– Co z tego, że siedzisz przy biurku? To też męczy, tylko na inny sposób – był to przecież wysiłek psychiczny, nawet jeśli ciało nie było w ciągłym ruchu, to Primrose musiała się skupiać, wysilać głowę, wysłuchiwać opowieści pacjentów, stawiać diagnozy, co się dało to leczyć magią, a błędy w jej pracy sporo przecież kosztowały. Victoria była bardzo daleka od wydawania osądów na temat „lekkiej pracy za biurkiem” i uważała, że Primrose też ma prawo ponarzekać. – Dużo miałaś dzisiaj pacjentów? – zagaiła przy tym, spodziewając się, że owszem – sporo. Spalona Noc nie wpłynęła na ludzi tylko fizycznie… Były też przecież psychiczne aspekty.
Podsunęła siostrze swoją zranioną stopę, by mogła zrobić to swoje uzdrowicielskie czary-mary (bardzo zresztą mało związane z faktyczną magią, bo przecież ranę musiała oczyścić ręcznie, zresztą tak samo jak podotykać ciało, by wszystko dobrze wyczuć – dopiero finisz w postaci maści na rany miał w sobie aspekt magiczny – bardzo zresztą duży, bo przecież eliksiry i maści mieszały w sobie kilka a czasami nawet kilkanaście różnych składników niosących w sobie magię, w jedno).
– Dzięki – odparła, gdy już Prim powiedziała jej, że wszystko będzie z tą stopą dobrze, a płytka rana się zasklepiła. – Czubek gwoździa miałby popłynąć żyłami do serca? – upewniła się, czy dobrze zrozumiała, po czym pokręciła głową, bo jakoś w głowie jej się to nie mieściło. Jak? Czy żyły nie byłyby za małe na to? I czy krew w ogóle zdołałaby ten czubek gwoździa unieść, nie byłby za ciężki? Pokręciła zaraz głową, próbując wyrzucić z głowy te dziwaczne rozmyślania, które jej się zdarzały aż nazbyt często. To chyba była ich rodzinna cecha: milion myśli na sekundę, z czego nie każda nadawała się do tego, by je w ogóle wypowiedzieć na głos. – To może oznaczać coś jednocześnie bardzo dosłownego jak i metaforycznego, Prim. Wiesz. Ehem – chrząknęła, gdy już wstała, a Prim prowadziła ją do klapy. Miała swoją różdżkę w dłoni, nie odłożyła jej nigdzie po tym, jak już zgasiła światełko na jej końcu. – Pomyśl o aspekcie anatomicznym – stwierdziła z kamienną twarzą, mając teraz przed twarzą wszystkie rysuneczki penisów autorstwa Atreusa Bulstrode’a. Łącznie z tym, który wyrył sobie przeklętym piórem na wierzchu dłoni. Victoria odruchowo przygładziła sobie pogniecioną teraz od snu koszulę, której nie zdążyła ściągnąć zanim zasnęła, co nadal wydawało jej się dziwne, bo takie rzeczy jej się nie zdarzały, tym bardziej że miała okropne problemy z zasypianiem. – Zaraz zobaczymy co z tej klapy za ziółko – wymruczała jeszcze pod nosem, ale wiedziała, co zaraz zobaczy. A przynajmniej: tak sądziła, że wie.