15.07.2026, 14:51 ✶
Prezentację przyrządów Ceolsige czarownica obserwowała ze szczerym zainteresowaniem. Przyciągało ją bowiem wszystko, co w świecie było estetyczne, genialne bądź twórcze.
— Składasz takie rzeczy sama? — zapytała z uznaniem, odnajdując spojrzenie Burke, aby uśmiechem skomplementować jej pomysłowość.
Sztuka rozwiązywania problemów i udoskonalania świata swoim projektem była jedną z idei szczególnie kobiecie bliskich już od wczesnego dzieciństwa. Mieć wpływ na świat, nie być jedynie biernym odbiorcą zastanej rzeczywistości — to była w oczach dziecka pasjonująca moc. Helloise obrała ścieżkę podobną Ceolsige, a jednak odmienną w charakterze: dzieła wiedźmy z lasu miały naśladować życie i osadzać je wybranych przez nią formach. Opracowywała w drewnie swoje wizje, aby w nie potem tchnąć iskrę, ożywić je przy użyciu magicznych rdzeni. W rzeźbionych ptaszkach układała magię tak, aby wzlatywały pod sufity pomieszczeń. Kukiełkom o wydłużonych, smukłych kończynach wszczepiała w kręgosłupy rdzenie, które budziły je do marionetkowego tańca pod dotknięciem różdżki. Jej koniki nie potrzebowały biegunów — na skrzypiących nogach mogły zabrać dzieci na leniwą przebieżkę po ogrodzie, jeśli tylko dostarczyć im wystarczająco magicznej energii.
Helloise uprawiała sztukę powoływania do istnienia iluzji życia. Jej twory reagowały jednak wyłącznie na magiczne impulsy. Wykonywały proste, powtarzalne czynności. Bliżej było Helloise do artystki działającej pod natchnieniem niż usprawniającego świat inżyniera.
Wiedźma drgnęła nerwowo, gdy miotła Ceolsige otworzyła się z gwałtownym szarpnięciem. Dźwięk sprężyny stał się na moment ostrym centrum uwagi wśród martwej polany.
Helloise zamrugała powoli.
Przygnębiająca atmosfera przeklętego miejsca, choć nie wygasiła w niej szczęśliwości, to wprowadziła w nastrój element smutnej melancholii, który rozmył wcześniejsze podniecenie. Wśród labiryntu drzew czarownica była o wiele żywszą; teraz stonowała się, niby zasłuchana w niesłyszalny lament dusz straconych na polu bitwy. Ulegała cmentarnym zadumom, o które dopominała się pamięć zmarłych, i nie pociągało jej beztroskie dokazywanie w miejscu, gdzie ziemia przypominała o zastępach poległych czarodziejów i tragicznej tęsknocie ich najbliższych.
— Nie… nie. Wolałabym teraz być przy ziemi — odpowiedziała na pytanie, łagodnie omijając zaczepkę. Widziała ekscytację, jaką budziło w Burke poszukiwanie. Nie było powodu jej tego pozbawiać. Każdy miał tego wieczora dokładnie to, czego pragnął. Przyjemności dwóch czarownic splotły się harmonijnie na polu dawnej bitwy. — Idź, Ceolsige. — Zachęciła ją skinieniem dłoni. — Ja potrzymam.
Gdy Ceolsige oddaliła się, Helloise wykorzystała moment samotności dla siebie. W narastającym podnieceniu wysunęła stopy z kozaków, aby boso stanąć na ziemi. Nagie podeszwy od razu dopasowały się do nierówności zimnego, wilgotnego gruntu. Po plecach kobiety przeszedł elektryzujący dreszcz. Podwinęła palce u stóp, wbijając je w ziemię; z ulgą wypuściła powietrze nosem. Wypełniło ją wzruszenie sięgające samego dna duszy. Dawno nie była tak głęboko w lesie. Znów była głęboko w lesie.
— Składasz takie rzeczy sama? — zapytała z uznaniem, odnajdując spojrzenie Burke, aby uśmiechem skomplementować jej pomysłowość.
Sztuka rozwiązywania problemów i udoskonalania świata swoim projektem była jedną z idei szczególnie kobiecie bliskich już od wczesnego dzieciństwa. Mieć wpływ na świat, nie być jedynie biernym odbiorcą zastanej rzeczywistości — to była w oczach dziecka pasjonująca moc. Helloise obrała ścieżkę podobną Ceolsige, a jednak odmienną w charakterze: dzieła wiedźmy z lasu miały naśladować życie i osadzać je wybranych przez nią formach. Opracowywała w drewnie swoje wizje, aby w nie potem tchnąć iskrę, ożywić je przy użyciu magicznych rdzeni. W rzeźbionych ptaszkach układała magię tak, aby wzlatywały pod sufity pomieszczeń. Kukiełkom o wydłużonych, smukłych kończynach wszczepiała w kręgosłupy rdzenie, które budziły je do marionetkowego tańca pod dotknięciem różdżki. Jej koniki nie potrzebowały biegunów — na skrzypiących nogach mogły zabrać dzieci na leniwą przebieżkę po ogrodzie, jeśli tylko dostarczyć im wystarczająco magicznej energii.
Helloise uprawiała sztukę powoływania do istnienia iluzji życia. Jej twory reagowały jednak wyłącznie na magiczne impulsy. Wykonywały proste, powtarzalne czynności. Bliżej było Helloise do artystki działającej pod natchnieniem niż usprawniającego świat inżyniera.
Wiedźma drgnęła nerwowo, gdy miotła Ceolsige otworzyła się z gwałtownym szarpnięciem. Dźwięk sprężyny stał się na moment ostrym centrum uwagi wśród martwej polany.
Helloise zamrugała powoli.
Przygnębiająca atmosfera przeklętego miejsca, choć nie wygasiła w niej szczęśliwości, to wprowadziła w nastrój element smutnej melancholii, który rozmył wcześniejsze podniecenie. Wśród labiryntu drzew czarownica była o wiele żywszą; teraz stonowała się, niby zasłuchana w niesłyszalny lament dusz straconych na polu bitwy. Ulegała cmentarnym zadumom, o które dopominała się pamięć zmarłych, i nie pociągało jej beztroskie dokazywanie w miejscu, gdzie ziemia przypominała o zastępach poległych czarodziejów i tragicznej tęsknocie ich najbliższych.
— Nie… nie. Wolałabym teraz być przy ziemi — odpowiedziała na pytanie, łagodnie omijając zaczepkę. Widziała ekscytację, jaką budziło w Burke poszukiwanie. Nie było powodu jej tego pozbawiać. Każdy miał tego wieczora dokładnie to, czego pragnął. Przyjemności dwóch czarownic splotły się harmonijnie na polu dawnej bitwy. — Idź, Ceolsige. — Zachęciła ją skinieniem dłoni. — Ja potrzymam.
Gdy Ceolsige oddaliła się, Helloise wykorzystała moment samotności dla siebie. W narastającym podnieceniu wysunęła stopy z kozaków, aby boso stanąć na ziemi. Nagie podeszwy od razu dopasowały się do nierówności zimnego, wilgotnego gruntu. Po plecach kobiety przeszedł elektryzujący dreszcz. Podwinęła palce u stóp, wbijając je w ziemię; z ulgą wypuściła powietrze nosem. Wypełniło ją wzruszenie sięgające samego dna duszy. Dawno nie była tak głęboko w lesie. Znów była głęboko w lesie.
dotknij trawy