• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[Mabon 1972] Świąteczna wyżerka w Rejwachu. Uroczysta Kolacja w naszej rezydencji

[Mabon 1972] Świąteczna wyżerka w Rejwachu. Uroczysta Kolacja w naszej rezydencji
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#1
29.06.2026, 17:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2026, 17:37 przez Woody Tarpaulin.)  
22 września 1972
Mabon w Rejwachu — Uroczysta Kolacja w naszej rodowej rezydencji na Nokturnie

W Rejwachu się świąt nie przepuszczało, nawet jak czasem były biedne czy na ostatnią chwilę. Kolacja Mabonowa odbyć się musiała, choć nieco wcześniejszą porą niż w większości domów. Godzina raczej wskazywała na późniejszy obiad, choć już się zaczynało ciemno za oknami robić i trzeba było pozapalać w środku światła. Musieli zacząć troszkę wcześniej, bo potem wyjdą z domów samotni ludzie w depresji szukający kielicha i byłaby zaprzepaszczona szansa, jeśli by pocałowali klamkę Rejwachu i powlekli się do Wiwerna. Na tych kilka godzin świętowania lokal jednak zamknięto na cztery spusty i ani pół klienta nie przyjmujemy.
Chodziło o rodzinną atmosferę. Chałupa była pełniejsza niż zwykle i Woody’emu piekielnie zależało, żeby szczególnie to nowe towarzystwo — Keyleth i Julien — poczuli się tego dnia jak w domu. 
Przytulnie i po domowemu zawsze kojarzył się staremu ogień trzaskający w pomieszczeniach. W wieczór poprzedzający Mabon usiłował więc skrzesać coś u siebie na górze na próbę. Pierwsze iskry, które poleciały z jego różdżki, przekonały Woody’ego Tarpaulina, że nic z tego. Tego roku na Mabon ognia w kominku nie będzie. Zagniewało go to, łaził po Rejwachu rozdrażniony własną ułomnością pozostałą po Spalonej Nocy, lecz rano w dzień świąteczny wstał, zebrał się do kupy i nie pozwolił temu szczegółowi zniszczyć obchodów.
Mimo przeciwności na kolację wnętrze Rejwachu pojaśniało ciepłym, żółtawym światłem — pochodziło ono ze sztucznych, pozaklinanych chmar świetlików unoszących się pod ścianami. Na głównej sali barowej rejwachowcy zsunęli pod ściany stoliki, po czym wytargali z piwnicy ciężki jadalniany stół. Łatwiej by było co prawda pozsuwać to, co mieli pod ręką, lecz Woody nalegał na ten przeklęty stół, toteż kilkoma sztuczkami transmutacyjno-translokacyjnymi udało się wynieść ów masywny drewniany mebel przesiąknięty zapachem piwnicy. Stęchły zapach zakamuflowano sprytnie, rzucając na blat kraciasty obrus (nie pomogło to wiele). Przy stole brzdąkał już coś żywo zainteresowany świętowaniem Enjolras. Krzesełka ustawione wokół pochodziły z różnych zestawów, a dwie najszybsze wśród zgrai osoby mogą sobie nawet usiąść w trzeszczących fotelach. Fotel miał być dla każdego, lecz w trakcie znoszenia tych mebli Woody stwierdził, że dobra, wystarczy, tyle to jednak nie warto.
Tarp dopilnował również, aby nie brakło dekoracji. Jak przystało na człowieka ze skrzywionym poczuciem gustu, zakupy zrobił z jak najlepszą intencją w mugolskim sklepie z imprezowym zaopatrzeniem. Pod każdym talerzykiem czekała serwetka w jabłuszka i jeżyki, na stół rzucone były bez ładu plastikowe gałązki sztucznej jarzębiny, a papierowe girlandy u sufitu przedstawiały jesienne liście. Bukiet kwiatów w wazonie za to — ha, on był prawdziwy! To jedno dostarczało tego organicznego powiewu jesieni wewnątrz pubu.
Najwięcej przytulnej atmosfery przydawały jednak z pewnością zapachy jedzenia…
Gdy potrawy wyniesiono, a lud Rejwachu zebrał się w tak gustownie na ten wieczór urządzonej sali jadalnej, Woody Tarpaulin w odświętnej, czystej koszuli stanął u szczytu stołu i rozłożył ramiona w zdecydowanie zbyt teatralnym geście powitania.
— Witajcie na Mabon! — ogłosił z patetyzmem, którego nie powstydziłby się, inaugurując najprzedniejszy londyński bal. — Dziś świętujemy… równonoc. To święto, gdy… rolnicy zbierają plony. Święcą je. To powód do radości. — Nie przygotował na tę okoliczność żadnej mowy, nic z tych rzeczy. Dlatego też ta wielce podniosła inauguracja była w pełni improwizowana i nieco pokraczna. — Czy ktoś z was się modli nad pokarmami? — zapytał Woody z innej beczki, porzucając oficjalny ton. Popatrzył pytająco po kolejnych osobach. Rejwach to bowiem inkluzywne środowisko życia i pracy, gdzie szanujemy wszystkie kultury, poza kulturami czarnoksięskimi.

  • Formuła będzie improwizowana. Spróbujmy najpierw z terminami. Załóżmy, że pierwsza kolejka potrwa pięć dni (do 4 lipca) i każdy może w niej swobodnie dodać tyle postów, ile mu się podoba, a potem ja wrzucę od siebie jakieś podsumowanie.
  • Jeśli ktoś jeszcze ozdabiał w jakiś sposób Rejwach z okazji świąt, to oczywiście było to mile widziane i wspomnijcie o tym w poście.
  • Przypominam tym, którzy jeszcze tej formalności nie dopełnili, że postaci niespędzające Mabon z biologiczną rodziną (czyli każdy z was), muszą to zgłosić do Eutierrii i dostać pozwolenie.

!Trauma Ognia


piw0 to moje paliwo
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
29.06.2026, 17:34  ✶  
Jeżeli znajdujesz się w pomieszczeniu, jego ściany pokrywają się pajęczyną pęknięć, z których sączy się żar. Czy to kolejna klątwa Voldemorta? Ogień w tych szczelinach syczy, tryskają z nich iskry. Dopiero po zamknięciu oczu na kilkadziesiąt sekund i kilku głębokich wdechach dociera do ciebie, że to omamy.
Robin Hood
You died? Walk it off.
wiek
25
sława
IV
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Kucharz w Rejwachu
Brązowe, przetykane słońcem włosy, brązowe oczy i czasami zarost. Kolczyk w uchu i szeroki uśmiech. Pachnie jak tania woda kolońska oraz frytura, której nigdy do końca nie może zmyć. Drobna budowa ciała (172cm), żylaste mięśnie i pewny siebie krok. Zazwyczaj ma na sobie fartuch kucharza. W pracy spina włosy w ciasny koczek.

Lewis McKinnon
#3
29.06.2026, 17:52  ✶  

Lewis, z pomocą reszty oczywiście, w pocie czoła przygotował Mabon dla Rejwachowej rodziny. I to dosłownie w pocie czoła, bo przez ostatnie trzy dni w kuchni wrzało, zamówieniami na dania dla innych, regularnymi posiłkami oraz tym, co mieli zjeść gdy będzie pora odpoczynku.

Na stole więc stał żeliwny kociołek zupy jeczmienno-dyniowej, gęstej i kremowej, zagęszczonej serem, podbijającym wrażenie rozgrzania od wewnątrz. Obok niego leżał duży, świąteczny chleb z ozdobną runą. Lewis nie znał się na runach, ale widział takie w innych piekarniach. Na wyszczerbionym podstawku służącym za maselniczkę ułożono w plastrach masło ze szczypiorkiem i czosnkiem. Jako główne danie podał gęsinę nadziewaną jabłkami, z chrupiącą skórką natartą solą. Drób był w całości i pięknie ozdobiony na zewnątrz plastrami jabłek oraz gałązkami świeżego tymianku. Do tego było puree ziemniaczane na maślance, gładkie i delikatnie oraz sałatka z kozim serem i pieczoną gruszką. W ramach deseru, po drugiej stronie gęsi, stała wielka blacha szarlotki z kruszonką i cynamonem. Nie zabrakło również grzanego cydru i wina w dwóch różnych dzbankach. Nie było to najbardziej wystawne Mabon, jakie mieli, ale Lewis sięgnął do swoich prywatnych zapasów bardziej egzotycznych i wyszukanych przypraw oraz przyłożył się do prezentacji dań, aby jedzenie cieszyło nie tylko brzuch, ale również oko.

Sam Lewis siadający do stołu, dopiero co się opłukał, żeby nie wyglądać jak spocony szczur na obiedzie. I tak nadal czuł gorąco kuchni, więc zamiast flaneli, którą już powinien wyciągnąć z szafy, nosił lnianą koszulę. W przeciwieństwie do przeciętnego dnia, założył nawet pierścionki i bransoletki na ręce,  bo normalnie nie miał ku temu okazji, zawsze robiąc coś w kuchni. Nie chciał zgubić jakiegoś w surówce. I nawet włosy rozpuścił!

Stał przy wybranym przez siebie miejscu przy stole, potakując poważnie na przemowę Woodiego jakby cytował myślicieli tego stulecia oraz głębokie, poruszające słowa o rodzinie i tak dalej. Myślami był przy tym, że skórka gęsi robiła się miękka od spodu i powinni szybko jeść. To był ten rodzaj dań, które nadawały się najlepiej do jedzenia parujące.

— Jeżeli wam nie smakuje, kłamcie proszę, że jest pyszne.



STOP PROPOSING INDIVIDUAL SOLUTIONS
TO COLLECTIVE PROBLEMS
fretka
wiek
21
sława
I
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
kieszonkowiec
uwaga - metamorfomag na gigancie! dość wysoka mulatka, 175 cm, 83 kg, kręcone czarne włosy, intensywnie zielone oczy

Keyleth Nico Yako
#4
29.06.2026, 20:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2026, 20:30 przez Keyleth Nico Yako.)  
Keyleth szykowała się na swój pierwszy sabat prawdziwy od tygodnia. Potajemnie gdy kończyła zmianę, zaszywała się w swoim małym pokoiku z śpiącym jej w nogach różowym pufkiem księciem Wilburgiem (robocze imię) i studiowała swój stary wysłużony podręcznik do języka angielskiego w którym miała poczynione notatki na marginesach co na Mabon było niezbędne. Girlandy z suszonych owoców? Są. Wianki na drzwi plecione z gałązek, zbóż, jarzębiny, mchu, suszonych kwiatów i liści? Są. Stroiki z kory na świeczki, których w tym roku nie ma? Są. Ładne dynie? Kupione za pierwszą wypłatę pyszniły się na karykaturalnych stroikach uczynionych przez bezguście i beztalencie rzemieślnicze, Keyleth jednak bardzo zależało na tym, aby jej wkład był w miejscu, które coraz rzadziej nazywała tymczasowym schronieniem, a coraz częściej w skrytości serca nazywała domem.

Zaliczyły wcześniej z Asenką obchód po kiermaszu i złożyły w darze tutejszej bogini księżyca dar. A teraz czas był na świąteczną kolację w której też pomagała - zmywanie naczyń szło jej już całkiem nieźle, podobnie jak obieranie warzyw tak żeby Lewis nie wymawiał jej, że marnuje jedzenie obierając zbyt kanciasto.

Zajęła miejsce w okolicy blachy z szarlotką, bo głodomorem była strasznym, ale wypieki Lewisa zajmowały szczególne miejsce w jej serduszku. Na okoliczność uroczystej kolacji wyprostowała sobie mocą metamorfomagii włosy, głównie po to aby spiąć je w wysoki kok. Każdy jej ruch dłonią podzwaniał drewnianymi i szklanymi amuletami, które przypominały jej o zmarłej matce. Zależało jej, żeby duch szamanki towarzyszył im w tej uczcie, nawet jeśli co rusz lokalni egzorcyści zarzekali się, że chociaż jeden z trinketów powinien być miniaturowym słoiczkiem, żeby tego ducha matki pomieścić.

Miała też na sobie odświętną cytrynową sukienkę kupioną za pierwszą wypłatę z przyszytymi przez siebie koralikowymi kwiatuszkami wokół kołnierzyka. Pasowała co prawda bardziej do Niko (na pewno do którejś z wersji swojego uniwersalnego kamuflażu), ale teraz nie wyobrażała sobie, by na tę uroczystość przyjść w czymkolwiek innym.

Pokręciła przecząco głową na pytanie Woody'ego, gdy jej usta wypełnione były śliną i zniecierpliwieniem. Trzymała się jednak całkiem dzielnie, czekając aż ktokolwiek inny zacznie jeść. Całkiem możliwe, że była jakaś określona, rytualna kolejność spożywania potraw i siadanie przy jabłeczniku nie było zbyt najmądrzejsze? Wszystko jednak co stało przed nimi stworzone rękami Lewisa było ucztą królów. Nie rozumiałaby, czemu miałaby kłamać, skoro aromat mięsiwa i hektolitrów masła mieszał się z wonią przypraw i korzennych zapachów wtłaczanych w zwykle nie tak czyste miejsce, jakim był Rejwach.

wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#5
30.06.2026, 05:41  ✶  
Atmosfera wesołości święta Mabon kupiła Zenka z łatwością. Co prawda w tym roku przyprószyło popiołem. Ale nie mogli w Rejwachu pozwolić, żeby złe warunki pogodowe odebrały im uśmiech!
Wszakże uśmiech był najpiękniejszą ozdobą człowieka. Zenek wyczytał, że Mabon to było takie Święto Dziękczynienia, tylko dla ponurych Brytyjczyków. Ciekawe zatem, kto pełnił rolę wycyganionych Indian. No mugole, a kto. To mugole wynaleźli rolnictwo.

Mugole wynaleźli także kable. W tym roku każdy dawał coś od siebie. Nawet Enjorlas zajął się akustyką, chcący czy niechcący skazując Zenka na wolne w czasie kolacji. Ciekawe, czy wytrzyma. No ale do tych kabli wracając. Zenek także się chciał przyłożyć do atmosfery święta. Zebrał stare kable. Z biblioteki wypożyczył książkę o zaplataniu warkoczy. Powybierał jakieś wtyczki, druty, świecidełka choinkowe. Rozłożył to wszystko wokół siebie jak w trakcie seansu. No i zaczął zaplatać. Ze starych kabli stworzył wianek. Światełka choinkowe, powtykane między kable, z machnięciem różdżki zapalały się. Nie było wśród nich żółtych ni pomarańczowych światełek, żadne zatem nie przywodziło na myśl piekielnego ognia. Wianek powiesił nad kominkiem w sali biesiadnej.

Przed zejściem na kolację postanowił się jeszcze przebrać. Miał już na sobie ulubiony biały t-shirt. Uwalony był popiołem, ale tylko troszeczkę. Z wierzchu widoczna była tylko jedna dziurka. Nałożył na to sweterek dzianinowy, taki zapinany. Nie zapiął go. A żeby już było totalnie ciepło, cosy Autumn vibes, na wszystko narzucił jeszcze kurtkę z brązowego zamszu. Od czasu S.N. nie popełniał takiego błędu, żeby wychodzić z pokoju bez jakiegoś cieplejszego ubrania wierzchniego. A nuż go znowu przegonią po ulicy.
Chwilę się zawahał jedynie nad spodniami. Miał na sobie spodnie od piżamy. W jego domu przy stole tylko góra miała być odświętna. Na dole mógł już nosić, co chciał. Mamusia pozwalała. No, ale tu był Rejwach. Czyli spodnie piżamowe nadal były całkowicie w porządku.

Rodzina. Ah, rodzina. Rodzina akceptowała cię takim, jakim byłeś. Zenek zwlókł się po deskach do biesiadnego stołu. Skrzypiące deski mu wtórowały i oznajmiały obecność. Przystanął sobie gdzieś koło Lewisa, bowiem do stołu wiedziony był głównie nosem. To wraz z Lewisem przychodziły zapachy rejwachowej kuchni.
Wyprostował się. Ręce złożył z tyłu za plecami. Należało okazać szacunek, bo rozpoczynał przemowę patriarcha rodu. Jesienią robiło się szybciej ciemno. Słońce powiedziało już papa bite kilka godzin temu. A może w ogóle nie powiedziało żadnego cześć. Pogody w Anglii bywały paskudne. Ale to wysiłek całej rodziny czynił z Rejwachu takie przytulne miejsce. Zenek mógł tylko spoglądać na to wszystko z uśmiechem i dumą.
— Ja nie. — odpowiedział, bo Woody pytał.

!Trauma Ognia


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#6
30.06.2026, 05:41  ✶  
Nie dotykają się żadne omamy, ale trauma ognia pozostaje silną. Kiedy w trakcie trwania tej sesji widzisz płomienie, na moment zastygasz w bezruchu przepełniony strachem. Wydaje ci się, że nadchodzą. Kto? Oni... One? Te istoty złożone z dymu i lęków...
she who hunts alone
Enduring things is what you do best
Gritting your teeth and bearing them.
wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
Rejwach
Stosunkowo wysoka [175] kobieta o szczupłej, nieco wychudłej sylwetce. Ma długie, brązowe włosy i zwykle nosi je rozpuszczone, a na świat patrzy dużymi, zielonymi oczami.

Asena Greyback
#7
07.07.2026, 16:23  ✶  

Święta zawsze były dla niej dziwnym czasem, w którym przez długi czas nie umiała się odnaleźć. Kiedy jeszcze była mała, jej mama próbowała dbać o to, by wszyscy zasiadali przy stole. Próbowała – o, to było chyba odpowiednie słowo, biorąc pod uwagę że jej mąż traktował te dni jak każde inne i nie zawsze na wspólnych uroczystościach bywał. Nie ważne jednak czy Fenris faktycznie w domu był czy nie, zawsze pozostawała po nim, jakaś ciągnąca się po kątach niepewność. Przez długi więc czas, zwyczajnie sabatów nie lubiła, jakby twarz ojca miała wyszczerzyć się na nią, kiedy tylko odwróciłaby się przez ramię. Ale w Rejwachu… w Rejwachu było inaczej. Miło, spokojnie i brakowało duszącej atmosfery.

Senka ubrała się z okazji obiadu w różowiutką sukienkę, obszytą pluszem na dole, dekolcie i dookoła rękawków. Wyjmowała ją tylko na specjalne okazje, bo obszywki z chęcią zostawały na wszystkim, czego można było się dotknąć, ale specjalna okazja zobowiązywała, prawda? Wcześniejsze uroczystości, które zdążyła obiec z Keyleth, uraczyła zaledwie ciemną spódnicą i najwyględniejszym płaszczem w jej szafie, ale nie oczekiwała tam spotkać nikogo, komu należało pokazać że obchodzi święta.
Usiadła koło Nico, uważnym spojrzeniem przypatrując się wszystkiemu, co trafiło na stół. Doraźne pomaganie przy kuchennych przygotowaniach to jedno, a oglądanie wszystkiego w pełnej glorii i chwale, to drugie.

— Ja też nie — zapewniła Woodiego, bo dla niej mogli z miejsca zacząć wszystko jeść i zacząć kłamać Lewisowi, jakie to wszystko było pyszne.



Open hand or closed fist would be fine
Blood is rare and sweet as cherry wine
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#8
08.07.2026, 00:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2026, 00:05 przez Woody Tarpaulin.)  
Pytanie starego miało drugie dno: bo on to tak naprawdę nie wiedział, jak się modlić nad jedzeniem. Czy się modlić nad jedzeniem? W jego domu rodzinnym praktykowało się różnorakie obrzędy sabatowe, ale przecież nie odprawiał ich sam Woody. Jak się zjawił w jadalni Warowni, nie wywracając oczyma, to dopiero było święto. Teraz — gdy on prowadził dom — poczuł ducha odpowiedzialności. Niekompetentnego ducha.
Na szczęście duchy bywały różne.
— No to świetnie, siadamy zatem… — zaczął Woody, szykując się do siadania na swoim miejscu, gdy wtem:
— Dobra Matko — zaintonował Enjolras, lewitując nad ramieniem Tarpaulina.
Tarp skrzywił się i spojrzał na ducha z ukosa.
— Chcesz się modlić, to powtórz i zaczynamy: dobra Matko — naciskał wyczekująco duch-trubadur.
Woody spojrzał łakomie po tej gęsi Lewisa… trudno, sam zaczął temat.
— Dobra Matko — powtórzył z łaską Woody.
— Dobra Matko pobłogosław…
— Dobra Matko pobło… nie. To było błogosławione na kuchni. Siadamy, już, już. — Tarpaulin klapnął, zanim duch zdążył zaprotestować. Obrażony Enjolras wymamrotał coś oburzony pod nosem i odleciał na chwilę, lecz z pewnością wróci jeszcze, aby pielęgnować świąteczną atmosferę.
Uczta została rozpoczęta. Woody polał sobie zupki, po czym — jak przystało na dobrego gospodarza — zapytał wszystkich po kolei, czy im również miałby nalać zupki, skoro on już nad kociołkiem stoi z chochelką. Pachniała obłędnie i bezbłędnie, toteż o żadnym kłamstwie nie mogło być mowy.
— Patrzcie, jak się nasze dziewczyny fajnie ubrały — zwrócił się do męskiej części stołu z komplementem dla kobiet, gdy już ze smakiem wachlował zupę. — Gdyby nie Keyleth, to byśmy tutaj nie mieli tak tradycyjnie. Takie girlandy to u mnie w domu zawsze wisiały. — Skinął łyżką na sznury suszonych owoców, aż mu pociekła zupa po palcach, które zaraz wytarł w serwetkę. Od święta nie w spodnie.
Gdy świat mu zadrżał przed oczami traumą ognia, zamilkł tylko na chwilę — znał już to uczucie. I cóż, że nie było świec, skoro i tak ściany rozżarzyły się piekłem Spalonej Nocy. Chłop zgarbił się ledwo dostrzegalnie, spuścił głowę i rwał chleb, wrzucając sobie kawałeczki do zupy. Nic wielkiego. Nic się nie działo. Zamknął oczy. Rejwach zgasł.
Uniósłszy powieki, Woody rozejrzał się po lokalu ukradkiem, a nie chcąc zwracać podejrzeń, zawiesił dla niepoznaki oczy na elektryczno-magicznym wieńcu Zenona. Odchrząknął.
— W ogóle widzicie tamto? Kable — powiedział, przywołując na oblicze dumę, bo znał przecież to słowo. Kozioł mieszkał tu nie od dziś i mógł się od niego Woody co nieco poduczyć. — Mugole w tym trzymają magię, dlatego świeci. Można w taki kabelek sobie włożyć mnóstwo energii — opowiadał tonem znawcy. Przecież wiedział, jak działa ten kabel! — Mugole tego używają do opalania samochodów. — Odpalania samochodów, ale z jakiegoś powodu energetyczny sznur mu się wydawał bardziej adekwatny jako paliwo niż przewodnik. Ktokolwiek Tarpaulinowi opowiadał o odpalaniu samochodu na kablach musiał się zwyczajnie przejęzyczyć.

Powiedzmy, że dajemy sobie czasu do poniedziałku (13.07), chyba że komplet będzie szybciej.


piw0 to moje paliwo
wodzirej
Marzenia chyba zawsze mają swój koniec. Nie wznoszą się, lecz opadają.
wiek
30
sława
III
krew
mugolak
genetyka
snowidz
zawód
keyboardzista
Zenek ma 1.84m wzrostu. Jest zbudowany proporcjonalnie do wzrostu i dość atletyczny przez noszenie walizki, ale generalnie jest bardziej szczupły i smukły. Nad instrumentem się garbi, na kanapie rozciąga albo kurczy. Twarz ma jak pies rasy chartowatej, to znaczy pociągłą i szczupłą. Z ciekawszych jej cech wybijają się długi nos i jasne brwi. Włosy ma brązowe, oczy też. Skóra całym rokiem trzyma ciepły koloryt, a jego dłonie są po prostu ładne. Długie palce i szczupłe nadgarstki to atuty klawiszowca. Jeśli o ubiór chodzi, to nosi się po mugolsku, gdzieś pomiędzy zdobyczami z targu a ciuchami z metką. Głos ma ciepły, dość głęboki. Chrypi, gdy się stresuje. Gdyby śpiewał, to basem.

Zenon Kozioł
#9
08.07.2026, 17:44  ✶  
Skakał wzrokiem między Tarpaulinem a duchem. W tle majaczyła mu upichcona pieczeń. Pięknie pachniała, ta gąska. Jak tak leżała na kracie w całości, bezwstydnie rozbebeszona, to sprawiała wrażenie, jakby sama wskoczyła Lewisowi do pieca. A potrawy parowały. Enjorlas prześwitywał i zlewał się z parą.
Nawiedzona modlitwa obijała się o kieliszki i zastawę. Powracała do uszu z echem. Szklane kieliszki drżały. Zenek trochę nie wiedział, co robić i na kogo patrzeć, więc zaczął kreślić w powietrzu znak krzyża, aż modlitwa została zakończona.

Kiedy Woody nalewał im zupy, Zenek także skorzystał. — A, to ja wina porozlewam. — zaoferował się z sekundą opóźnienia. Jeszcze trzymał w rękach miskę ciepłej zupy. To ją odstawił, wstał i chwycił za dzban czerwonego wina. Zenek bardzo chciał tego wina. Przez chwilę chybotał się nad stołem razem z dzbanem, nalewając każdemu, kto mu pomachał kieliszkiem. Nic nie rozlał. W końcu usiadł na miejscu, z zupą i kieliszkiem.

Obejrzał się na biesiadniczki, za rekomendacją.
— Jak landrynka i cytrynka. — pokiwał głową lekko z aprobatą. Smakowita para z zupy łaskotała mu włosy na brodzie. — A jaką nam zupkę Lewis zrobił. Nikt kucharza nie chwali. — kucharzowi przyjrzał się bliżej, bo siedział tuż obok niego. Lewis w odświętnej koszuli, to jakby się zawlekł w pańską skórkę.

Woody chwycił za serwetę, to Zenkowi się przypomniało, że trzeba zacząć jeść. Reszta stołu chyba też się już za to powoli zabierała. No to Zenek wyciągnął serwetkę spod talerza. Rozłożył jednym ruchem. Każdy jeżyk niósł własne jabłko. Głupio mu było sadzać jeżyki na własnym kroczu. No więc serwetę złożył ponownie, a zaraz po tym chwycił łyżkę. Stuknął metalem o porcelanę, jak zanurzał ją w zupie.

Gdzieś tam pod ścianą, w dziurach zapaliły się oczy diabelskich stworzeń. To szczuroszczety wychylały nosa z ukrycia, przebudzone zapachami i krzątaniną ludzką. Wychynęły ze swojej kryjówki. Parada szczuroszczetów szturmowała pod nogi stołu. Ich trzepoczące macki zbliżały się z każdą minutą.

Jamę ustną Zenka zalał smak dyni. Przez chwilę nic innego w lokalu nie istniało. Tylko dynia, dynia, dynia. Niemal utopił nos w tej zupie. Znad talerza uniósł się dopiero na wzmiankę o kablach.
Potakiwał radośnie z zupą w gębie. Kable. Właśnie tak. Woody zapamiętał dobrze i nie trzeba go było w niczym poprawiać. No i bardzo dobrze, bo język był zajęty doświadczaniem zupy.


I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.
fretka
wiek
21
sława
I
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
kieszonkowiec
uwaga - metamorfomag na gigancie! dość wysoka mulatka, 175 cm, 83 kg, kręcone czarne włosy, intensywnie zielone oczy

Keyleth Nico Yako
#10
13.07.2026, 21:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2026, 10:52 przez Keyleth Nico Yako.)  
Nawet jeśli miała schowany swój podręcznik do angielskiego głęboko głęboko głęboko w swoim plecaku i nawet jeśli tenże plecak z całym zapasem przedmiotów (właściwie ze wszystkimi przedmiotami, które posiadała jak dotąd) pozostał w jej małym pokoiczku, to jednak w swojej małej główce o ograniczonej rozpiętości loków (na poczet świąteczny) odhaczała kolejne punkty. Wściekle zielone oczy świeciły jak psu jajca na wiosnę, w zachwycie wszystkimi i wszystkim, a komplement pana Woody'ego wylądował w jej dłoniach tak niespodziewanie, że aż nie wiedziała absolutnie co powiedzieć.
– To my wszyscy się staraliśmy… – burknęła patrząc to po Asence to po Zenku i Julku, bo Lewis wiadomo skupiony był na tym co działo się w garach, a co teraz…

Modlitwa modlitwą, komplementy komplementami, gdy padło hasło dające możliwość zjedzenia posiłku i momentalnie Keyleth zapomniała o jakichkolwiek konwenansach. Była po prostu wściekle głodna. Była głodna JAK WILK (co zapewne wywołałoby uśmiech na twarzy Aseny z wiadomych powodów), a to oznaczało, że jej dłonie powędrowały od razu do półmisków i nie, nie było czasu na mówienie prawdy czy kłamanie (o jakim kłamaniu w ogóle była mowa, skoro absolutnie wszystko co wyszło spod dłoni Lewisa było absolutnym hitem nad hitami i najlepszą rzeczą jaką jadła od poprzedniego zaserwowanego przez przyjaciela posiłku!).

Zapomniała przy tym o sztućcach, złociste bransoletki pobrzękiwały gdy wyciągnięta przez cały stół odrywała nogę gęsi tylko po to by nie wylądowała na talerzu a prosto w jej ustach. Wracając na miejsce drugą ręką sięgnęła od razu po pajdę chleba tylko po to, by kątem oka dostrzec naczynie pełne masła. Stęknęła niezadowolona z twarzą pełną mięsiwa, bo jednak do posmarowania pajdy potrzebny był nóż. Zagryzła nią jednak mięsiwo (wciąż przeżuwane) i chciała sięgnąć po nóż, gdy w jej oczy wpadło puree. Miała zacząć od ciasta? Niedoczekanie. Odrywała kolejny kawał z nogi pieczonego drobiu, obficie na chleb nakładając puree (czy będzie mogła to posmarować masłem), gdy defilada innych głodomorów pojawiła się w sali.

– Onienienienienienie onie onieonie…! – poderwała się na równe nogi, całkiem zwinnie opuszczając swoje miejsce i wycierając rękawem usta – Gajto, Iwanie, Maddy, Miyale… i Ty Cynamonko! Nawet Ty?! – sapnęła karcąco, po czym odwróciła się nieco płochliwie w stronę Woody'ego. W końcu to była jej odpowiedzialność opiekować się gryzoniami, jako że jej samej nie było do nich zbyt daleko – Już się nimi zajmuje, już już… – zapewniła, opuszczając dłoń do wysokości podłogi, by zwabić je wonią pieczystych pulchnych paluszków. – Taś taś, nie potrzebujecie Rudolfa z czerwonym nosem, już, dam Wam pyszności w Waszym pokoiku, taś taś… – zachęcała słodkie zwierzątka po dobroci, nim sięgnęła po swój tryb psa pasterskiego i wściekłą fretkę w natarciu.

Głodomór, Poza Schematem, WoP II umożliwiający mi opiekę nad włochatymi oślizgłymi
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Asena Greyback (962), Keyleth Nico Yako (1457), Lewis McKinnon (669), Pan Losu (87), Woody Tarpaulin (1744), Zenon Kozioł (1014)


Strony (2): 1 2 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa