiedźma jak gdyby nigdy nic mówi o solidarności. Gdzie była ta solidarność, gdy patrzyła jak Donalda wydają za znacznie mierniejszą kandydatkę? Gdzie obowiązek? Gdzie ofiara?
Jak śmiała obrażać integralność Ministerstwa Magii, wiedząc, że bez niego wszystko się rozpadnie. Bez niego zapanuje chaos; zapanuje rzeź, a ulice spłyną krwią tych, których nie zdołano obronić przez zbrodniczą ideą. I wtedy nie będzie miało znaczenia jaka krew płynie w twoich żyłach - to nigdy nie ma znaczenia. Gdy skończą ze szlamami, wezmą się za półkrwi, a gdy i tych zabraknie - Voldemort podniesie rękę na rody czystokrwiste. Na wszystkich, którzy nie ugną karku. A stare baby będą pierwsze, które zmiecie “nowy porządek świata”. Czym on się różnił od wszystkich zbrodniarzy? Zabije mężów, zgwałci żony i wypierze propagandą mózgi dzieciom. Gdyby było inaczej wielki samozwańczy Lord nie pozwoliłby, aby Korolev ją zaatakował. Nie pozwoliłby żeby Anthony Shafiq oberwał czerwoną farbą. Nie zginęłaby Florence Bulstrode. Nie spuściłby ognia na ich domy. Nie wybiłby szyb, nie spalił fundamentów, nie zawalił ścian. Nie był Bogiem za którego się uważa. Był tylko nędznym człowiekiem z wybitnie kiepskim celem.
Mugole nazywali takich terrorystami. Ministerstwo wolało słowo “rebelia”. Ale z definicji rebelia zakładała walkę ze swoim oprawcą i odzyskanie wolności. Czarodzieje byli wolni. Rząd nie był ich oprawcą. Ministerstwo ich chroniło. Święte prawo czarodziejów ich chroniło. Ale oni palili miasta. Mordowali. To był czysty terroryzm i nikt mógł jej powiedzieć, że było inaczej. Rebelia miała zawsze piękny, może górnolotny ale godny podziwu cel. Terroryzm miał krew niewinnych na rękach.
Ale nie odezwała się, choć wpatrywała się w nią z tą zaciętą miną.
Sancta Lorien Tacita.
Spóźniona obrona była lepszą niż żadna obrona, a jeśli ktoś miał przemówić Richardowi do rozumu to tylko babka.

- Dlaczego ty jej nie poślubiłeś?
Pytanie bolało jak nóż wbity prosto w serce. Bolało jak źle zaleczona rana po ugryzieniu wiejskiego kundla. Jak infekcja, na którą nie pomagały żadne eliksiry. Jej mina się nie zmieniła, ale przeniosła wzrok gdzieś w punkt ponad ramieniem Scarlett. Nawet nie spojrzała na Alexandra, gdy znów zaczął przemawiać. Nie zareagowała na słowa o akcji charytatywnej, o majętnej żonie. O zupełnym odwróceniu kota ogonem. Dlaczego mnie nie poślubiłeś. Powiedz prawdę. Powiedz. Niech usłyszą. Niech się dowiedzą. Ale choć minęło tyle lat, chociaż powtarzał rozpaczliwie kocham cię, wczepiając się w jej ramiona, całując czoło i dłonie, złakniony podobnej miłości - wciąż nie ofiarował jej samego siebie przed ołtarzem innym niż portrety przodków.
Żenić się na razie nie planuję.
Gdzieś już słyszała to zdanie choć ubrane w inne słowa. Sama przecież powiedziała Nikt taki. To nikt taki.
Nie liczyła się Loretta. Nie liczył się Donald. Ale czy tak naprawdę w ogóle liczył się wciąż Alexander? Czy liczyła się Lorien?
Zsunęła dłonie na kolana, zaciskając je mocno na połach swojej spódnicy. Nie odezwała się ani słowem - ani teraz, ani nawet gdy Alexander podarował Richardowi obraz ojca. Więc to po nim była ta ciemna plama na tapecie w galerii. Plama którą niedługo miał przecież zasłonić inny portret. Ten wyczekiwany od ponad dwudziestu lat.
Spojrzała na brata dopiero, gdy uniósł szklankę w geście toastu. Zmusiła się nawet do minimalnego uśmiechu - tego, który najbardziej lubił. Gdy unosiła leniwie jeden kącik ust i rozluźniła ściągnięte w wiecznie gniewem wyrazie brwi.
Sancta Lorien caritate plena.

Spojrzała na Richarda niewidzącym wzrokiem, gdy wymówił jej imię. Przepraszam. Jakże proste słowo. Jakże proste zdanie, które miało naprawić wszystkie krzywdy. Uczono wszakże dzieci, że dorośli wybaczają wybite okna w piwnicy, gdy się powie przepraszam; wybaczają gonionego przez całe podwórze kota; wybaczają wszelkie drobne przewinienia, słowa wypowiedziane w gniewie i bólu. Uczono ich, że przepraszam jest równie magicznym słowem. Nieodległym wszakże od curcio. Że w dobrym tonie jest wybaczyć, kiedy ktoś mówi przepraszam. Bo przecież można było krzywdzić innych tak długo jak się na koniec powiedziało to proste słowo. I cały ciężar wybaczenia spadał na ofiarę, gdy oprawca szedł sobie w świat pogwizdując radośnie.
Nie chciała jego przeprosin, bo zwyczajnie w świecie nie chciała mu wybaczać. Ale pokiwała głową w prostym geście, że zrozumiała. To musiało mu wystarczyć.
Sancta Lorien memor.

Większą jej uwagę przyciągnęła Charlotte. Biedne dziecko. Sierota bez przychylnej duszy przy boku. Szanowała jej ojca, przyjaźniła się z jej matką. Znała ją od maleńkości, więc czy dziwnym było, że gdy tylko zaczęła sprawiać wrażenie, że to wszystko jest dla niej zwyczajnie niekomfortowe - Lorien natychmiast zwróciła się w jej stronę. Nie, Lorien nie miała swoich dzieci. Ale miała instynkt i potrafiła dostrzec, kiedy dziecku jest po prostu źle. Przyjęła prezent z wdzięcznością. Rozpakowała. przez moment wpatrywała się w spinkę. Knuta za myśli pani Mulciber. Galeona za jej słowa.
- Pójdę po nią.- Odezwała się w końcu, chowając spinkę z powrotem do pudełeczka. Odstawiła ją na stół, obok swojego talerza. Ona teraz potrzebuje mnie. Nie was. Żadnego z was. chciała jeszcze dodać, ale zbyt dużo było już dziś ognia pośród Mulciberami.
- Alex zajmij się mamą.- Polecenie ukryte w tonie prośby. A jednak tak wyraźnie w każdym jej ruchu i geście. Podobna była do pana, który każe swojemu psu warować. Podniosła się od stołu nie kończąc posiłku. Ciężko powiedzieć czy cokolwiek zjadła, ale nie robiło jej to żadnego znaczenia. Przez moment za to wpatrywała się w Alexandra, w brata, i choć nie było w jej wzroku pytania ni prośby, odeszła dopiero, gdy skinął głową. Kazała jeszcze rozdać prezenty, które przygotowała z okazji Mabon dla pozostałych. Potem odeszła od stołu bez słowa pożegnania.

Dla Philomeny - płyta gramofonowa. Ale nie taka zwyczajna, bo płyta zawierała dokładnie te same utwory co ta, którą Philomena wręczyła Lorien w Lecznicy Dusz, ale… przerobione na wersję intrumentalną w bardziej klasycznym wykonaniu. Cóż może skrzypiec i fortepianu łatwiej się słuchało niż darcia pizdy młodej gwiazdki popu?
Dla Scarlett - jej własny kodeks karny, z którego korzystała podczas kursów. Książka miała już trochę lat i cierpiała na typowy symbol “dokochania” - parę stron ledwo trzymało się grzbietu, w dużej mierze pokryta była notatkami na marginesach i miała oznaczenie najważniejszych stron.
Dla Richarda - Kiedy otworzył miękki pakunek w środku znalazł… golf. Nie byle jaki, bo dokładnie taki jakie Lorien kupowała Robertowi u Rosierów. Golf był wyczuwalnie z wyższej półki, w ładnym ciemnozielonym odcieniu.
Dla Alexa… chujek dostał wcześniej.

- - Lorien i Charlie z dala od stołu - -

Zatrzymała się dopiero pod jedną z najbliższych łazienek. Podejrzewała, że dziewczyna nie uciekała przez całą posiadłość tylko zamknęła się w pierwszej lepszej znalezionej po drodze. Też by tak zrobiła na jej miejscu. Światło zza zamkniętych drzwi podpowiadało, że miała rację.
Zastukała. Raz, drugi.
Dopiero potem odezwała się łagodnie, dając Charlotte chwilę do ogarnięcia się.
- Charlie? Otwórz proszę drzwi.
Jeśli je otworzyła, Lorien wyciągnęła w jej stronę prezent - pudełko owinięte w ładny, złoty papier prezentowy z czarną wstążką.

Dla Charlie prezentem okazał się zestaw dla prawdziwej czarownicy z dobrego domu - Lusterko z rączką, szczotka do włosów - obie rzeczy wykonane z brązu i pokryte cieniutką warstwą złota. Na obu były delikatne motywy kwiatów i ptaków. Do tego w prezencie znajdował się ozdobny również wykonany z brązu ozdobny grzebień do wpinania w gotową fryzurę. Na nim nie było żadnych motywów, ale w bardziej ornamentowy wzory wpleciono jasnoszare kryształy. Lorien dołączyła też ostatnią rzecz z zestawu - puzderko, którego używano do przechowywania kremów. Rzeczy nie były nowe, ale wyglądały jak coś o co ich właścicielka dbała. Nic dziwnego - należały do Lorien, gdy miała mniej więcej tyle lat co Charlie teraz.
Ancymon
"Niewierny jest ten, kto żegna się, gdy droga ciemnieje"
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Nie jest ani wysoka, ani niska, mierzy dokładnie 168 cm. Włosy w kolorze jasnego blondu, ślepia kocie w odcieniu lodowego błękitu. Oczy duże, nosek mały i nieco zadarty, pełne usta na których często widnieje zaczepny bądź pogardliwy uśmiech. Pachnie słodko, lecz nie mdło, mieszanką wanilii, porzeczki i paczuli.

Scarlett Mulciber
#37
17.01.2026, 17:41  ✶  
Konflikt zdawał się zaostrzać, a z każdym kolejnym słowem twarz Mulciber stawała się coraz to bardziej beznamiętna, zdawałoby się poważna, wyprana ze wszystkiego co mogło przejawiać jakiekolwiek emocje, naturalnie rzecz biorąc dystansowała się od zaistniałego harmideru.
Zerknęła na kuzynkę, a jasne oczy odbiły chłód norweskich lodowców, jakoby dwa lazurowe pierścionki zamknęły w sobie całą surowość skandynawskich zim, gdy ta odezwała się do jej ojca nie tak jak należało, gdy wtrąciła się w konflikt, który jej nie dotyczył.
Zaraz to jej wzrok złagodniał, wracając do zaciągniętej chwilę wcześniej beznamiętności, a z jej ust wydobyło się ciche westchnięcie, gdy złapała się na tym, że to przecież nie wina kuzynki, że tak bzdurnie wsuwa nos tam, gdzie jej nie proszono.
Scarlett nie chciała się mieszać, ani rozwiązywać sporów, woląc uchylać się od tego zadania i to też poradziłaby drogiej kuzyneczce, bo niezależnie od dobrych chęci, ta jedynie straci.
Mulciber nauczyła się już bowiem, że po ogłoszeniu wyroku jedna ze stron zawsze odchodzi pełna goryczy, a te czuje zazwyczaj właśnie w kierunku "sędziego" w którego rolę chciała wcielić się Charlie- szczególnie, gdy ten nie cieszy się należytym uznaniem, zważywszy na wiek i bzdurną hierarchie w której niestety zasiadały dość nisko, bo posłuch należało wcześniej wypracować pracą złudną i ciężką.
Albowiem tu nie chodziło o racje, bo o racje mało kiedy chodzi - tu, jak i w każdym innym przypadku chodziło o zasady. A im nakazane było milczeć, bo otwierając usta bardzo łatwo było pozwolić językowi się potknąć.
I w jej opinii Charlie właśnie tak się potknęła - a może zwyczajnie Mulciber ciut lepiej znała ojca? Ciut zwinniej poruszała się wśród czystokrwistych konserw? Dobrze wiedziała, że to co mówiła nie zmiękczy nikogo, nie pomoże nikomu, nie da do myślenia nikomu, a jedynie sprawi jej samej kłopot. Zrobi się niepotrzebny bałagan.
Cicho westchnęła. Naiwna. Chociaż ciut zazdrościła jej tej naiwności. A jednak to nie była jej wina, a jej reakcja była całkowicie ludzka. Być może była jedynym człowiekiem przy stole, ostatnią której jad nie płynął w żyłach, nie przepalił kości.
Reszta już dawno gniła, rozkładała się w trumnie z obaw, problemów i trosk - i jedynie obudowani porcelaną, błyszczeli niczym te lalki, które idealnie spoczywają w gablocie, wabiąc pięknym uśmiechem, acz  wzrok mają opustoszały.
I to był jej świat, bo tak jak od zawsze ukochała się w śmierci, tak też ukochała ich - mimo że miłością skrzywioną, patologiczną, bo i ona była zatruta. Bo zdrowych relacji w teatrze ze szkła nie uświadczysz.
Scarlett wybrała milczenie i jedynie jej ręka, tak niepozorny, acz znaczący gest, wciąż spoczywała na ojcowskim ramieniu.
I dobrze wybrała - doszła do wniosku, gdy konflikt zaczął się rozmywać. Wiedziała ile kosztowało to wszystko jej ojca, wiedziała.
Jej wzrok na powrót przeniósł się na Charlie, która...
Zmarszczyła nieco brwi. Nie spodziewała się prezentu, a na pewno nie w takiej chwili, gdy na języku wciąż kotłował się cierpki posmak niezgody, a powietrze ciążyło niczym mgła.
I gdy ta się oddaliła, Mulciber chciała pójść za nią, lecz nim zdążyła chociażby drgnąć, Lorien ją ubiegła.
I posypały się kolejne prezenty.
Zagraj nam coś, Scarlett
-Tak, oczywiście - rzuciła spokojnie do Alexandra, zsuwając rękę z ojcowskiego ramienia, oczy zaś wbite miała w prezenty.
Cóż za nieodpowiedni moment na podarki - podsumowała w myślach. Niemniej jednak Ona również przygotowała prezenty, chociaż coś ją hamowało przed ich wręczeniem.
Wszystko to wyglądało dla niej jak niesmaczna parodia. A jednak jak się wleciało między wrony to należało krakać tak jak One, niezależnie od tego jak bardzo te szurały po absurdzie.
-Ja również coś dla was przygotowałam - rzuciła, a na jej ustach rozkwitł uśmiech, cudownie realistyczny, w końcu pamiętała nawet o tym, że oczy również muszą się uśmiechać, w końcu kłamcą była świetnym.
Toteż dyskretnie poprosiła służbę o to aby przynieśli prezenty, ale po swoje skrzypce udała się osobiście - W końcu nikomu nie było wolno ich ruszać bez pozwolenia, a te rzadko się pojawiało. Były bez wątpienia święte. Mulciber zniknęła za drzwiami, wracając chwilę później.
Skoro wszyscy rozdawali prezenty, a prezenty rozdawało się przecież po kolacji, jasnym było że gra przyjemnie umili im otwieranie prezentów.
I wiele było utworów, które mogłaby zagrać, a jednak nie musiała wybierać - wszystko to co czyniło się przy stole krzyczało przejaskrawionymi barwami na granicy komedii i absurdu, że brakowało jedynie aby Charlie padła trupem, a Alex z Richardem zatańczyli na jej ciele - tego nie mieli co prawda, ale...
Smyczek delikatnie musnął struny, a zdawałoby się wesolutki, czysty dźwięk odbił się od ścian, a jego echo odbijało się od korytarzy, robiąc za chórek - akustyka w Mulciber Manor była od zawsze cudownie ekscytująca.
Wtem i służba kolejno zaczęła wręczać prezenty, gdy melodia muskała ich receptory słuchowe. 

[+]Dla Philomeny
Niewielkie pudełeczko z ciemnej, gładkiej skóry, na którym wytłoczony był złoty napis "Generis antiquitate florere".
Po otwarciu pudełeczka ukazało się pióro o głębokiej szkarłatnej barwie, intensywnej i jednolitej niczym kropla krwi. Trzon był smukły i gładki, zdawało by się idealnie wyprofilowany - a stalówka nieśmiało lśniła, odbijając światła lamp.

[+]Dla Alexandra
W zdobnym pudełeczku kryły się dwa przedmioty
Jednym z nich był kamień. Gładki i ciemny jak noc, wszak był to obsydian nocny - z drobnymi srebrzystymi żyłkami, które migotały przy najbliższym ruchu światła, jakoby ktoś zamknął w nich drobne iskry nocnego nieba. Jego powierzchnia była chłodna i aksamitna w dotyku. Na jednej stronie kamienia, tej przedniej, było  wyżłobione subtelne wgłębienie dopasowane do kciuka. Z tyłu zaś wygrawerowane było "Pozwól, gdy przyjdzie, wypełnić temu chwilę i odlecieć bez powrotu"
Drugim przedmiotem był kieszonkowy zegarek. Niewielki, ale solidny, o ciepłym miedzianym odcieniu, który nadawał mu staroświecki charakter - obudowa była zdobiona drobnymi nitkami, która delikatnie połyskiwały srebrzystym blaskiem, przełamując rudawy kolor, gdy nitki natrafiły na światło, oplatając subtelnie cały zegarek. Tarcza chroniona była klapką, która przysłaniała cyferblat gdy zegarek nie był używany, zaś na ów klapce dumnie widniał zgrabny, acz chaotyczny, wykonany z przeplecionych nitek, które kumulowały tłocznie grawer "Pomyśl, że to sen". Zaś z tyłu zegarka można było dostrzec, że na środku obudowy nitki, łącząc się i plącząc układając w dużo bardziej chaotyczną i mało czytelną date "30.08.1972". Tarcza zegara zamrożona była zaś na godzinie siódmej dwadzieścia pięć i czekała, aż ktoś ustawi poprawny czas i go uruchomi.
[+]Dla Seliny
Pakunek większy niż te poprzednie.
Wewnątrz znajdywały się pieski kominkowe. Białe, o małych czarnych oczkach w kształcie migdałków. Ich obroże były szkarłatne, a breloczek złoty. Noski czarne, a czubki pyszczków delikatnie oprószone tym samym kolorem - jak i łapki, czy jak to mówią "skarpetki", one również były czarne. Pieski były dwa, bo te zawsze chadzały w parze - nigdy osobno.
Drugim prezentem były perły, te same, które niegdyś Selina zerwała, a Scarlett obiecała naprawić, zbierając każdy kamyk z marmurowej posadzki. Słowa dotrzymała, perły znów były złączone na jednej nici, jednakże teraz w nieco innej wersji - gdzieniegdzie wplecione były turmaliny, równie gładkie, acz widocznie odcinające się na tle białych kamieni.

[+]Dla Lorien
W pudełeczku znajdywało się coś, co do złudzenia przypominało śnieżną kulę. Zdobiona w zgrabne pastelowe wzory podstawy wytworzonej z najprawdopodobniej ceramiki. W środku kuli, niczym zorza polarna, tkwiły w zawieszeniu setki drobnych iskierek. Podstawka posiadała małą korbkę, a gdy się nią nakręciło rozbrzmiewał dźwięk pozytywki, a świetlisty pył zamieniał się w coś na wzór ptaka, zgrabnie przemierzając swoje szklane więzienie.
[+]Dla Richarda
W pudełku odnalazł również dwa przedmioty, a także liścik.
Pierwszym był skórzany dziennik, wytwornie oprawiony w głęboką, ciemną skórę, której powierzchnia miękko połyskiwała w świetle lamp. Na froncie znajdowało się delikatne, złote tłoczenie głoszące "Dum spiro, spero"
W środku kartki były grube, kremowe, o lekko chropowatej teksturze, którą Scarlett uznała za niezwykle porządną i przyjemną w dotyku.
Drugim przedmiotem była klepsydra, wysoka i smukła, z transparentnym szkłem i drobnym, białym (zdawałoby się) piaskiem, który delikatnie połyskiwał przy ruchu. Drewniana podstawa i mosiężne wykończenia sprawiały, że wyglądała solidnie, dodawała powagi.
Do prezentu dołączony był również liścik, a jakżeby inaczej: "Proszę, poświęć kwadrans w ciągu dnia. Postaw klepsydrę, otwórz dziennik i zapisz jedną myśl, która dziś kotłowała się w Twojej głowie, a być może i w sercu. Spisz ją, a potem pozwól jej odejść, obserwując jak przepływa wraz z chalcedonowym pyłem, którym jest wypełniona."
[+]Dla Charlie
Prezent dla kuzynki był dla Scarlett wyzwaniem. Dowiedziała się o jej przybyciu w ostatniej chwili, a i mało o niej wiedziała, niemniej jednak w dobrym guście było znaleźć coś co ucieszy i jej oko, więc wybrała dość bezpiecznie.
W pudełeczku znajdywał się wisiorek. Niewielki, lekki, a mimo to przyciągał wzrok ciepłym, delikatnym blaskiem różowego kwarcu. Kamień gładki i polerowany, miał nieregularny, naturalny kształt w którym światło tańczyło niczym wstęgi porannego różowego nieba. Nie był przesadnie ozdobiony - subtelna srebrna oprawa obejmowała jego podstawę, pozwalając aby sam kwarc stał się głównym bohaterem.
Zawieszony na cienkim, srebrnym łańcuszku bezsprzecznie przyciągał wzrok. Był uroczy i dziewczęcy, wpasowujący się w każdą możliwą kreacje. Do wisiorka dołożona była karteczka" Niech twoje serce znajdzie to czego szuka" zaś poniżej karteczki był mały dopisek "Ps: nie wystawiaj przesadnie na słońce, bo zbieleje nie z rzucanego przez Ciebie uroku, a przez jego promienie"

I tak dźwięki por una cabeza na dobre rozbrzmiały, jakim było, według Scarlett, idealnym zwieńczeniem rodzinnej kolacji.
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#38
20.01.2026, 23:13  ✶  
Philomena z obojętnym milczeniem oszczędziła komentarza do wypowiedzi Alexandra, który okpił Richarda za dowierzanie plotkom. Wyjąwszy bowiem Alexandra z kontekstu dominującej pozycji głowy rodu, tyrada mężczyzny brzmiała jak utyskiwania rozwydrzonego dziecka. Nie wezmę żony, nie planuję na razie dziedzica. Zabawianie się Lorettą mogło być niewartą uwagi błahostką tych kilka lat temu. Dziś kroki Alexandra miały znaczenie, a on drwił z tego i za nic miał ustabilizowanie linii dziedziczenia. Nie oglądał się na to, że maszerując w szeregach Śmierciożerców, naraża się nieustannie na śmierć bądź ujęcie, podczas gdy jego nadrzędnym obowiązkiem winno być zadbanie o zabezpieczenie rodu.
Bo po nim bezdzietnym: Richard. Philomena ciężko przesunęła wzrok na drugiego z wnuków. Po nim Richard, na którego nigdy nie spodziewała się spojrzeć pod tym kątem.
I Richard ugiął się. Mądrze.
Jeśli Lorien szukała w słowach wypowiadanych przez Philomenę integralności z czynem i charakterem, jeśli naprawdę szukała w niej solidarności… to przeliczyła się. Puentą nie było poświęcenie ani obowiązek, lecz siła. Górnolotne wartości z jej wypowiedzi były pięknymi słowami, lecz starucha używała ich wyłącznie jako narzędzia, które odkładało się na bok, ledwie stało się ono niewygodne. Nigdy nie żyła tak, jak to głosiła, a jeśli żyła, to żyła na pokaz.
Lorien z maledictusem jako żona dziedzica byłaby problemem. Lorien jako wdowa po Mulciberze z bocznej linii, przyjaciółka domu czy jakimkolwiek tytułem honorowym zapragnąłby ją ukoronować Alexander — nie była tak groźna, nawet jeśli nie podobał się starej ów paradny teatr w sukniach pani domu.
Scarlett miała rację, milcząc przez to wszystko. Philomena również milczała, gdy wnosili portret Francisa, mimo że na ten widok w dół jej kręgosłupa popłynął lodowaty ból. Nie zadrżała, zesztywniała jedynie nieco bardziej, z twarzą wyblakłą i beznamiętną, jakby starucha była równie martwa co jej syn, którego Alexander wyrzucał właśnie z domu. Mały Frank nie żył już, nie mógł uczynić żadnej więcej szkody, a jednak wyrzucali go, wyrywali pamięć jej synka z domu teraz, gdy ten nie mógł już nic uczynić, dobrego czy złego. Żył tylko w tym wspomnieniu w domu, w którym przyszedł na świat. Tu, gdzie matka wspominała go jako dziecko, nie mężczyznę, którym się stał.
Duncan dawno wyprowadził brata z galerii, lecz zachował obraz. Być może aby oszczędzić tego matczynemu sercu, a może z własnego sentymentu. Tej tkliwości nie znalazłoby się w Alexandrze. Nauczony był babkę szanować, nie kochać. On miał własną matkę. Cygankę, na którą Philomena przekierowała teraz nienawistne rozżalenie. Przeklęty niech będzie dzień, kiedy Duncan zaprosił do ich domu tę wywłokę, a wraz z nią diabelskie nasienie. Ściągnęła na nich zły los, klątwa przywleczona zza wody, którą Mulciber powinien był wyrzucić za burtę w kanał La Manche. Zawsze miał jednak słabość do złowróżbnych egzotycznych artefaktów.
W ciszy Philomena przyjęła to, że obce cygańskie pomioty wyrzucają za próg jej dziecko. Niezależnie od tego, jakie ono za życia było, było jej. W ciszy też oddawała się nadziei, że cygańska wiedźma wie, jaki los spotkał jej własnego syna, i że w chwilach trzeźwości nie czuje niczego więcej niż cierpienia.
— Wielce jestem rada, że doszliśmy do porozumienia. — Uśmiechnęła się Mulciberowa i uniosła lekko kielich, z którego kosztowała wino w ślad za mężczyznami sączącymi whisky.
Przelotem jedynie spojrzała za wychodzącą Charlotte, której głos drżał od ciężaru napiętej sytuacji. Kusiło zgodzić się znów z diagnozą Scarlett — za dużo w tej dziewczynie było wciąż z człowieka.
Pięknie otuliła jadalnię muzyka skrzypiec. Staruszka opuściła na moment wiotkie powieki, rozkoszując się dźwiękami. Elegancka oprawa Mulciber Manor przypudrowała rozjątrzone rany. Płynęła gładko pomiędzy trupy i zadry, wygładzała ostre kanty. Mogli gnić w środku, Philomena Mulciber nie baczyła na to. Nie liczyło się nic poza odbudowaniem stabilnej fasady.


[ giftbox ]

Lorien, Alexander. Jak w pierwszym poście.
Scarlett. Philomena była kobietą niechętną do zmian. Dawno już wycofano z produkcji kosmetyki Potterów, do których staruszka przywiązała się jako młoda kobieta. A jednak — dzięki rodzinnym koligacjom oraz pieniądzom, tym drugim przede wszystkim — przysyłano cyklicznie do jej kancelarii owe vintage kosmetyki, których na sklepowych półkach nie było od dawien dawna. Scarlett otrzymała tego Mabon kasetkę z wygrawerowanym nazwiskiem, w której zawierał się elegancko spakowany zestaw kilku wycofanych z rynku odcieni szminek w złoconych opakowaniach — od czerwieni po chłodne róże. Steal her look, Philomena Mulciber edition.
Pozostałych babcia nie znała na tyle dobrze, aby prezenty odpowiednio spersonalizować, a zatem…
Charlotte. Karta The Globe Unlimited. Jeśli tylko teatr The Globe sprzedawał karnety z abonamentem na seanse, taki właśnie otrzymała Charlie. Jeśli nie sprzedawał, był to bilecik informujący o tym, że panna Mulciber ma w teatrze zawsze uregulowany rachunek. Nawet jeśli Selwynowie nie zawsze wystawiali sztuki odpowidnie, ukulturalnienie młodzieży należało wspierać. Niechże sama sobie dziewczyna wyrabia opinie.
Richard. Ta babcia ominęła wiele urodzin, więc Richard dostał po prostu… kopertę z potwierdzeniem transferu do jego brytyjskiej skrytki. Z sumą na tyle dużą, żeby sprawił sobie coś ładnego, lecz nie olbrzymią, coby nie miał poczucia, że zaciąga dług. Jak wszyscy wiemy, babciom kopert nie da się zwrócić.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#39
22.01.2026, 20:31  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.01.2026, 20:38 przez Bard Beedle.)  
Czy Selina Mulciber potrzebowała, aby ktokolwiek się nią zajmował? Być może. Przyzwyczajona była do tego, że wszyscy byli na jej skinienie. Wychowała się przecież pośród zbytków, jak na cygańską królewnę przystało. Jej służące nosiły złote bransolety na rękach i na nogach, ale poza tym, że pomagały jej się myć, czesać i drapować suknie, były jej bardziej towarzyszkami niż służącymi. Przewodziła im z godnością właściwą wieszczkom z rodu jej matki, z apodyktycznym zacięciem odziedziczonym po rodzinie ojca, który był królem i synem królów. Niektóre z tych kobiet również widziały więcej. Pomagały jej doświadczyć życia swymi oczami... Życia, które nigdy nie miało być udziałem Seliny Ayers. Była wtedy tak młoda, i tak straszliwie arogancka, że nie umiała tego docenić. Po tym jak wyszła za mąż tęskniła za czasami, kiedy otaczały ją miraże kobiecych charakterów, kolorowych jak noszone przez nie spódnice. Starsze i młodsze, mądre i głupie, głośne i ciche... Otaczały ją niby Królową Ptaków ze starej legendy, tą samą, która oddała rękę dla orła, żeby móc władać niebem u jego boku. Duncan sprawił jej takiego w prezencie ślubnym, żeby mogła polować razem z nim. Majestatyczny ptak przeżył niemal pięćdziesiąt lat, po to tylko, żeby zdechnąć niemal w tym samym czasie, co jej mąż. Jakże rozpaczała. Obiecuję, że kiedyś będziemy latać po niebie razem, śmiała się przez łzy, przekrzykując wiatr, nie wiedząc, czy krzyczy do umarłego orła, czy do umarłego męża. Co za różnica, kiedy oboje byli umarli. Umarli byli przecież wszyscy ci, których kochała.

Teraz Selina miała już tylko ptaki.

Te, które przylatywały do jej altany, pod okna jej sypialni. Te, które śpiewały. Te, które nie miały zaśpiewać już nigdy, nie po tym, jak obdarła z mięsa drobne, ptasie kosteczki, spoczywające teraz na jej talerzu. Kostki były białe, ale pióra pokrywające żywe ptactwo mieniły się kolorami. Selina patrzyła jak nieopierzone pisklątka wypadają z gniazd. Żałosna śmierć, ale czemu miałaby czuć żal, którego nie czuły ptasie matki? Nie pomagała nigdy porzuconym pisklęciom, ale była obok, i patrzyła, jak umierają. Wciąż było to więcej niż gotów był dać im świat. Świat nie miał litości dla słabych. Patrzyła więc jak te silne pokrywają się piórami, i odlatują, zawsze odlatują... Zazdrościła im wtedy, bo chciała odlecieć z nimi, chociaż ostatecznie zostawała, zawsze zostawała. Jakże przyjemnie było jednak patrzeć jak rozwijają skrzydła. Nie wiedzieć kiedy poderwała się do lotu kaweczka o srebrzystych oczach, za nią zaś uleciał wilgowron. Biała raniuszka zaczęła wygrywać smutną melodię na skrzypkach. Nawet stara harpia zdawała się wzruszoną, chociaż szeroko rozpięte skrzydła rzucały na jej twarz cień, czyniąc ją niemal nieprzeniknioną. Jakże zdawała się doskonała, jakże niewzruszona, jakże precyzyjnym musiało być pismo, wychodzące spod pióra wyrwanego z jej ogona... A jednak liniała, pomyślała Selina, przesuwając spojrzeniem po Philomenie. Siwizną przyprószone zostały już jej pióra, a włosy Seliny wciąż były czarne, tak samo jak jej oczy. Tak samo jak oczy lelka złowróżebnika, który śpiewał w dniu jej ślubu.

Ale przecież Philomena nie wierzyła nigdy w cygańskie wróżby.

Rzut Symbol 1d258 - 186
Róg (obfitość)

Jakże wspaniała wróżba na koniec dnia, pomyślała cierpko Selina, głośno odkładając sztućce na talerz, tuż obok oberwanych z mięsa, połamanych ptasich kosteczek. Nie zareagowała na zamieszanie przy stole. Nie przerwała nawet posiłku. Jej piękna, posągowa twarz nie zdradzała niczego więcej poza obojętnością. Przysłuchiwała się prowadzonym rozmowom tak, jak przysłuchiwała się ptasim trelom za oknem. W odpowiednim momencie przywołała jednak do siebie Scarlett. Pogładziła ją niemal czule po białym policzku, zanim powiodła palcami po wyrobniczych koralach wieńczących wątłą, dziewczęcą szyjkę. Uśmiechnęła się pobłażliwie na ich widok. Była to przecież biżuteria noszona przez najuboższe dziewczęta z taboru. Te, których rodziców nie stać było na życie, a co dopiero na złoto czy na srebro. Nie mogły liczyć na żaden posag, szukały więc na plażach koralu i bursztynów, a do ślubu szły jesienią, żeby pokryć niedostatek sznurami żywoczerwonych jarzębin. Rodziły dzieci, które przywykły, aby schylać karki, bo przygięte ciężarem biedy, nieustannie wypatrywały na kamiennych bezdrożach błysku kamieni szlachetnych. Tyle że w brudzie błyszczały się tylko ich głodne oczy. Ach, jakże głodnym miłości było to dziewczę. W jej szukaniu posunęła się do niedorzeczności niemalże. A jednak życzliwym pozostało spojrzenie Seliny, gdy zapinała wokół szyi Scarlett naszyjnik, który Alexander kupił dziewczynie na prezent. Nawet wtedy, gdy dziwnie drapieżnymi zdawały się jej sękate palce.

– Żebyś wciąż przychodziła do mnie z muzyką, ptaszyno.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#40
22.01.2026, 21:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.01.2026, 22:16 przez Alexander Mulciber.)  
Jakże obrzydliwym był ten pokaz siły, jaki wystosował wobec Richarda. Jakże... Upajający. Skłamałby, zaprzeczając, że upił się nim bardziej niż whisky, którą znów wychylił powoli, osuszając szklankę do dna. Można się było od tego uzależnić. Od poczucia, że sprawujesz kontrolę. Od władzy, chociaż Alexander nigdy władzy nie chciał.

A może po prostu wciąż się oszukiwał, pomyślał, skinąwszy głową, gdy dotarł do niego wreszcie sens słów Lorien. Trwał pogrążony w milczeniu, a jedynie jego palce drżały niespokojnie, gdy bezgłośnie bębnił nimi o stół, chociaż nie podążał za melodią graną przez Scarlett na skrzypcach.

Ale kto by tam wiedział, jakimi ścieżkami chadzają myśli tego Cygana.

[+]Prezenty
Alexander podziękował za prezenty, skrzywiwszy nawet twarz w uśmiechu na widok zabawek, które po latach oddała babka. Przetasował piękną talię od Charlotte, chociaż nie mogła tego widzieć, bo już nie było jej przy stole, schował do kieszeni zegarek podarowany mu przez Scarlett... Jak można było się spodziewać, Alexander przygotował coś dla każdego. Lorien obdarował jeszcze przed kolacją, Richarda w jej trakcie. Tego dnia nie można było wyjść z Mulciber Manor z pustymi rękami.

Dla Scarlett był więc naszyjnik. Alexander bez słowa położył zdobione puzderko obok matki, zachęcająco skinąwszy głową w stronę dziewczyny, jak gdyby dając jej znak, żeby podeszła. Nie był nigdy zbyt dobry w okazywaniu uczuć, a młoda zdawała się pałać sympatią do Seliny, więc z jej rąk prezent z pewnością znaczył więcej niż gdyby otrzymała go z rąk Alexandra.

Dla babki miał dwie talie kart do gry w brydża. Nie były to jednak byle jakie talie... Były zaklęte tak, żeby jej posiadacz zwyciężał w każdej rozgrywce. Symboliczny był to prezent, a jednak wielce wymowny, i tylko z pozoru żartobliwy. Alexander, wręczając karty babce, wydawał się bowiem dziwnie poważnym.

Prezentem dla Charlotte był bardzo gustowny zestaw przyborów piśmienniczych. Składały się na niego: elegancka papeteria z czerpanego papieru opatrzona symbolem rodu Mulciber, kałamarz, niezwykle piękne pióro, czerwony lak i zestaw pieczątek, którymi stemplować można było listy. Kolekcję wieńczył praktyczny terminarz oprawiony w skórę, zaklęty tak, żeby tylko właściciel mógł odczytać zapisane w nim notatki. Zdobił go symbol oka, który pojawił się także na jednej pieczątek. Charlotte mogła skądś kojarzyć ten symbol... Tylko skąd? Gdyby zastanowiła się, czego w tym zestawie brakuje, szybko zdałaby sobie jednak sprawę, że taki sam symbol oka gościł na nożyku do listów, który przed kilkoma laty ukradła z Mulciber Manor. We wnętrzu zestawu mogła znaleźć bilecik od Alexandra.

Dziękuję za karty. Pokazałbym Ci, jak je dzielić, żeby odkryć tajemnice przyszłości, ale czuję, że wolisz oszukiwać innych, że już je odkryłaś. Nie możesz wysyłać mi do biura materiałów wybuchowych, ale docenię, jeżeli od czasu do czasu dasz znać, że żyjesz.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (7426), Bard Beedle (2311), Charlotte Mulciber (3851), Lorien Mulciber (5080), Philomena Mulciber (4168), Richard Mulciber (5037), Scarlett Mulciber (3905)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa