!Zakon A1
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
Dorze absolutnie nie przeszkadzał fakt, że Woody był tym kim był. No bo jakby nie był sobą, to byłby kimś zupełnie innym. Kto wiedział, czy ćwierkałaby do niego tak przemile, gdyby nie stał tu w kowbojkach i śmiesznym kapeluszu, a poważnym mundurze detektywa. Może ograniczałaby słowa, odrobinę niepewna jak otwarcie powinna mówić przy kimś tak poważnym, jak zdarzało jej się przy Alastorze. A może zwyczajnie uciekałaby od niego wzrokiem, jak to robiła przy Aaronie?
- No, ja na przykład dostałam. Ale Brenna powiedziała, że jej ktoś coś takiego sprzedał pod domem w niemagicznym Londynie. Ja jej wtedy w sumie powiedziałam, bo nie wiem czy wiesz, ale mugole mają takie śmieszne jajka. One są owinięte w bardzo cienki srebrny metalowy kubraczek i jak się je odwinie, to w środku jest czekoladowe jajko, ale to nie koniec, bo jak się to jajko otworzy, to tam jest kolejne jajko, ale już plastikowe, a jak się i to jajko otworzy to tam jest zabawka taka malutka - opowiedziała mu wszystko dokładnie, bo ją absolutnie fascynowały te kinder niespodzianki i miała szczerą nadzieję, że Bren sprzeda ten pomysł Norze i oto zacznie się jakiś jajkowy boom wśród czarodziejów.
Dora pochyliła się nad karteluszką zaciekawiona, nie komentując ani tych bazgrołów (pewnie bazgrałaby sto razy gorzej, gdyby skończyła swoje medyczne praktyki), ani tego że może Woody potrzebuje okularów, skoro nie może się rozczytać (przydałaby się tutaj do tego Asenka). Pokiwała obsypaną kwiatkami głową, na temat kwestii Nobby'ego Leacha i można było przez chwilę dostrzec, że chyba próbuje tę informację znaleźć w głowie. Pamięć ją jednak zawodziła, co w sumie przyjęła bez większych problemów - w sześćdziesiątym siódmym to ona jeszcze w Hogwarcie była, więc równie dobrze mogło ja to całkowicie ominąć.
- Mogę pokazać pisklaka, ale to potem. Jest u mnie w pokoju. A teraz możemy iść po Proroka. To do biblioteki - uniosła dramatycznie palec, by zamaszystym gestem określić kurs do wnętrza posiadłości i na właściwe pomieszczenie, maszerując do środka.
- Od rodzeństwa - wyjaśniła grzecznie (a ja proszę o niedopytywanie bo nikt nigdy nie ustalił dokładnie jakie ja mam to rodzeństwo i ile). Wydawało jej się to wystarczającym argumentem za tym, że nie stała z tyłu jakaś interesowność. - Czytałam sobie o nich gdzieś. W sensie bo to takie nietutejsze te jajka, bardziej zza żelaznej kurtyny do nas przychodzą. Pewnie ktoś zrobił zakup, a że no... nie każdy sobie teraz może na to pozwolić, to może próbuje się tego tym szybciej pozbyć - wzruszyła ramionami, bo prawa ekonomii i handlu to jednak nie była jej broszka i mogła zwyczajnie się w jakiś sposób tutaj przeliczyć.
Woody zaczął przekopywać gazetki, szukając odpowiedniego rocznika i numeru, a ona nie chciała mu w tym aż tak przeszkadzać. Wierzyła w wujka niemal bezgranicznie, jeśli chodziło o zrozumienie, jak działają ciągi liczbowe i który numer występuje po jakim, dlatego sama złapała parę książek, które ktoś zostawił na jednym ze stołów, i postanowiła odstawić je na miejsce. Wsuwała woluminy delikatnie i z troską, wracając nieco uważniejszym spojrzeniem do Tarpa, kiedy dało się usłyszeć dźwięk drącego papieru.
W pierwszej chwili zmartwiła się, że podarł jakąś książkę. Na całe jednak szczęście (głównie dla niego, bo nie łamał właśnie jej serca) nie ucierpiał ani żaden tomik, ani też gazeta. Zamiast tego był obraz, zawinięty w szary papier, teraz naruszony.
- Nie jestem pewna. Znaczy chyba musi być? Ale nie przypominam sobie żeby Millie mówiła o robieniu czegoś takiego, ani też żeby ktokolwiek mówił że coś takiego ma i to tu zostawać - stanęła obok Clemensa, przyglądając się całości i nie oponując kiedy postanowił rozpakować pakunek. W sumie sama była ciekawa co też obraz krył w sobie.
- Ładny las, może jakiś tutejszy? - kucnęła sobie przed obrazem i wyciągnęła rękę. Chciała sprawdzić fakturę farby gdzieś na granicy cienia, czy to może nie wydruk bo podobno takie sztuczki były coraz bardziej popularne, ale kiedy tylko dotknęła płótna, coś się zmieniło. Skręciło ją, w ten charakterystyczny sposób kiedy na ciało człowieka działała magia translokacyjna i zanim się obejrzała... był las.
Słowa Woodiego pewnie powinny wprawić Dorę w chociaż odrobinę zastanowienia, bo ale jak to Little Hangleton. Może powinna zmrużyć oczy, przyjrzeć się mu nieco uważniej, no bo jak była mowa o tym specyficznym miasteczku, to i może obraz był jakiś nawiedzony? Żeby nie powiedzieć z miejsca dosadniej i użyć słowa czarnomagiczny. Dziewczynie jednak wydawało się, że cokolwiek nie kryło się za tym obrazem, to nie mogło być to nic złego, głównie dlatego że przecież znajdował się w Księżycowym Stawie, a ten był teraz uznawany za bardzo, ale to bardzo bezpieczne miejsce. No i co mógł zrobić taki ponury obraz co?
Wessać, jak się miało okazać.
Magia mlasnęła z pewnym rozleniwieniem i wypluła dziewczę w mrocznym lesie, który przed chwilą mogła sobie oglądać na płótnie. A było nie dotykać, to podobno całkiem dobra rada była, by nie rzucać się z rękoma na nieznajome rzeczy, ale no kto by pomyślał? Dora westchnęła z jakimś takim zastanowieniem, w którym tkwił przynajmniej gram niepokoju, kiedy Tarp odstawił ją na swoje własne nogi.
- Oh, jak tu wszystko prawdziwie wygląda - zakomunikowała z pewnym zdziwieniem, no bo po takich obrazach chyba można było się spodziewać wielu rzeczy. Na przykład tego, że jak się do jednego trafi, to wszystko będzie niczym nakreślone pędzlem. - Takie sztuczki wydają się całkiem poręczne... Znaczy może nie teraz, tak? Ale tak ogólnie - pomacała trawę, bo czasem ciężko się było uczyć na błędach. A przynajmniej nie spodziewała się, że ją wciągnie do kolejnego kieszonkowego wymiaru.
- Myślisz, że to jakieś duchy? - zapytała cichutko, już wyprostowana i robiąc w ślad za wujem parę kroków, kiedy dookoła rozlegały się przedziwne szepty. Nie to żeby się bała, bo nic jeszcze na nich nie wyskakiwało, ale... ale zawsze mogło i to był chyba problem.
- Może - odpowiedziała króciutko. To zawsze była jakaś możliwość, ale świstokliki miały określone zasady dzięki którym funkcjonowały, nie była więc taka pewna że trafili na taki. Dodatkowo był opakowany w szary papier, jakby ktoś wcześniej już go miał w rękach i przeznaczył do wysyłki. Nie odrzucała jednak tej teorii całkowicie, bo nie miała ku temu odpowiednich podstaw.
Patrzyła na ten urwany badylek, ale nie miała w tym wypadku żadnych zastrzeżeń. W końcu to było drzewo, a nie kopanie biegających dookoła wiewiórek, których, jak się w sumie nad tym zastanowiła, to wcale tutaj nie było. Las żył, ale jakimś własnym, wypaczonym życiem, które wypełniały tajemnicze szepty.
- No u nas nie, ale... chyba nie ma problemu coś takiego zamówić? W sensie chyba nikt nie prowadzi ewidencji takich zamawianych portretów, ani przesadnie nie inwigiluje pejzaży? - chyba bardziej w tym momencie pytała niż stwierdzała fakty, bo może jakiś nawiedzony artysta miał ku temu ciągoty, kto wie. - Ale w sumie gdyby tak przechodzić nie w obrazy, a między obrazami? Oo, albo nie obrazami, ale są te, no szafki zniknięć, tak? To by było całkiem sprytne - ustawiłoby się takie komody w strategicznych przejściach i voila, mogliby szybko przechodzić. A jeśli nie potrafiło się odpowiednio szafki ustawić, to wtedy nie dało się za kimś podążyć.
- Mogę sprawdzić, ale... - już prawie unosiła różdżkę, żeby to przetestować, ale zwęszyła podstęp, który zastanawiał na nią Woody, bo inaczej się tego nie dało określić. - Ale nie chcę cię zostawiać samego. Co jak coś cię zje?