— Musiałam się mojej chacie czymś narazić — podjęła temat zupełnie zwyczajnie. — Czai się na mnie we śnie. Przesuwa rzeczy po pokojach. Rozregulowała zaklęcie unoszące dom. Cała trzęsie się od jakiejś magii. I ciągle na mnie patrzy, ale, ach, nie odezwie się uparcie. — Pokręciła głową niezadowolona z tego, jak niejasne sygnały wysyłała jej chata. — To się wcześniej nie zdarzało.
Czarownica wsunęła się do ciemnego pokoju, do którego poprowadziła ją Guinevere. Usiadła na jednym z wyściełanych krzeseł, poprawiając zaplątany między nogi materiał sukni, i obserwowała z zaciekawieniem przygotowania McGonagall. Wróżbickie gabinety tak często spowite były mrokami budującymi atmosferę tajemnicy. Nie pozostawiały gościom innego wyjścia niż skupić się w pełni na jedynym klarownym punkcie w pomieszczeniu: wróżbicie odsłaniającym wyroki losu. Helloise ulegała tej atmosferze. Takie zamknięte, duszne przestrzenie mocno ją przytłaczały. Nie mogłaby spędzać w podobnym miejscu całych dni, mimo że fascynująca wydawała się praca z magią zamkniętą w kuli. Żałowała, zawsze bardzo żałowała, że nie umie sama spojrzeć przez warstwę mlecznych mgieł i podglądać losu.
Mogła natomiast swobodnie podglądać Guinevere wchodzącą nad kulą w stan przypominający trans — Guinevere była wyjątkowo piękną kobietą. Czarownica nie mogła oderwać oczu od ust wróżbitki wyginających się miękko w kolejnych słowach. Odruchowo podążyła za wydanym przez nie poleceniem: wróciła myślami do swojej chaty. Między te nawiedzone ciemne kąty, z których wyzierały natarczywe spojrzenia, a upiorne oczy wybite w drewnianych sękach próbowały ją doprowadzić na skraj szaleństwa.
— Jakie intencje ma wobec mnie moja chata? — powtórzyła niespiesznie swoje pytanie.
Sama w kuli nie widziała niczego poza kotłującymi się obłokami. Musiała czekać, aż padnie wyrok — i padł: zagrożenie. Przyjęła go nad wyraz spokojnie, jakby wcale nie zaskoczył jej ani nie przejął. Uśmiechnęła się nawet lekko. Nabrała do chaty cichego respektu, odkrywszy, że ta jest drapieżna i niebezpieczna. Helloise również walczyłaby o swoje, gdyby w niej zamieszkał niepożądany lokator.
— Tego się spodziewałam — przyznała, skinąwszy głową. Zastanowiła się nad kolejnym pytaniem. — Czy wiesz, po co powinnam sięgnąć, żeby nad nią zapanować?
To, że poczuła wobec chaty respekt, nie oznaczało, że zamierzała biernie się jej poddać i odejść. Jeśli dom nie pojedna się z nią po dobroci, będzie go musiała docisnąć do posłuszeństwa.