Miała wyjątkowo paskudny dzień. Pomijając całą sytuacje natury sercowo-rozczarowującej, pasmo ostatnich niepowodzeń i długi, trudny dzień w pracy nie polepszył jej humoru, który z rana był delikatnie mówiąc tragiczny (inaczej nie rozpłakałaby się nad nieudanym ciastem). Teraz zaś, gdy już było późno, gry wróciła do domu i nie miała nawet siły długo ogarniać się w łazience. Powlokła się po schodach, torebkę rzuciła na krzesło przy toaletce, pogłaskała kota, który zakręcił się wokół jej nóg na przywitanie i… miała ochotę bardzo nieelegancko rzucić się na łóżko.
Normalnie była bardzo poukładaną, niemalże dystyngowaną damą. Na krześle siadała prosto, wiedziała dokładnie jakimi sztućcami jeść które danie, jak się ubrać i jak zachować pokerową twarz. Nawet w zaciszu własnego domu, przy swoich siostrach, często trzymała się sztywno – nie dlatego, że chciała coś przed kimś udawać, a po prostu dlatego, że to było w niej tak mocno zakorzenione. Ale czasem… czasem nie miała siły trzymać się tych wszystkich zasad. Czasami po prostu wywalała się na fotel z nogami przewieszonymi przez podłokietniki. A czasami, gdy była zmęczona jak diabli, stawała w nogach łóżka i padała na brzuch na materac. Na chwilę – tylko na chwilę, żeby za niedługą chwilę zażyć jednak eliksir nasenny, choćby tylko odrobinę i dopomóc sobie w zaśnięciu.
Taki plan był dzisiaj. Ale gdy już stanęła przy łóżku i miała na nie po prostu paść… Coś zwróciło jej uwagę: wybrzuszenie pod kołdrą. Odwróciła się, myśląc w pierwszym momencie, że to może Błękitny Kwiatuszek zawinął się pod kołdrę, zamiast do doniczki, ale nie, faktycznie zerkał z pobliża rośliny na swoją właścicielkę, Luna też to nie była, przed chwilą przecież się do niej tuliła. Zresztą – co za głupi pomysł – skarciła się Victoria w myślach – ten kształt zupełnie nie przypominał kota.
Strzałka? Czy to była skrzatka domowa…? Lestrange pokręciła głową – kolejny durny pomysł, chyba była już zbyt zmęczona i jakieś kompletne bzdury przychodziły jej do głowy, skrzatka przecież nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.
Westchnęła ciężko.
Złapała za kołdrę i po prostu ją jednym, szybkim ruchem odrzuciła ją na ziemię. I wtedy zamarła.
Paskudna, uśmiechnięta szeroko morda, którą bardzo dobrze znała patrzyła na nią z jej własnego, cholernego łóżka. Victoria zamarła, miała wrażenie, że serce zaczęło bić jej tak mocno, jakby miało zaraz wyskoczyć z klatki piersiowej. A on zaczął się czołgać; szybko, zwinnie, w iście pajęczy, odrażający sposób, chociaż miał tylko cztery kończyny, a nie osiem, ale jego oczy, niemal wygłodniałe, były w nią wpatrzone niemalże tak, jakby miał ich kilka…
Skoczył.
Drzwi do pokoju Victorii były otwarte na oścież, a ona tarzała się po łóżku niespokojnie. Na tyle niespokojnie, że Primrose mogła usłyszeć najpierw dźwięk tłuczonego szkła, gdy fiolka z eliksirem nasennym, strącona jej ręką, rozbiła się z trzaskiem o podłogę. I krzyki. Dołączyły do tego krzyki, które nietłumione przez drzwi, niosły się po klatce schodowej kamienicy na Pokątnej.
Koty krążyły po pokoju niespokojnie.
– Nie. Nie nie nie nie NIE!