08.01.2026, 15:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.01.2026, 15:20 przez Cathal Shafiq.)
Przez ułamek sekundy Cathala korciło, aby na to wyzwanie to wykazania się zareagować w najpaskudniejszy sposób, czyli naruszając przestrzeń osobistą Helloise. Powstrzymało go chyba głównie to, że jakieś resztki rozsądku podpowiadały, że jeszcze nie daj Merlinie wbrew temu, co mówiła o chłopaku, wykazałaby zainteresowanie, a obściskiwanie się w Łazience Jęczącej Marty było jedną z ostatnich rzeczy, na jakie miał ochotę. Ani w tym miejscu, ani ze smarkatą Puchonką.
Mógłby przysiąc, że coś syczało w jego głowie i teraz dla odmiany bardzo starał się absolutnie nie patrzeć w kierunku umywalki, wzrok utkwiwszy w pannie Rowle i duchu.
– Mam nazwisko!!! Jestem Marta Warren! – wrzasnęła Marta, głosem tak piskliwym, że Shafiq usta Cathala drgnęły w nerwowym tiku. – Zrujnuję wasze śluby!
– Muszę zapamiętać, aby w razie czego uciec do Vegas – skomentował Cathal, unosząc teraz wzrok ku sufitowi, jakby tam znajdowało się coś ciekawego. – Nie, panno Rowle. Parę lat temu byłem zainteresowany potworami, które ponoć tu się panoszyły i mordowały takie dziewczynki, jak ty. Historia Marty okazała się jednak… wyjątkowo mało interesująca.
Marta uniosła się, a jej dłonie trzęsły się ze złości. Widać oskarżenia o to, że historia jej śmierci nie była ciekawa, przekraczały już poziom tolerancji ducha. Prawda była zresztą taka, że sama w sobie opowieść rzeczywiście była nudna.
Byłaby.
Gdyby nie ten cholerny wąż przy kranie, gdyby nie legenda Slytherina, gdyby Cathal wciąż nie zastanawiał się, jakie słowa w obcym języku usłyszała dziewczyna…
– Mam nadzieję, że on cię zamorduje! Jak wtedy zamordowano mnie! – zawyła, wskazując przy okazji palcem na Cathala, nie uściślając, czy to on ma mordować Helloise, czy może jakiś tajemniczy „on” (tajemniczy, bo Marta chyba sama nie wiedziała, kto ją zabił ani nawet jak to zrobił) miałby zamordować Shafiqa.
– Sprawdzamy czy działa? – spytał Cathal niemal uprzejmie, ignorując krzyki ducha i zwracając się do Helloise.
Mógłby przysiąc, że coś syczało w jego głowie i teraz dla odmiany bardzo starał się absolutnie nie patrzeć w kierunku umywalki, wzrok utkwiwszy w pannie Rowle i duchu.
– Mam nazwisko!!! Jestem Marta Warren! – wrzasnęła Marta, głosem tak piskliwym, że Shafiq usta Cathala drgnęły w nerwowym tiku. – Zrujnuję wasze śluby!
– Muszę zapamiętać, aby w razie czego uciec do Vegas – skomentował Cathal, unosząc teraz wzrok ku sufitowi, jakby tam znajdowało się coś ciekawego. – Nie, panno Rowle. Parę lat temu byłem zainteresowany potworami, które ponoć tu się panoszyły i mordowały takie dziewczynki, jak ty. Historia Marty okazała się jednak… wyjątkowo mało interesująca.
Marta uniosła się, a jej dłonie trzęsły się ze złości. Widać oskarżenia o to, że historia jej śmierci nie była ciekawa, przekraczały już poziom tolerancji ducha. Prawda była zresztą taka, że sama w sobie opowieść rzeczywiście była nudna.
Byłaby.
Gdyby nie ten cholerny wąż przy kranie, gdyby nie legenda Slytherina, gdyby Cathal wciąż nie zastanawiał się, jakie słowa w obcym języku usłyszała dziewczyna…
– Mam nadzieję, że on cię zamorduje! Jak wtedy zamordowano mnie! – zawyła, wskazując przy okazji palcem na Cathala, nie uściślając, czy to on ma mordować Helloise, czy może jakiś tajemniczy „on” (tajemniczy, bo Marta chyba sama nie wiedziała, kto ją zabił ani nawet jak to zrobił) miałby zamordować Shafiqa.
– Sprawdzamy czy działa? – spytał Cathal niemal uprzejmie, ignorując krzyki ducha i zwracając się do Helloise.