— No, doceniajcie dobre żarcie, bo wujek McKinnon też zamawiał i ledwo dałem radę na dwa fronty — porcja zupy wylądowała w jego misce, ale skromna, bo jeszcze chciał mieć miejsce na drugim Mabon, pośród rodziny znanej przez krew, związanej innymi więzami, niż te przy tym stole. Czasami się czuł, że ma podwójne życie jak z jakiejś komedii.
— Sio, bo przerobię was na eliksiry, wy oklapłe chujki bez napleta! — krzyknął Lewis, machając na szczuroszczety. Te łyse chomiki stanowiły zarówno rozrywkę w Rejwachu, jak i jeden z jego najbardziej wkurwiających elementów. Drugim był wiecznie zapychający się kibel dla klientów, bo ktoś regularnie wrzucał tam dziwne śmieci. Spodziewał się, że mógł to być ktoś z Wiwerna. Wtedy ktoś musiał dać się ugryźć w dup, żeby robić za biologiczny przepychacz.
Chciał pomóc Nico, głównie zasłaniając swoje dania przed atakiem zwierzątek. Nie był ich fanem, zwłaszcza, że jeden siedział troche w lodówce.
TO COLLECTIVE PROBLEMS