Czy bycie aurorem to był taki światły kierunek zawodowy? Na pewno prestiżowy, tego nie można mu było odmówić, ale trochę czasu trwało, nim Victoria tym aurorem została; czasu, w którym poszukiwała siebie i swojego miejsca, a gdy była tu gdzie była, wcale nie była pewna, czy to było odpowiednie. Czy nie popełniła błędu, czy nie powinna zająć się czymś innym? Rzadko o tym mówiła na głos, bo to przecież nie przystoiło pannie idealnej. Kto jednak, jak nie Primrose, wychowana w tym samym domu, wiedziała sama, jak to wyglądało? Jaką nakładano na nie presje, czego wymagano… więc to, że Primrose, gdy zobaczyła swoje wyniki egzaminów, zapłakała wiedząc, że nic z jej marzeń nie będzie, że ideał był niedościgniony, Victorię nie zaskoczyło ani trochę. Patrzyła teraz na siostrę z pewnym współczuciem, zupełnie nieświadoma tego, że Pierwiosnek najchętniej by jej wtedy pocięła mundur.
– Kiedy zaczęłam pracować w BUM-ie – a poszła do BUMu wiedząc już dokładnie, że celem jest mundur aurora; że Brygada Uderzeniowa to tylko krótki przystanek. – Na pewno nie myślałam sobie, że to będzie wyglądać… aż tak – zmiany o różnych dziwnych godzinach, nadgodziny? Liczyła się z tym. Ale wtedy nie sądziła, że na horyzoncie pojawi się ktoś tak zdeterminowany jak psychopata Voldemort. Że ich rodzinny dom spłonie, bo Czarny Pan zechce pokazać Anglii, nie, całemu światu, swoją potęgę. – Wolę nie myśleć o tym, jak się czuję – przyznała z rozbrajającą szczerością. – Nie mam teraz czasu na myślenie o sobie – a Victoria trochę bała się wniosków, do których mogłaby dojść. Teraz były ważniejsze sprawy niż jej uczucia. Trzeba było wejść w tryb przetrwania, zająć się rodziną, bliskimi, sprawami w pracy, a nie… sobą. Na to przyjdzie odpowiedni czas.
Mrugnęła kilka razy, zupełnie nieskładnie, patrząc na samotne krzesło, nie oponowała, gdy Primrose puściła jej dłoń i ruszyła pierwsza, a Victoria po chwili za nią.
– Eeee – wyrwało jej się, jakże inteligentnie. – Znam głęboko religijnego egzorcystę – powiedziała w końcu, kiwając głową to w jedną, to w drugą stronę. Jak u licha, czemu to krzesło było w tak dobrym stanie…? – Ale nie cieślę, nie – dodała, zupełnie niepotrzebnie i wydobyła z kieszeni swoją różdżkę, bliźniaczo podobną do tej, której właścicielką była Primrose – a przynajmniej tak było kiedyś, bo Victoria nie wiedziała, czy coś się nie zmieniło. – Może ja spróbuję po prostu… – urwała po czym po chwili wahania machnęła różdżką, chcąc się upewnić, że nie kręci się tutaj żadna magia trzymająca to cholerne krzesło w miejscu.
// Rozpraszanie ◉◉◉◉○
Sukces!