• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence

[10.10.1972, sen] happier than ever? | Benjy & Prudence
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#11
23.02.2026, 22:09  ✶  

Nie wszystko dało się zaplanować. Niektóre decyzje potrzebowały odpowiedniej chwili, aby zostać podjęte. Tak skutecznie broniła się przed swoimi myślami, nie dopuszczała ich do siebie, że wierzyła w to, że to co robiła jest słuszne. Wystarczyło jednak, aby znalazła się na tym ołtarzu, a dotarło do niej, jak wielki błąd popełniała. Nie zastanawiała się długo, nie szukała najbardziej odpowiedniego rozwiązania, tak właściwie istniało chyba jedno wyjście z tej sytuacji i to je wybrała. Wydawało jej się to oczywiste, zwłaszcza, kiedy zobaczyła jego sylwetkę w bocznej nawie katedry. Wystarczyło, że na niego spojrzała, serce zabiło jej szybciej i doskonale wiedziała, co miała zrobić. Nie było odwrotu, tylko krok, jeden, drugi trzeci, który wyprowadził ich z miejsca, w którym przed chwilą się znajdowali, w którym miała zostać czyjąś żoną.

Świeże powietrze przyniosło ulgę, ciężar powoli spadał z jej wnętrza. Nie czuła już tej pętli zaciskającej się na szyi, która jeszcze przed chwilą sprawiała, że wydawało jej się iż zaraz przestanie oddychać. To było dobrym znakiem. Miała świadomość, że wpływ na to miała jeszcze obecność mężczyzny na którym zawsze jej zależało, któremu obawiała się wyznać to, co do niego czuje, czyny jednak mówiły same za siebie. Nie zawahała się nawet przez moment, nie było w niej strachu, nie obawiała się podjąć tej decyzji, chociaż nie miała pojęcia, co właściwie ona za sobą niosła poza tym, że nie popełniła największego błędu swojego życia.

Drzwi się za nimi zatrzasnęły chwilowo oddzielając ich od tego, co się wydarzyło. Nie miało to potrwać długo, w końcu ktoś pierwszy ruszy za nimi, na pewno zgromadzeni w katedrze ludzie mieli pytania, na które chcieli uzyskać odpowiedzi, chociaż te wydawały się oczywiste. Wyszła stamtąd z mężczyzną, uciekła z ołtarza podczas składania przysięgi, nie zamierzała tam wrócić, nie zamierzała nikomu tłumaczyć się ze swojego zachowania, nie teraz. Jasne, powinna coś powiedzieć rodzicom, najpierw jednak sama musiała to przetrawić, musiała ułożyć sobie wszystko w głowie. Póki co sama nie wiedziała przecież co dalej. Grunt, że nie tkwiła tam, nie powtórzyła tych słów, które uwięziłyby ją w złotej klatce. Poczuła lekkość, w końcu wydawało jej się, że postępuje tak jak powinna.

Wpatrywała się w stojącego przed nią mężczyznę przez chwilę, tak długą na jaką pozwalała im sytuacja, wiedziała, że nie mogą tu utknąć, stać w miejscu, bo za chwilę ich spokój zostanie zakłócony. Próbowała dostrzec, co zmieniło się w jego twarzy, w jego spojrzeniu, nie dostrzegała jednak wielu zmian, nadal wyglądał jak ten, w którym się zakochała, a przecież nie widziała go od kilku lat, sama do tego doprowadziła.

- Jakby to było najgorsze z czego miałbyś się tłumaczyć. - Dostrzegła ten gest, zauważyła, że wyciągnął dłoń w jej kierunku, że chciał zapiąć pierwszy z guzików jednak tego nie zrobił. Zastanawiała się czym było spowodowane to zawahanie, nie miała jednak zbyt wiele czasu, aby na tym się skupiać. Uniosła dłonie i zaczęła zapinać guziki, jeden za drugim, tak jak powiedział. Nie sądziła, aby był sens z tym dyskutować, chociaż nie wydawało jej się to znajdować wysoko na ich liście priorytetów w tej chwili, jednak to robiła, całkiem szybko jak na to, że jej ręce odrobinę się trzęsły. Nie było jej chłodno, schodziły z niej wszystkie emocje, które zaczęły ją wypełniać, nie do końca więc panowała nad swoimi palcami, zajęło jej to trochę dłużej niż powinno, ale Prue udało się dobrnąć do końca.

Wiosenny wiatr był orzeźwiający, nie pozwalał się zapominać, raczej przypominał o tym, że powinni się ruszyć, chociaż miała mu tyle do powiedzenia, nie mogła sobie jednak na to pozwolić, to nie był odpowiedni moment, później, mieli jakieś później, nawet jeśli tylko chwilowe, być może wtedy zrzuci z siebie resztę ciężaru, podzieli się z nim tym, co nie chciało przejść jej przez usta od tak dawna. Najpierw jednak musieli się stąd oddalić, zauważyła, że zaczął przygotowywać plan, widziała, jak spoglądał przed siebie, jak coś szacował, układał w głowie plan ucieczki, była co do tego przekonana.

Wyłapała jego skinięcie głową, nie było sensu udawać, że miała sobie poradzić z biegiem, nawet jeśli miała to być tylko krótka chwila, wolałaby, żeby uniknęli niepotrzebnych komplikacji, które mogły ich spowolnić, a jej dzisiejsza garderoba... mogła tylko i wyłącznie je spowodować. Buty, sukienka nie były przystosowane do takich aktywności, podłoże też nie należało do tych współpracujących, warto było więc przemyśleć inne dostępne opcje, może nie mieli na to zbyt wiele czasu, ale jak zawsze konsultowali się jeśli chodzi o plan, nawet ten wymyślany na poczekaniu.

- Jeśli to będzie konieczne, to nie będę miała z tym problemu. - Była gotowa na to, żeby sięgnąć po te dość drastyczne środki, chociaż wiedziała, że w biegu mogło to nieco komplikować sprawę, a jako, że wymienił inne dostępne możliwości, to raczej nie brała tej pod uwagę. Jak całkiem dobrze zauważył to byłby zupełnie inny rodzaj spektaklu, którego wolałaby uniknąć, przedstawienie, które mieli za sobą wzbudzało wystarczającą ilość emocji. - Nie udawaj, że przejmujesz się tym, czy ktoś Cię lubi, czy wręcz przeciwnie. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, to było nie najgorszym wytłumaczeniem, jednak doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że raczej spływało po nim to, co ktoś sobie o nim myślał.

Nachylił się nad nią, zbliżył się blisko, bardzo blisko. Nie odrywała nawet na moment od niego swoich brązowych oczu, dostrzegła te pojedyncze spojrzenia, które rzucał w głąb ulicy, miał plan, widziała to po tym, jak się zachowywał, spowodowało to, że przestała się denerwować, nie było sensu się denerwować, on zawsze miał jakiś plan, wymyślał je na poczekaniu, co najważniejsze były to działające plany. - To naprawdę wspaniała wiadomość. - Nie dało się temu zaprzeczyć, bieganie mogło im utrudnić ucieczkę, a wręcz nawet okazać się ogromną przeszkodą w jej powodzeniu.

Dopiero gdy zobaczyła blask, który mignął jej przed oczami, kiedy uniósł w powietrzu kluczyki dotarło do niej, że ta wiadomość nie była, aż taka wspaniała jak jej się mogło wydawać, przygryzła usta, nie mieli jednak innego wyboru, musiała mu zaufać, zawsze mu ufała, nie mogło być inaczej i tym razem, wyciągnęła dłoń, aby je od niego przejąć, zamknęła je w dłoni, czuła pod opuszkami palców chłód metalu.

- Po tym co razem przeżyliśmy nie powinnam mieć problemów z zaufaniem do twojego wątpliwego poczucia odpowiedzialności, prawda? - Wiele razy udało im się razem wykaraskać z najbardziej paskudnych sytuacji, wcale nie potrzebowała jego potwierdzenia, doskonale wiedziała, że nie powinna mieć najmniejszych problemów z zaufaniem. Nie zrobiłby jej krzywdy, celowo, czy też przypadkiem. Na pewno uda im się w jednym kawałku dotrzeć do celu, to, że aktualnie nawet nie wiedziała, jaki właściwie był ich cel, niczego nie zmieniało. Musieli opuścić to miejsce jak najszybciej, nie marnować czasu, jeśli zrobią to w ten sposób, to mogli mieć pewność, że nikt za nimi nie podąży, nie odnajdzie ich, a to było na pewno sporym plusem.

Poprawiła płaszcz, delikatnie poruszyła go wolną ręką, była gotowa na to, co miało nadejść, gdy wspomniał o tym, że na ręce będzie najlepiej pokiwała jedynie głową, zgadzając się na tę opcję, zresztą pozwoliła, aby to on zadecydował, to jemu w tej chwili miało być wygodniej, bo był ich nogami, a ona ciężarem - jak zazwyczaj. Przysunęła się nieco, kiedy się nachylił, przymknęła oczy, gdy zaczął podnosić ją nad ziemią. Wiedziała, jak musiała wyglądać ta scena, w tej chwili nawet ją to bawiło, objęła jego szyję rękoma, oparła swoją głowę o jego klatkę piersiową, uśmiechnęła się do siebie, kiedy poczuła pod sobą ciepło jego ciała, nie miała pojęcia, jak jej tego brakowało. - Oby faktycznie nas to uchroniło przed bliskim spotkaniem ze żwirem. - Dodała jeszcze, chociaż wiedziała, że do tego nie dopuści, znała go zbyt dobrze, nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. - To co, czas na nas? - Zapytała jeszcze, zza drzwi zaczęły dochodzić jakieś dźwięki, stukot, być może sto, co sugerowało, że faktycznie lepiej dla nich jeśli zaczną się stąd zbierać, bo za chwilę będą musieli zmierzyć się z obecnością kogoś z obecnych w katedrze.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
24.02.2026, 02:36  ✶  
Wiatr poruszył materiałem białej sukni Prudence, gdy tylko stanęliśmy na ścieżce, a drzwi odcięły nas od wnętrza katedry, przyniósł ze sobą zapach wilgotnej ziemi i chłód nadciągającego wieczoru. Wiosna - nowy początek, albo koniec, granica między nimi była cienka jak ostrze noża, na którym postawiliśmy dzisiaj wszystko, decydując się na tak dramatyczne wyjście. Stałem nieruchomo przez te kilka sekund, które mogliśmy sobie jeszcze ukraść, i nawet w myślach nie próbowałem rozbroić tego momentu żartem ani tym bardziej ruchem, chociaż byłem w pełni świadomy każdej sekundy przeciekającej nam przez palce szybciej, niż powinna - czas nie zamierzał na nas czekać - wiedziałem, że nie mogliśmy tu zostać, ponieważ już za chwilę ktoś miał otworzyć te drzwi, krzyknąć imię mojej przyjaciółki, próbując przywrócić porządek, który właśnie zburzyliśmy. Mimo to przez tę krótką chwilę pozwoliłem sobie po prostu patrzeć na kobietę, która była mi bliska i daleka, jedno i drugie na raz. Widziałem sposób, w jaki jej spojrzenie przesunęło się po moich oczach, po linii szczęki, po ustach, jakby sprawdzała, co zostało, a co zniknęło z tej osoby, którą niegdyś znała. Miałem wrażenie, że robię to samo, chociaż podświadomie wiedziałem, że nie zobaczę wszystkiego - część rzeczy nie zostawiała śladów widocznych z zewnątrz, zmieniała tylko sposób, w jaki człowiek stał, oddychał, patrzył, a nie rysy twarzy, per se. Mimo to szukałem śladów lat, które minęły między nami, szybko dochodząc do prostego wniosku - one nie miały jednego konkretnego miejsca, w którym by się wyryły, były wszędzie i nigdzie jednocześnie - każdy szczegół jej twarzy był znajomy i obcy jednocześnie, była dojrzalsza, cień zmęczenia, którego wcześniej u niej nie dostrzegałem, nawet podczas trudnych dni, układał się gdzieś w kącikach jej oczu, ale pod tym wszystkim była ta sama osoba - ta, którą znałem na pamięć, lepiej niż powinienem, w której się zakochałem w sposób tak cichy i nieodwracalny, że nawet teraz nie potrafiłem wskazać momentu, w którym to się zaczęło - ta sama, którą straciłem, bo żadne z nas nie potrafiło zrobić kroku we właściwą stronę we właściwym czasie. Nigdy nie dowiedziałem się, czy było temu pisane wyłącznie miano „bliskiej przyjaźni”, bo zamiast odbyć tę rozmowę, robiliśmy dosłownie wszystko, by rozmawiać na inne tematy - paradoksalnie - nawet te znacznie bardziej intymne, dotyczące fizyczności, ale nie bliskości. To była ta sama osoba, do której mówiłem o hipotetycznych „innych kobietach”, samemu nieudolnie tłumiąc w sobie złość na myśl o hipotetycznych „absztyfikantach”, tak - hipokryzja aż ode mnie ziała, najwyraźniej na tyle mocno, że byłem w stanie pojawić się na ceremonii zamążpójścia kobiety, do której nigdy nie powiedziałem jednego, prostego „kocham cię”, nieświadomie stając się uczestnikiem skandalu miesiąca i nawet nie mając żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu. Prue opuściła ołtarz z własnej woli, racja, dopiero teraz wyglądała, jakby mogła oddychać, więc czułem się jak w pełni usprawiedliwiony palant.
Skinąłem głową, bardziej do siebie niż do niej, zarzucając na nią mój płaszcz i poprawiając materiał - to był krótki kontakt, ale wystarczający, żeby poczuć impuls, który przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa. Odwracając wzrok, popatrzyłem przed siebie, mierząc odległość do przebycia - sto metrów, może trochę więcej, może odrobinę mniej - żwir, ulica, motocykl zaparkowany tam, gdzie zostawiłem go z myślą, że będę potrzebował szybkiej drogi ucieczki, chociaż nie spodziewałem się, że nie będę uciekał sam, i to dosłownie, nie metaforycznie. Od początku raczej sądziłem, że w pewnym momencie wymknę się bocznym wyjściem z nawy, walcząc z sercem w gardle i robiąc wszystko, by jak najszybciej zapomnieć o tym, co widziałem, miałem wyjechać stąd z ciężarem wspomnienia, nie z kimś, o kim nie potrafiłem zapomnieć - to miała być ucieczka przed nią, może przed samym sobą, nie nasza wspólna, a jednak…
Kątem oka dostrzegłem, że kolejny wiosenny podmuch poruszył brązowymi włosami Prue i skrajem mojego czarnego płaszcza, który teraz spoczywał na jej ramionach, mieszając zapachy docierające do moich nozdrzy i wyrywając mnie z tego sekundowego zamyślenia. Pachniała tak samo, nawet w takim dniu, to uderzyło mnie niespodziewanie, niemal brutalnie, jak coś, czego nie dało się zapomnieć, chociaż próbowało się latami. Moje serce waliło zbyt szybko, czułem je w klatce piersiowej, w gardle, w nadgarstkach. Każdy dźwięk za naszymi plecami był potencjalnym początkiem końca tej krótkiej, absurdalnej wolności, ale to nie to powodowało wzrost mojego tętna. Była bliżej, niż przez ostatnie kilka lat, bliżej, niż pozwalałem sobie wyobrażać, w bieli, która nie należała już do nikogo poza nią samą, z kontrastującym barwą okryciem wierzchnim, które narzuciłem na jej ramiona, jakby to mógł być pancerz przeciwko temu wszystkiemu, co dopiero miało nadejść. Przesunąłem spojrzeniem po linii guzików, upewniając się, że materiał przylegał wystarczająco ciasno, i przez ułamek chwili naprawdę chciałem samodzielnie zapiąć ten pierwszy guzik. Chciałem mieć pretekst, żeby dotknąć jej bez konieczności tłumaczenia się z tego przed samym sobą, ale coś mnie zatrzymało - to nie była granica, którą sami sobie kiedyś narzuciliśmy, tamta bliskość pozwoliłaby mi to zrobić, chociaż teraz byliśmy już tylko cieniem przeszłych wersji dwojga bliskich sobie ludzi - przesunąłem jeszcze raz spojrzeniem po sylwetce Prudence, od twarzy w dół, po linii płaszcza, który przykrywał suknię, po jej dłoniach, które jeszcze walczyły z guzikami, aż do czubków butów. Za naszymi plecami świat jeszcze nie zdążył nas dogonić, ale to była kwestia czasu, nie mogliśmy się ociągać. Cofnąłem dłoń o kilka centymetrów, nie sugerując już niczego, co chciałbym zrobić, pozwalając Prue w pełni przejąć tę czynność, nawet jeśli w głębi duszy pragnąłem uczynić coś zupełnie innego - miałem przemożną ochotę ciaśniej otulić ją moim płaszczem, przeplatając guziki przez dziurki, mimo że doskonale radziła sobie sama, więc wcisnąłem dłonie w kieszenie, jak masochista, by nie zrobić niczego, czego bym potem żałował. Wbiłem wzrok w horyzont, jakbym zastanawiał się nad drogą do przebycia, tymczasem w rzeczywistości myślałem wyłącznie o tym, że zbyt dobrze pamiętałem, jak to było dotykać jej bez zastanowienia, impulsywnie, ot tak. Nie chodziło o fizyczny dystans, chodziło o coś innego, o to, jak bardzo byłem świadomy, iż jeśli tylko pozwolę sobie na zbyt wiele drobnych gestów, zacznę zapominać, że dopiero co zrezygnowała z własnego ślubu z człowiekiem, którego nie miałem okazji poznać, i którego przecież nie mogłem próbować zastępować, bo nagle postanowiłem skrócić nasz dystans - nawet jeśli to nasze porozumienie byłoby jak powrót do języka, którego nie używałem od dawna, a który mimo to pamiętałem płynnie.
Przeniosłem spojrzenie z powrotem na nią, odruchowo ponownie nachylając się bliżej niż to było wskazane - nie dlatego, że chciałem ją przytłoczyć, po prostu potrzebowałem ponownie zobaczyć każdy szczegół tego, czego nie miałem okazji widzieć przez lata nigdzie indziej, niż tylko we własnych snach - brązowych oczu okolonych długimi rzęsami, oddechu drżącego w piersi, lekko zmarszczonego czubka nosa z kilkoma absurdalnie uroczymi piegami, lekkiej dysproporcji pomiędzy górną a dolną wargą - i chociaż tłumaczyłem sobie, że robiłem to, by upewnić się, czy była gotowa, i czy rozumiała, że nie mieliśmy już drogi powrotnej do tego, co było jeszcze pół godziny temu… Nie wątpiłem w to, nigdy nie poddawałem w wątpliwość jej zdolności do robienia rzeczy, które ją przerażały, jeśli tylko podjęła decyzję, by zawalczyć o własne potrzeby. Problem polegał na tym, że świat rzadko dawał jej przestrzeń, żeby podejmować kroki zgodnie z wolą serca - prawda? To zawsze nas od siebie oddzielało, Prudence nigdy nie była impulsywna, nie robiła rzeczy pod wpływem emocji, bez uprzedniego przemyślenia konsekwencji, zawsze była rozsądniejsza, gdy chodziło o plany na resztę życia, nie tylko do końca dnia. Tym bardziej teraz wiedziałem, iż jej decyzja nie była wyłącznie porywem bez znaczenia - musiało stać za tym coś więcej, w głębi duszy liczyłem, że wyjaśni to rozmowa, której nie mogliśmy tu przeprowadzić, a na którą z pewnością warto było czekać. Minęły lata - lata, w których każde z nas nauczyło się żyć bez drugiego, przynajmniej na powierzchni, lata, które miały prawo zmienić wszystko, jednak jednak kiedy patrzyłem w jej oczy, widziałem tę samą osobę - nadal wyglądała jak ktoś, kto potrafił wywrócić moje życie jednym spojrzeniem. Kobieta, która kiedyś siedziała obok mnie na zimnym piasku i mówiła rzeczy, których nie mówi się nikomu innemu - ta, która potrafiła spojrzeć na mnie w taki sposób, że świat tracił ostrość na obrzeżach.
- Och, wierzę. - Odpowiedziałem spokojnie, kiwając głową. - Zawsze miałaś ukryty talent do dramatycznych gestów. Po prostu rzadko dawałaś mi okazję, żebym mógł je zobaczyć na żywo. - Spojrzałem w dół na nią, z ukosa, na sposób, w jaki uśmiechała się lekko, jakby to wszystko było jednocześnie absurdalne i właściwe. Wyglądała jak ktoś pomiędzy światami - jeszcze nie należała do tego, do którego zmierzaliśmy, gdziekolwiek i jakikolwiek był, już nie należała do tego, który zostawiła za sobą, a który na pewno nadal miał chęć, by upomnieć się o wyjaśnienia.
Serce waliło mi szybciej, niż powinno, zwłaszcza jak na człowieka o wielu dotychczasowych przewinieniach - była w tym racja - lista rzeczy, z których powinienem się tłumaczyć przed światem, była długa, chociaż niekoniecznie istotna w tej chwili, poza faktem, iż raczej nie zaczynała się od hipotermii panny młodej - to nie było nawet w pierwszej trójce. Słysząc to, wydobył się ze mnie cichy, ochrypły oddech, który mógł być śmiechem, a mógł być czymś zupełnie innym. Kącik moich ust uniósł się minimalnie, chociaż nie było w tym prawdziwego rozbawienia, w końcu oboje doskonale wiedzieliśmy, że gdybyśmy zaczęli punktować niekoniecznie społecznie akceptowalne uczynki, z których powinienem się kiedyś komuś wyspowiadać, stalibyśmy tutaj co najmniej do jutrzejszego poranka, a jakiś Macmillan na poważnie rozważałby ścieżkę kariery, jaką wybrał. Porwanie cudzej przyszłej żony sprzed ołtarza wypadało jednak całkiem nieźle na tle mojego podsumowania, plasowało się jako względnie elegancki podpunkt świadczący o tym, że wciąż jeszcze było mnie stać na kreatywne, raczej niepowtarzalne wyczyny - zdecydowanie chciałem, by to się działo po raz pierwszy i ostatni - nie ze względu na moją opinię, tylko na to, jak bardzo to byłoby niefortunne, gdybyśmy znowu odwlekli rozmowę, która mogła nas doszczętnie pogrążyć albo ostatecznie ocalić. Nie mogłem sobie na to pozwolić, nie po czymś takim, choć nie wiedziałem, co będzie dalej.
- Masz mnie, Pruey, wciąż jestem głęboko oddany idei bycia źle rozumianym. - Odpowiedziałem z tym samym, ledwie widocznym ruchem ust, czymś na kształt przelotnego uśmiechu. Przez lata pracowałem nad reputacją człowieka o wątpliwej moralności i jeszcze bardziej wątpliwym instynkcie samozachowawczym. - Zresztą… Nigdy nie twierdziłem, że mam dobre nawyki społeczne. - Moje oczy zatrzymały się na jej twarzy na sekundę dłużej, niż sytuacja na to pozwalała, i przez chwilę miałem ochotę mrugnąć porozumiewawczo, chociaż to sobie darowałem. Moje serce waliło zbyt szybko, jak na sytuację, w której powinienem być chłodny i skupiony, adrenalina tłumaczyła wiele rzeczy, ale nie wszystko - nie to, w jaki sposób reagowałem na jej bliskość, ani nie to, jak absurdalnie znajome było to napięcie między nami, jakby nie minęły lata, tylko kilka dni. - Tylko że czasem staram się nie dawać ludziom bardzo konkretnych powodów, żeby mnie ścigali. - Prawie się uśmiechnąłem, tym razem z większym rozbawieniem. Jasne, oczywiście, kiedyś otaczałem się gronem ludzi, byłem kimś popularnym na tle innych dzieciaków, może nawet lubianym, teraz też nie stroniłem od znajdowania się w większej grupie, trudno było mnie nazwać kompletnym odludkiem, ale nie przejmowałem się tym, co o mnie mówiono - nigdy się nie przejmowałem - nie w sposób, który miał znaczenie. Nie potrzebowałem bezmyślnej aprobaty, kiedyś zdecydowanie zbyt często mnie spotykała, bym teraz zamierzał dawać się na nią nabierać. Nie, nie przejmowałem się, co banda weselników zgromadzonych w katedrze miała sobie pomyśleć o mojej osobie, tym bardziej, skoro nie zamierzałem nigdy więcej pojawić się w kowenie Whitecroft, a prawdopodobnie również na Wyspach, bo i je również zamierzałem niedługo opuścić. Ponadto nigdy tak naprawdę nie interesowałem się opiniami tych, którzy nie znali mnie naprawdę, a do nich zaliczała się również większość krewniaków Prue, liczyła się dla mnie stamtąd wyłącznie dwójka osób, natomiast w tym momencie wyłącznie zdanie głównej zainteresowanej miało znaczenie - zawsze miało, nawet wtedy, gdy milczała, nie mówiąc mi wszystkiego, o czym myślała - problem w tym, że nie wiedziałem nic na temat pana młodego i tego, na co było go stać, i raczej nie chciałem, byśmy z Prudence oboje stali się obiektami zbytniego zainteresowania socjety, już przez to przechodziłem i to nie była dobra zabawa. Automatycznie przesunąłem się pół kroku bliżej, jakbym mógł zasłonić ją własnym ciałem przed czymkolwiek, co mogło nadejść, szykując się do dalszej części naszego planu. Nie wyjaśniłem tego, co mieliśmy zrobić, nie musiałem, nie było czasu na dłuższe rozmowy, debaty, na to wszystko, co wisiało między nami, gęste, niewypowiedziane - nie mogliśmy się tym zająć, bo czas nie był naszym sprzymierzeńcem, jak zresztą zawsze - wyciągnąłem kluczyki z kieszeni i uniosłem je na chwilę między nami, metal błysnął w przygasającym świetle dnia - kolejny symbol wszystkiego, co było irracjonalne w tym planie. Nie pytała, czy dam radę, nie pytała, czy to bezpieczne, po prostu je wzięła, uprzednio przygryzając wargę - jej dłoń sięgnęła po nie bez wahania, zamknęła je w palcach - patrzyłem na ten gest z dziwną intensywnością, na zaufanie zawarte w czymś tak prostym, ale też na usta, na te przygryzane usta, starając się nie myśleć o tym, jak mogły smakować.
- Jak zawsze. - Mruknąłem, parskając cicho, praktycznie bezgłośnie, by otrzeźwieć. - Pozwalasz mi wykonywać najbardziej podejrzaną część planu. - Spojrzałem jeszcze raz na jej buty, na żwir pod nimi, na wąską linię materiału wokół jej nóg. Wiatr przesunął się między nami, chłodny i trzeźwiący, przyniósł ze sobą zapach wilgotnej ziemi i czegoś jeszcze - wolności, a może zmian. - Twoja wiara w moje najgorsze cechy zawsze była poruszająca. - Nasze spojrzenia spotkały się znowu i przez sekundę nie było niczego poza tym momentem - żadnej katedry, żadnych gości, żadnego świata poza nami - jej twarz była tak blisko, wystarczyłoby się pochylić, przestać myśleć. Zamiast tego uśmiechnąłem się lekko, z tym cieniem czegoś, co było jednocześnie żartem i obietnicą, gdy poprawiła płaszcz i pokiwała głową, zgadzając się bez większych słów. Nie czekałem dłużej, nachyliłem się i wsunąłem rękę pod jej kolana, drugą pod plecy, czując, że ciało Prue napięło się lekko w pierwszym odruchu zaskoczenia, zanim pozwoliła mi przejąć ciężar. Uniosłem ją płynnie, przyciągając bliżej, była ciepła, lżejsza, niż powinna być - albo może po prostu nie pamiętałem już, jak to jest ją trzymać. Otulone płaszczem ramiona owinęły się wokół mojej szyi, oparła głowę o moją klatkę piersiową, a ja sekundę przymknąłem oczy. Ten gest był prosty, a jednak niósł w sobie coś absurdalnie intymnego, poczułem to natychmiast - kontakt, którego brakowało mi przez lata, nawet jeśli nigdy nie przyznałem tego na głos.
- Mam bardzo osobisty interes w tym, żebyś nie ucierpiała. - Pochyliłem głowę, moje usta znalazły się bliżej jej włosów, serce waliło mi tak głośno, że byłem pewien, iż mogła je poczuć i usłyszeć. - Nie pozwolę ci zaliczyć gleby w dniu własnego ślubu. - Mruknąłem praktycznie od razu, łagodząc brzmienie tamtych słów, bo przecież to nie była taka chwila, nie ten moment, nie tu, nie tak, nie zamierzałem z nią flirtować ani robić niczego, co nie pasowałoby do roli wynikającej z naszej „bliskiej przyjaźni”. Materiał sukni przesunął się po moich przedramionach, żwir zaskrzypiał mi pod butami, gdy poprawiłem chwyt, powstrzymując się od jeszcze głębszego pochylenia się w kierunku jej warg. - To byłoby nieeleganckie. - Spojrzałem w stronę ulicy, potem z powrotem na nią, moje ciemne oczy zatrzymały się na jej twarzy na jedną sekundę dłużej, niż było to konieczne. - Poza tym ta suknia wygląda na trudną do naprawienia. Nieuszkodzona będzie więcej warta, jak cię wydziedziczą. - To był niemrawy żart, wcale nie chciałem jej dobijać, na pewno to wiedziała. Potrzebowałem ukierunkować myśli, odruchowo sięgałem po słowa, bo ta bliskość była niemal dezorientująca - zapach włosów, ciepło ciała, ciężar, który nie był ciężarem, tylko przypomnieniem wszystkiego, co kiedyś było naturalne - czułem się, jakbym znowu miał dwadzieścia lat.
Prawie nie zauważyłem, że za drzwiami coś stuknęło, bliżej niż wcześniej, dopiero jej pytanie uświadomiło mi, że musieliśmy ruszać - teraz, nie zaraz, najlepiej dwie minuty temu.
- Zdecydowanie. - Parsknąłem cicho, tym razem z czymś bliższym rozbawieniu z łamania prawa, nawet jeśli tylko społecznego, robiąc pierwszy energiczny krok. Spojrzałem w dół ścieżki, potem ponownie na nią, na jej twarz, na oczy, które wciąż były skupione na mnie, z zamiarem jak najszybszego zabrania nas z okolic ołtarza. Nie myślałem o tym, co będzie za godzinę, nie myślałem o konsekwencjach, myślałem tylko o tym, żeby nie zwolnić, reszta miała się ułożyć sama - jak zawsze w naszym przypadku.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#13
24.02.2026, 21:44  ✶  

Potrzebowali tej krótkiej chwili, aby jakoś odnaleźć się w tym wszystkim. Był to tylko moment, kilka sekund wyrwane rzeczywistości, kiedy mogli zastygnąć. Sprawdzić, czy pojawiły się jakieś zmiany, przynajmniej te widziane na pierwszy rzut oka, zobaczyć, czy w spojrzeniach nadal dało się odnaleźć, to co pamiętali. Miała wrażenie, że minęło naprawdę wiele czasu od ich ostatniego spotkania, ale jednak czuła, że nic się nie zmieniło, jakby to, co ich łączyło nie był w stanie naruszyć upływ czasu. Być może było to tylko pozorne, chociaż nie wydawało jej się. Niektóre rzeczy zawsze pozostawały takie same, czuła, że to samo działo się z ich więzią. Nadal mu ufała, wierzyła, wiedziała, że chciał dla niej dobrze, nie sądziła, aby kiedykolwiek miało się to zmienić, była pewna tego, że i temu, co ona czuła nic nie groziło. Zawsze miał mieć specjalne miejsce w jej sercu, doskonale zdawała sobie sprawę. Powinna była mu kiedyś o tym powiedzieć, wspomnieć chociaż słowo, przestać pozwalać zamykać to co w niej rosło w tych niewygodnych ramach przyjaźni, jednak trudno jej było to zrobić, a przecież raczej nie brakowało jej odwagi, kiedy na czymś bardzo jej zależało. W tym przypadku jednak obawiała się tego, że mogła wszystko zniszczyć, lepsze było milczenie, niewiedza, niż świadomość, że mógłby nie czuć tego samego co ona. Wolała pozwolić mu odejść, niż się sparzyć. Nie była z tego powodu szczególnie dumna, wręcz przeciwnie, miała do siebie żal, że przez lata dusiła to wszystko w sobie i nie potrafiła zebrać się na wyznanie swoich uczuć.

Tak bardzo przed tym uciekała, że była w stanie podążać drogą, którą widzieli dla niej inni. Była gotowa stanąć na tym ołtarzu, związać się na zawsze z kimś kogo nawet nie do końca lubiła tylko po to, żeby mieć ten pozorny spokój, jakby z czasem miała odnaleźć się w tym życiu, przy boku tamtego mężczyzny, jakby to, co w niej siedziało miało z tego powodu zupełnie przestać istnieć. Wiedziała, że tak się nie dało, nie mogła tak po prostu zapomnieć o tym co czuła, męczyłaby się, dotarłoby do niej, że zatraciła część siebie, byłaby nieszczęśliwa do końca swojego żywota. Kiedy więc przed jej oczami pojawiły się te wszystkie obrazy, wspomnienia podjęła całkiem prostą decyzję, postanowiła odejść, nie pozwolić sobie na to, aby żałować tego do końca życia. Oczywiście, że wszystko ułatwiła jego obecność, świadomość, że pojawił się tu mimo jej milczenia, powodowało to drobną nadzieję, że być może miał ku temu jakiś większy powód, że może chciał sprawdzić, czy faktycznie była szczęśliwa, czy była pewna. Nie rozważała tego teraz, nie musiała, grunt, że znajdowali się razem, na zewnątrz z dala od wszystkich innych, że mogli się jeszcze raz spotkać, zobaczyć jak się miewają, jakby wcześniej ktoś im tego zabraniał, jakby sami sobie tego nie zrobili, zupełnie bez potrzeby.

Poczuła ciężar jego płaszcza na swoich ramionach, jakoś udało jej się zapiąć wszystkie guziki, chociaż to proste zadanie kosztowało ją więcej skupienia niż mogła się spodziewać. Starała się jednak działać metodyczne, jakby nic takie się właśnie nie wydarzyło, jakby przed chwilą wcale nie została uciekającą panną młodą.

- Gdybyś częściej je oglądał, to nie robiłyby na Tobie żadnego wrażenia. - Wpatrywała się w niego jeszcze przez chwilę. Ta rozmowa była lekka, bardzo lekka jak na to, co czekało na nich za drzwiami, nie widać było po ich wymianie zdań tego, że minęło sporo czasu, kiedy ostatnio ze sobą rozmawiali. Zawsze tak mieli, potrafili odnaleźć swój rytm, po prostu pojawiali się przed sobą i rozmawiali, jakby czas wcale nie płynął, jakby nie oddalali się od siebie na długie miesiące, najwyraźniej i minione lata temu nie groziły. Coś się jednak zmieniło, wiedziała, że nie będzie mogła tym razem omijać pewnych tematów, że będzie mu winna wyjaśnienia, jeszcze nie teraz, ale w najbliższym czasie, i nadal się trochę tego obawiała, ale tym razem nie mogła tego uniknąć, to był czas, w którym w końcu wypadało sięgnąć po prawdę, bez względu na to, jak bolesna się mogła ona okazać, zasługiwali na to, a przynajmniej tak się jej wydawało. Być może wtedy łatwiej będzie jej się ze wszystkim pogodzić, przynajmniej będzie wiedzieć, jak to wszystko wyglądało. To był czas w którym powinni pozbyć się wszystkich niedopowiedzeń. Tak sobie założyła, skoro zrobiła ten pierwszy krok, który z pozory wydawał się tylko trudniejszy, to mogła postawić i kolejny.

- Niektóre rzeczy raczej nigdy się nie zmienią. - Wpatrywała się w niego z uśmiechem czającym się w kącikach jej ust. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę. - Być może to społeczeństwo oczekuje nieodpowiednich nawyków? - Benjy był wyjątkowy. Od zawsze. Nie bał się mówić tego co myśli, sięgać po swoje, nie był być może szczególnie delikatny, ale zawsze uważała to za coś interesującego. Nie przejmował się tym, co wypada, co nie wypada, mówił to, co myślał, zawsze mu tego zazdrościła, bo ona nie do końca potrafiła działać w ten sposób. Tylko i wyłącznie przy najbliższych przestawała ważyć słowa, mówiła to, co faktycznie myślała, poza nimi wolała unikać niewygodnych spojrzeń, wtapiać się w tło, bo tak było prościej. On był pod tym względem jej przeciwieństwem, dobrze było mieć kogoś takiego przy sobie, kogoś kto się niczym nie przejmował i zawsze sięgał po swoje, wiele się od niego nauczyła.

- Dobrze, że chociaż czasem, gdybyś robił to za każdym razem, to pewnie wielu pragnęłoby Cię dorwać. - Nie wątpiła w to, że i bez tego sporo osób chciało go złapać. Nie wydawało jej się, aby ktoś miał go ścigać za to, że wyszedł z nią z katedry, w tej chwili pewnie ktoś za moment mógł pojawić się w drzwiach, bo sprawa była świeża, aczkolwiek pewnie szybko rozejdzie się po kościach. Rodziny pogodzą się z tym, co się stało, zresztą poza Eliasem chyba nikt nie miał pojęcia z kim opuściła to miejsce, tak naprawdę nie mogła mieć pewności, że nawet jej brat domyślił się tego, kim był mężczyzna, bo przecież zmienił się przez te wszystkie lata, kiedy się nie widzieli.

Niekoniecznie była zadowolona z tego, w jaki sposób mieli się stąd oddalić, ale się z tym pogodziła. Nie było w niej niepewności, czy sprzeciwu, wręcz przeciwnie - aprobata, zgodziła się na takie rozwiązanie, chociaż nie do końca było to coś, co sama by wybrała. Ufała mu jednak, jak zawsze, nie zadawała więc niepotrzebnych pytań, zamiast tego po prostu przejęła kluczyki i zamknęła je w dłoni, aby przekazać mu kiedy już będą potrzebne. Zrozumiała swoje zadanie, nie było szczególnie skomplikowane, miała je tymczasowo przechować.

- Zawsze byłeś tym od brudnej roboty, nie sądzę, aby kiedykolwiek miało się to zmienić. - Póki co pozwalała sobie jeszcze mu się przyglądać, przez ten krótki moment, nie wątpiła w to, że ta chwila będzie miała istotne miejsce w kolekcji jej wspomnień. Ucieczka sprzed ołtarza zasługiwała na dość wysokie miejsce w hierarchii, na pewno będzie pamiętała jego twarz, oczy, i wiatr który w tej chwili wydawał się być synonimem wolności, którą miała stracić.

- Poruszająca jest moja wiara we wszystkie Twoje cechy, nie tylko te najgorsze, nie wiem czemu zawsze to na nich się skupiałeś. - Nie mogła sobie odmówić ostatniego słowa w tej dyskusji. Zawsze doceniała to, co dla niej robił, być może nie mówiła o tym zbyt często, może za rzadko o tym wspominała, co nie oznaczało, że tego nie zauważała.

Później znalazła się w jego rękach, poczuła to dziwne uczucie, coś sugerowało jej, że znalazła się w domu, a przecież nie powinna w ten sposób o nim myśleć, nie był jej domem, był zawsze raczej przystankiem pomiędzy wszystkim innym, a jednak nie potrafiła pozbyć się tego wrażenia. Przymknęła oczy i pozwoliła sobie przez te kilka sekund się na tym skupić, bo to uczucie było naprawdę przyjemne, tak bardzo różne od tego, co czuła jeszcze kilkanaście minut wcześniej, kiedy znajdowała się w tamtej katedrze.

- Oczywiście, że dla Ciebie to musi być bardzo osobiste. - Pokręciła głową, jej rozwiane włosy połaskotały go po szyi, uśmiechała się do siebie, mógł to wyczuć w tonie jej głosu, wydawał się być wyjątkowo beztroski, nie powinien być tak beztroski w sytuacji, w której się znaleźli. Nie dało się jednak usłyszeć ciężaru podjętej przez nią decyzji, tylko lekkość.

- w dniu niedoszłego, własnego ślubu. - Dodała jeszcze, wolała to sprostować, nie chciała nazywać tego dnia dniem swojego ślubu, na szczęście do niego nie doszło, nie chciała myśleć o tym, jaki byłby to był błąd.

- No tak, zapomniałam jak ważne są dla Ciebie maniery, faktycznie mogłoby to zostać uznane za nieeleganckie, chociaż mam wrażenie, że niektórzy chcieliby to zobaczyć i stwierdziliby, że właśnie na to zasłużyłam. - Nie powinna mieć nawet o to pretensji, bo przecież opuściła to miejsce bez słowa, bez żadnych wyjaśnień, tak po prostu, jakby to nie było nic wielkiego.

Czuła, że serce biło jej coraz szybciej, poprawił chwyt, wiedziała, że to oznacza, że niedługo ruszy przed siebie. Musiała być na to przygotowana, zacisnęła dłonie odrobinę mocniej na jego szyi, nie chcąc znaleźć się na ziemi, chociaż wiedziała, że nie dopuściłby do tego, chciała jednak znaleźć się jeszcze bliżej, a póki co mogło to być uznane za przypadek, potrzebę wynikającą z sytuacji w której się znaleźli. Wiedziała jak to wyglądało, znajdowała się w ramionach mężczyzny, którego nie powinno tutaj być, miała świadomość, że ta sytuacja zostanie odebrana w jeden sposób, nie przeszkadzało jej to zupełnie, chociaż sama nie wiedziała, co miało stać się później.

Uśmiechnęła się jeszcze, kiedy się z nią zgodził, wtedy zrobił pierwszy krok, wtuliła się w niego nieco mocniej, tylko odrobinę, ledwie wyczuwalnie, była gotowa do tego, co mieli zrobić, czekała, aż w końcu faktycznie stąd znikną, aż znajdą się jak najdalej stąd. Nikt nie miał im w tym przeszkodzić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#14
25.02.2026, 18:09  ✶  
W powietrzu czuć było ten specyficzny, przenikliwy zapach odwilży, mokrego kamienia i budzącej się nieśmiało natury, który zawsze kojarzył mi się z nowym początkiem, chociaż dla wielu ten dzisiejszy pachniał raczej katastrofą. Stałem w bezruchu, pozwalając, by chłodny, marcowy wiatr studził buzujące we mnie emocje, i cierpliwie czekałem, aż leciutko drżące palce niedoszłej małżonki uporają się wreszcie z ostatnim guzikiem mojego zbyt obszernego płaszcza - czas na moment stanął w miejscu, podczas gdy ja nie odrywałem wzroku od dłoni Prue, metodycznie zapinających narzucone na nią okrycie - nie robiłem tego dlatego, że ta drobna czynność była ważniejsza niż nasza ucieczka czy narastający wokół nas chaos, ale dlatego, że patrzenie, jak ręce walczą z grubym materiałem, dawało mi kilka dodatkowych sekund na opanowanie oddechu. Musiałem wygrać tę walkę z samym sobą, by nie zrobić czegoś znacznie bardziej nierozsądnego niż porwanie panny młodej, co nie było łatwe po wszystkich wydarzeniach z ostatnich minut. Miałem mętlik w głowie, nawet jeśli starałem się tego nie okazywać, prawdopodobnie tak jak stojąca przede mną kobieta, która jednocześnie była i nie była znaną mi dziewczyną. Dostrzegłem, rzecz jasna, że jej ciało lekko drżało, chociaż twarz Prue - odzyskująca swoje naturalne barwy i łagodnie omywana złotem przez niskie, bladawe słońce - pozostawała nienaturalnie spokojna. Wcale nie wyglądała tak, jakby za wszelką cenę próbowała przekonać samą siebie, że to tylko kolejna zwyczajna czynność, a nie ostateczne spalenie mostów. Nie wyglądała też, jakby przed chwilą, w dusznym blasku świec i przy ciężkim zapachu kadzideł, nie porzuciła całego swojego poukładanego życia. Wyglądała… Stabilnie, jak ktoś, kto był naprawdę pewien podjętej decyzji, a teraz tylko musiał przygotować się, by wziąć na siebie konsekwencje. Całe szczęście - byliśmy tu razem, zupełnie jak kiedyś, mogąc podzielić je po połowie, jeśli tylko właśnie tego chciała. Co prawda, brakowało nam czasu na głębszą rozmowę, jednak wystarczyło kilka spojrzeń, byśmy znaleźli się na tej samej stronie, teraz wystarczyło ruszyć dalej.
Wczesnowiosenne popołudnie powoli przechodziło we wczesny wieczór, kładło się długimi, ciemnoszarymi cieniami na wilgotnym, żwirowanym chodniku - wszystko wokół było jeszcze szare, pozbawione łagodności, skąpane w ostatnich promieniach słońca, lecz pozbawione jasnych, żywych barw - Londyn tą porą roku wydawał się brutalny. W powietrzu czuć było ten specyficzny, ostry zapach odwilży i mokrego kamienia, a także bardzo subtelną nutę kadzidła, bardziej wspomnienie duszącego wnętrza katedry, ponieważ dębowe drzwi prowadzące do nawy pozostawały zamknięte. Gdyby ktoś spojrzał na nas teraz z oddali, z perspektywy prawie pustych ulic, mógłby pomyśleć, że to zwykłe spotkanie - ot, dwoje ludzi stojących na progu monumentalnego budynku, pogrążonych w cichej rozmowie, jednak za naszymi plecami, w mroku katedry, tętniła cisza przed burzą, a biel sukni Prue, wystająca spod ciemnego sukna mojego płaszcza, krzyczała o wszystkim, co właśnie zostało porzucone. Mury wciąż drżały od echa niewypowiedzianych przysiąg, w końcu, jeszcze kilka minut temu, stojąca obok mnie kobieta miała zostać czyjąś żoną.
To właśnie z tą świadomością wpatrywałem się w nią znacznie dłużej, niż rozsądek pozwalał w tej sytuacji, bo przecież czas był teraz czymś boleśnie praktycznym, mierzonym w metrach dzielących nas od motocykla i w decybelach narastającego w środku gwaru - jednak trwałem w tym bezruchu, jakbym miał do dyspozycji całe leniwe popołudnie, a nie zaledwie minuty przed katastrofą. Zmieniła się, oczywiście, że się zmieniła, i łudzenie się, że byłoby inaczej, trąciło absurdem. W jej rysach pojawiło się coś ostrzejszego, jakaś nowa, świadoma linia wokół ust, jakby przez te wszystkie lata nauczyła się dźwigać ciężar rzeczy, o których kiedyś, w przypływie filozoficznych dygresji, rozmawialiśmy tylko teoretycznie, zazwyczaj przy tanim winie i z pewnością, że to tylko gadanie. Jednocześnie, w tym przedziwnym świetle marca, wydawała się nie zmienić ani o jotę, i gdy wiatr szarpnął rąbkiem jej białej sukni wystającej spod płaszcza, wyrywając mnie z zamyślenia, dostrzegłem w niej dokładnie tę samą osobę. Czułem narastającą dezorientację, jakby czas się rozwarstwił, stawiając mnie przed tą samą dziewczyną i zupełnie obcą kobietą jednocześnie - wciąż patrzyła na mnie w ten sam sposób, bez żadnej maski czy dystansu, który próbowaliśmy budować przez lata, najwyraźniej bezskutecznie.
Parsknąłem cicho, a moje spojrzenie prześlizgnęło się po jej twarzy, ostatecznie więznąc w jej oczach.
- Pierdolisz. - Odpowiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał stabilnie mimo szalejącego tętna i serca, którego bicie prawdopodobnie mogła usłyszeć. W istocie - mówiła banialuki - w końcu zawsze potrafiła znaleźć nowe, coraz bardziej spektakularne sposoby, żeby mnie zaskoczyć. - Och, uwierz mi - mruknąłem, przenosząc na chwilę wzrok na ciężkie, dębowe drzwi katedry, jakbym oceniał skalę skandalu, który właśnie wywołaliśmy - nawet jeśli ten konkretny wyczyn ma potencjał, żeby utrzymać swoją wartość rozrywkową przez najbliższe… Pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat. Minimum. - Uniosłem brwi, odchrzakując w ramach teatralnej przerwy. - Nie wierzę w to, że mogłabyś kiedykolwiek zacząć mnie nudzić. - Spojrzałem na nią z czymś na kształt udawanej urazy - naprawdę sądziła, że tak łatwo było stać się kimś takim w moich oczach? Jasne, oczywiście, może niektórzy ludzie rzeczywiście mnie męczyli, ale ona nigdy taka nie była, zawsze potrafiła czymś mnie zaskoczyć i najwidoczniej to się wcale nie zmieniło. Przechyliłem głowę, przyglądając jej się z mieszanką podziwu i niedowierzania, podczas gdy gdzieś w oddali zawył kolejny podmuch wiosennego wiatru, niosąc ze sobą drobinki wilgoci, temperatury może nie były już ujemne, lecz zdecydowanie było mokro i zimno.
-​ Społeczeństwo ma wiele oczekiwań, to fakt. Większość z nich ignoruję z zasady, co zazwyczaj oszczędza mi mnóstwo czasu i nerwów. - Rzuciłem z lekką obojętnością, jeszcze bardziej przechylając głowę, by lepiej przyjrzeć się jej profilowi na tle szarych murów. - Ty też powinnaś spróbować tej metody. Wyraźnie ci służy ten rodzaj buntu, policzki ci pojaśniały. - To jednocześnie było i nie było zaczepką, w końcu zawsze twierdziłem, że najlepszą wersją Prudence Madison Bletchley była ta, która zdecydowanie nie żyła pod cudze dyktando - kiedy robiła coś dla siebie, nie dla innych, zawsze lśniła inaczej, emanowała zupełnie inną energią, szkoda tylko, że pozwalała sobie na to wyłącznie w nielicznych chwilach.
Zawsze byliśmy swoimi przeciwieństwami - moja dziecięca przyjaciółka pieczołowicie ważyła każde słowo na niewidzialnej wadze, ja wyrzucałem je z siebie bez opamiętania, prowokując konflikty tam, gdzie ona szukała spokoju - stanowiliśmy dla siebie bardzo wyraźny kontrast, który stanowił między nami coś w rodzaju przepaści, zwłaszcza przez te ostatnie lata milczenia, a jednak teraz, w tym surowo-majestatycznym świetle gasnącego dnia, czułem się znowu tak, jakby nasze światy się zazębiały, niczym dwa stare, zakurzone tryby, które mimo rdzy, wbrew wszelkiej logice, wciąż potrafiły napędzać ten sam skomplikowany mechanizm. Pomimo tych wszystkich różnic, wciąż się zazębialiśmy, nadal byliśmy w jakiś sposób kompatybilni, i nawet jeśli potrzebowaliśmy chwili, by odzyskać dawny rytm, nie zajęło to dłużej niż pół minuty. Całe szczęście, bo wiedziałem, że zaraz ktoś wybiegnie na zewnątrz - ta bańka, w której tkwiliśmy, miała pęknąć pod naciskiem rzeczywistości.
- Och, jestem pewien, że lista jest już wystarczająco długa. - Mruknąłem, zgadzając się z nią, chociaż oboje wiedzieliśmy, że właśnie dopisujemy do niej kilka kolejnych nazwisk i imion. - Nie musimy jej dziś wydłużać bardziej, niż to absolutnie konieczne, ucieczka z prędkością światła wydaje się całkiem rozsądnym punktem programu. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, odruchowo poprawiając kołnierz płaszcza, który na niej wisiał, czyniąc ją mniejszą i bardziej kruchą, niż była w rzeczywistości, podczas gdy ona spojrzała na mnie z tym swoim specyficznym rodzajem ironii, który zawsze sprawiał, że czułem się jednocześnie przejrzany na wylot i dziwnie doceniony. Stałem wciąż blisko, zbyt blisko jak na ludzi, którzy przez lata byli dla siebie tylko wspomnieniem.
- Człowiek jest sumą swoich najbardziej wkurwiających cech. - Powiedziałem spokojnie, jakby to była rzecz oczywista - nie obrona, nie usprawiedliwienie, raczej stwierdzenie faktu, który dawno przestał mnie zaskakiwać. - Sukcesy i porażki są tym, co ludzie pamiętają o tobie. Wady są tym, co pamiętasz o sobie. - Pokręciłem głową powoli, jakbym rozważał jej słowa z większą powagą, niż na to zasługiwały. - Więc wybacz - dodałem już lżej, z powracającą nutą znajomej przekory - jeśli mam do nich pewien sentyment. Spędziłem z nimi więcej czasu niż z większością ludzi. - Kącik moich ust ponownie drgnął lekko, ale nie był to uśmiech, tylko cień czegoś, co mogło nim być w innych okolicznościach.
Moje spojrzenie zsunęło się na moment na jej usta, zupełnie bezwiednie, zanim wróciło do jej oczu, odchrząknąłem, bo na ułamek sekundy zapomniałem o istnieniu tlenu.
- Wiesz, że jestem człowiekiem pełnym sprzeczności. - Podjąłem, nachylając się minimalnie bliżej, tak że poczułem zapach jej perfum zmieszany z zimnym powietrzem. - Potrafię być jednocześnie skrajnie nieodpowiedzialny i nienagannie uprzejmy. To bywa szalenie dezorientujące dla otoczenia, ale w tej chwili wydaje się stanowić kluczowy element naszej strategii. - To było wręcz absurdalne, jak łatwo wracaliśmy do wspólnego rytmu, jakby lata milczenia i oceany niewypowiedzianych żalów były tylko błędem technicznym w naszej wspólnej historii. Moje spojrzenie znów zjechało w dół, na kontrast między czarnym suknem płaszcza a oślepiającą bielą jedwabiu, który przestał być symbolem obietnicy i stał się jedynie kostiumem z innej bajki - tej, w której księżniczka uciekła ze smokiem, porzucając swojego księcia czy tam rycerza. Z wnętrza katedry dobiegł stłumiony dźwięk, jakby ktoś przewrócił krzesło, a potem szum głosów stał się o ton głośniejszy.
- W takim razie - mruknąłem, czując nagły przypływ adrenaliny - gratuluję ci udanego uniknięcia bardzo kosztownego i niezwykle nudnego błędu prawnego. - Mówiłem to z głębi własnych beznadziejnych doświadczeń, akurat pod tym kątem uważałem się za kogoś, kto był kompetentnie niekompetentny - wszystkie słabe strony instytucji małżeństwa były mi całkiem nieźle znane, „niedoszły własny ślub” był tu terminologią, której nie śmiałem podważać.
Podniosłem ją zdecydowanym, pewnym ruchem - ten ciężar był mi tak znajomy, że moje ciało zareagowało instynktownie, dopasowując się do niej i vice versa, jakbyśmy przez całe życie trenowali tę jedną ucieczkę, a tamte wcześniejsze katastrofy były wyłącznie wstępem do tej, miejmy nadzieję, ostatniej i nie do końca naszej. Włosy Prue musnęły moją szyję, budząc dreszcz, którego nie potrafiłem i chyba już nie chciałem tłumić, ciepło tego kontaktu przesunęło się wzdłuż kręgosłupa, wywołując reakcję, której nie mogłem kontrolować. Coś w jej uśmiechu poruszyło we mnie strunę, którą dawno temu sam zerwałem, by nie musieć czuć, jak bardzo mi jej brakowało - czułem się tak, jakby napięcie między nami, które nie osłabło przez te wszystkie lata, mogło wybuchnąć ze zdwojoną siłą, pulsując w ostatnich sekundach ciszy tego nieoczekiwanego rozwoju popołudnia - były rzeczy, których czas nie potrafił dotknąć, a to elektryzujące przyciąganie było jedną z nich. Znałem każdy jej gest, każdy cień pod powiekami, a jednak teraz odkrywałem ją na nowo, pomiędzy tym, co wiedziałem, a tym, czego nie było mi dane przeżyć u jej boku.
Uniosłem brew, patrząc na nią z udawaną powagą, która nie miała szans utrzymać się dłużej niż kilka sekund. Moje spojrzenie przebiegło po krańcu jej sukni przykrytej płaszczem, zatrzymując się na obcasach, teraz już oderwanych od ziemi, które wyglądały jak coś stworzonego wyłącznie do stania w miejscu i wyglądania dobrze, nigdy do uciekania.
Przesunąłem spojrzeniem po żwirowanej ścieżce, w stronę drzwi za naszymi plecami, rozważając możliwe scenariusze, które mogły się za chwilę wydarzyć. W głowie widziałem już tę scenę - wyjście otwierające się gwałtownie, szok, oburzenie, kroki, które nie będą wiedziały, czy biec, czy stać - pochyliłem głowę lekko na bok, jakbym przypominał sobie coś konkretnego. Kącik moich ust uniósł się powoli, z tym ciemnym, przekornym błyskiem w oczach, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy pozwalałem sobie na odrobinę złośliwej szczerości.
- Nah. Nie, nie - dodałem, kręcąc lekko głową, wracając wzrokiem do niej - mam wrażenie, że jeśli ktoś zasłużył, by zaliczyć spektakularny upadek, to raczej nie ty. - Nachyliłem się odrobinę bliżej, wyobrażając to sobie przez sekundę z niemal naukową ciekawością, głos obniżył się konspiracyjnie. - Twoja przyszła niedoszła teściowa wyglądała na kogoś, kto przez całe życie robi wszystko lepiej niż reszta świata - pozwoliłem, żeby pauza zawisła między nami, krótka, idealnie wyważona - więc logiczne byłoby, gdyby potrafiła też wypierdolić się bardziej spektakularnie niż przeciętny człowiek. - Cień uśmiechu przemknął przez moją twarz. -​ Obawiam się tylko jednego. - Dodałem, gdy żwir zaczął zgrzytać pod moimi butami i ruszyliśmy przed siebie, zostawiając za sobą powagę katedry. - Podniosłaś sobie poprzeczkę na niebezpiecznie wysoki poziom. Teraz wszystko poniżej widowiskowego zniknięcia w trakcie własnego pogrzebu może wypaść nieco blado. - Moje spojrzenie zmiękło odrobinę, choć przekora wciąż w nim była. Rześki wiatr smagał nas po twarzach, niosąc obietnicę wolności, a serce waliło mi jak u chłopaka, który właśnie zrobił coś, czego nie dało się tak po prostu cofnąć, i który w tym chłodnym, wiosennym powietrzu wreszcie zaczął oddychać pełną piersią. Ruszyliśmy przez to marcowe popołudnie, w kierunku motocykla, świadomi tego, że za nami walił się świat, który ona tak starannie budowała, a który następnie razem tak bezczelnie zburzyliśmy jednym gestem. Wiedziałem jedno - nie było już odwrotu, a droga przed nami, chociaż niepewna jak marcowa pogoda, należała już tylko do nas.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (16691), Prudence Fenwick (8916)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa