07.08.2026, 21:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2026, 21:44 przez Zenon Kozioł.)
Skąd pochodziło jedzenie, warto było wiedzieć. Ludzie zazwyczaj nie wiedzieli. Jedli to, co wpadło im w ręce na markecie albo targu. A nawet w takich warzywach pojawiały się robale. Może zatem bogowie celowo karmili ziemian paszą dla karaluchów, w niebiosach tymczasem pożywiając się ambrozją? Młody Zenek miał rację, odmawiając spożycia maminej kiszonki.
Stał tam dalej z tym swoim pomysłem. Wprowadzenie Woody'ego do układu domowego wydało się łatwiejsze, niż wcześniej zakładał. Twarz reagowała jednak z opóźnieniem emocji, to znaczy żadnej nie było. — Nie no, proszę nie płacić. — powiedział po chwili ciszy. Nogami już przebierał w stronę mopa. — No to umówieni. Zaraz wracam.
Spośród tych wielu okazji na przestrzeni pięciu lat szczęśliwego zatrudnienia, kiedy to Zenek i Woody spędzali czas w identycznej przestrzeni, Zenek najlepiej wspominał przegląd elektrośmieci.
Tamtego dnia Zenek wrócił z wysypiska. Wysypisko było mugolskie. Dostarczał tam sprzęty lokalny sklep AGD, kiedy to towar dokonywał żywota. Jak je Zenek zobaczył… no to niczym szczuroszczet przed miską marynarskich rzygów. Rzucił się je zbierać. Zanim jakieś inne kanalie je zbiorą! Wsadził wszystko na drewnianą paletę z kółeczkami. Sprzęty związał wyciętym z wraku auta pasem. No kto to widział, auto z pasami. Pociągnął paletę za sobą i udał się na autobus. Kierowca Błędnego Rycerza patrzał się dziwnie. Paleta ledwie przeżyła. Był by przeciągnął tę paletę przez cały Nokturn, wciągnął po schodach i znikł z nią w odmętach własnego pokoju, ale przed Woodym takie metalowe klocki nie miały gdzie się ukryć. Siedzieli potem w piwnicy i je rozbierali. Sprzęty były martwe, im już to było obojętne. W Rejwachu na Nokturnie nic nie działało. Jedynie, kiedy przy czymś podłubał własną różdżką, tak jak to robił z własnym instrumentem. Wtedy coś się na chwilę zaświeciło, a Woody'emu też oczy. Z kabla poleciała iskra. Bęben pralki przeturlał się po podłodze, ujawniając nierówność terenu. Ostatecznie żaden sprzęt nie złamał tamtego dnia praw magicznej fizyki. Ale ile się złomu nazbierali.
Końcówek różdżek nie trzymało się przy nosie. To było jak z nożyczkami. Z końcówki mogło wystrzelić zaklęcie. Zenek skierował końcówkę na ducha. Głupi Enjorlas. Nie wiedział, że się nie straszy uzbrojonego czarodzieja?
— O, cześć — zaryzykował po polsku, a nóż to też zrozumie — Ja? Nikomu.
Różdżką zatoczył szerokie kółko wokół sterty. Ujmował ją w ręku niczym długopis. Tak mu było jakoś łatwiej. Ręka była już wyćwiczona w tym chwycie. A Enjorlas swoje.
— To był twój pokój? Czy Erola? — próbował wyciągnąć jakieś wnioski Zenek. Niestety, Enjorlas należał do tego typu ludzi, którzy mówili swoje, bez względu na zakłócenia, wtrącenia, roboty drogowe i warunki pogodowe. I nawet śmierć nie była w stanie go uciszyć.
Kiedy Zenek poruszył piętą, coś pod nią chrupnęło. Piasek. Kurz? Nieważne. Klapnął tyłkiem na podłodze i złożył nogi po turecku.
Nie był pewien, czy usłyszał odpowiedź. Enjorlas wycofywał się akurat wtedy, kiedy czyjaś obecność naprawdę groziła banicją. Przynajmniej tak by robił Zenek, gdyby był duchem nielubianym przez Woody'ego. Bo jego to ten Enjorlas też potrafił powkurzać. Woody bez ceregieli wszedł przez drzwi i rzucił worki. Kurz poleciał w górę w szarą chmurę, a Zenka zaswędział nos. Na badylu drgnął mu palec wskazujący.
— A, bo co, jakby ducha wywiało? — zaczął Zenek z wyrzutem, skierowanym najpewniej w stronę Enjorlasa, chociaż tego już nie było… Zenek musiał się upewnić. Zerknął na wszystkie kąty. Czy ducha można było wywietrzyć? Wolał nie sprawdzać. Mało kto go lubił, ale to nadal była część inwentarza. Woody mógłby się czepiać. Jakby mu duszę wywiało.
Gdy Woody rozsunął zasłony… nic tam nie było. Cegły. Hm.
Teraz następowała sekwencja, którą Zenek wykonywał, gdy chciał rzucić zaklęcie. Cofnął różdżkę do tyłu i w górę. Jakby niemal ją rzucał za własne ramię. Raz… dwa… trzy… odliczył w myślach. Zarzucił różdżką przed siebie, kierując ją na stertę. A potem przyjemnym basikiem wypowiedział zaklęcie. Gdzieś na poziomie ucznia drugiej klasy.
— ARANIA EKSUMEJ
Zauroczenie
Z końcówki wystrzelił snop niebieskiego światła. Objęło ono całą stertę i rozświetliło ją niebiańskim promieniem.
Ze sterty zaczęły wybiegać pająki. Duże, małe. Wielkości paznokcia, niewiele większe od ziarenka piasku. Rozbiegały się po podłodze na wszystkie strony, naokoło Zenka i Woody'ego na łóżku. Znikały w czterech kątach pokoju. W końcu sterta przestała się świecić. Po zaklęciu pozostała jedynie blada wiązka błękitu, aż wreszcie i ona zgasła.
Cisza.
Zenek siedział po turecku i kontemplował jeszcze chwilę swoje zaklęcie. Wpatrywał się w stertę. Zdawało mu się, że nadal czuje stukot tysięcy malutkich pajączków po podłodze. Całe rodziny.
Sterta wydała się nagle miejscem przyjaznym, w które można było włożyć rękę. Zenek więc włożył. Grzebał w majtach, teraz na sto procent pozbawionych pająków. Grzebał i grzebał, aż wyciągnął za Woodym kolejny przedmiot. Eee, tylko karta.
Obejmował ją obiema dłońmi. — Ja myślę, że byśmy mogli spróbować popisać tym piórem. — wymamrotał, kiedy oglądał kartę. Podobnie jak wcześniej różdżkę, przystawił ją blisko nosa. To te braki światła.
Stał tam dalej z tym swoim pomysłem. Wprowadzenie Woody'ego do układu domowego wydało się łatwiejsze, niż wcześniej zakładał. Twarz reagowała jednak z opóźnieniem emocji, to znaczy żadnej nie było. — Nie no, proszę nie płacić. — powiedział po chwili ciszy. Nogami już przebierał w stronę mopa. — No to umówieni. Zaraz wracam.
Spośród tych wielu okazji na przestrzeni pięciu lat szczęśliwego zatrudnienia, kiedy to Zenek i Woody spędzali czas w identycznej przestrzeni, Zenek najlepiej wspominał przegląd elektrośmieci.
Tamtego dnia Zenek wrócił z wysypiska. Wysypisko było mugolskie. Dostarczał tam sprzęty lokalny sklep AGD, kiedy to towar dokonywał żywota. Jak je Zenek zobaczył… no to niczym szczuroszczet przed miską marynarskich rzygów. Rzucił się je zbierać. Zanim jakieś inne kanalie je zbiorą! Wsadził wszystko na drewnianą paletę z kółeczkami. Sprzęty związał wyciętym z wraku auta pasem. No kto to widział, auto z pasami. Pociągnął paletę za sobą i udał się na autobus. Kierowca Błędnego Rycerza patrzał się dziwnie. Paleta ledwie przeżyła. Był by przeciągnął tę paletę przez cały Nokturn, wciągnął po schodach i znikł z nią w odmętach własnego pokoju, ale przed Woodym takie metalowe klocki nie miały gdzie się ukryć. Siedzieli potem w piwnicy i je rozbierali. Sprzęty były martwe, im już to było obojętne. W Rejwachu na Nokturnie nic nie działało. Jedynie, kiedy przy czymś podłubał własną różdżką, tak jak to robił z własnym instrumentem. Wtedy coś się na chwilę zaświeciło, a Woody'emu też oczy. Z kabla poleciała iskra. Bęben pralki przeturlał się po podłodze, ujawniając nierówność terenu. Ostatecznie żaden sprzęt nie złamał tamtego dnia praw magicznej fizyki. Ale ile się złomu nazbierali.
Końcówek różdżek nie trzymało się przy nosie. To było jak z nożyczkami. Z końcówki mogło wystrzelić zaklęcie. Zenek skierował końcówkę na ducha. Głupi Enjorlas. Nie wiedział, że się nie straszy uzbrojonego czarodzieja?
— O, cześć — zaryzykował po polsku, a nóż to też zrozumie — Ja? Nikomu.
Różdżką zatoczył szerokie kółko wokół sterty. Ujmował ją w ręku niczym długopis. Tak mu było jakoś łatwiej. Ręka była już wyćwiczona w tym chwycie. A Enjorlas swoje.
— To był twój pokój? Czy Erola? — próbował wyciągnąć jakieś wnioski Zenek. Niestety, Enjorlas należał do tego typu ludzi, którzy mówili swoje, bez względu na zakłócenia, wtrącenia, roboty drogowe i warunki pogodowe. I nawet śmierć nie była w stanie go uciszyć.
Kiedy Zenek poruszył piętą, coś pod nią chrupnęło. Piasek. Kurz? Nieważne. Klapnął tyłkiem na podłodze i złożył nogi po turecku.
Nie był pewien, czy usłyszał odpowiedź. Enjorlas wycofywał się akurat wtedy, kiedy czyjaś obecność naprawdę groziła banicją. Przynajmniej tak by robił Zenek, gdyby był duchem nielubianym przez Woody'ego. Bo jego to ten Enjorlas też potrafił powkurzać. Woody bez ceregieli wszedł przez drzwi i rzucił worki. Kurz poleciał w górę w szarą chmurę, a Zenka zaswędział nos. Na badylu drgnął mu palec wskazujący.
— A, bo co, jakby ducha wywiało? — zaczął Zenek z wyrzutem, skierowanym najpewniej w stronę Enjorlasa, chociaż tego już nie było… Zenek musiał się upewnić. Zerknął na wszystkie kąty. Czy ducha można było wywietrzyć? Wolał nie sprawdzać. Mało kto go lubił, ale to nadal była część inwentarza. Woody mógłby się czepiać. Jakby mu duszę wywiało.
Gdy Woody rozsunął zasłony… nic tam nie było. Cegły. Hm.
Teraz następowała sekwencja, którą Zenek wykonywał, gdy chciał rzucić zaklęcie. Cofnął różdżkę do tyłu i w górę. Jakby niemal ją rzucał za własne ramię. Raz… dwa… trzy… odliczył w myślach. Zarzucił różdżką przed siebie, kierując ją na stertę. A potem przyjemnym basikiem wypowiedział zaklęcie. Gdzieś na poziomie ucznia drugiej klasy.
— ARANIA EKSUMEJ
Zauroczenie
Rzut Z 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!
Z końcówki wystrzelił snop niebieskiego światła. Objęło ono całą stertę i rozświetliło ją niebiańskim promieniem.
Ze sterty zaczęły wybiegać pająki. Duże, małe. Wielkości paznokcia, niewiele większe od ziarenka piasku. Rozbiegały się po podłodze na wszystkie strony, naokoło Zenka i Woody'ego na łóżku. Znikały w czterech kątach pokoju. W końcu sterta przestała się świecić. Po zaklęciu pozostała jedynie blada wiązka błękitu, aż wreszcie i ona zgasła.
Cisza.
Zenek siedział po turecku i kontemplował jeszcze chwilę swoje zaklęcie. Wpatrywał się w stertę. Zdawało mu się, że nadal czuje stukot tysięcy malutkich pajączków po podłodze. Całe rodziny.
Sterta wydała się nagle miejscem przyjaznym, w które można było włożyć rękę. Zenek więc włożył. Grzebał w majtach, teraz na sto procent pozbawionych pająków. Grzebał i grzebał, aż wyciągnął za Woodym kolejny przedmiot. Eee, tylko karta.
Rzut Tarot 1d78 - 60
Piątka Denarów
Piątka Denarów
Obejmował ją obiema dłońmi. — Ja myślę, że byśmy mogli spróbować popisać tym piórem. — wymamrotał, kiedy oglądał kartę. Podobnie jak wcześniej różdżkę, przystawił ją blisko nosa. To te braki światła.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.