17.08.2024, 22:11 ✶
23 lipca 1972
Mieszkanie Lupinów
Cedric Lupin i Peregrinus Trelawney
Mieszkanie Lupinów
Cedric Lupin i Peregrinus Trelawney
W zaskakująco intensywnym, letnim wirze stresu, adrenaliny i emocjonalnej karuzeli na Peregrinusa Trelanweya czekał również ten jeden leniwy, swobodny wieczór, który zamknął się w czterech ścianach Lupinów. Żadnych traum, niebezpieczeństw i przygód: tylko dwóch kolegów, dwie butelki piwa i stół zastawiony grą 7 Cudów Magicznego Świata.
Ktoś mógłby powiedzieć: grać w gry z jasnowidzem?! Toć to naiwność i głupota.
Cóż, uwierzyć trzeba na słowo, że Peregrin uczciwie na czas tych planszówkowych wieczorów zamykał trzecie oko i ani myślał podglądać ruchów swojego oponenta. Nie spotykali się przecież, aby rywalizować, a miło spędzić czas. Nie było wielu osób, z którymi Trelawney lubiłby się socjalizować, lecz Cedric zdecydowanie miał swoje miejsce w tym skąpym gronie. Nie chodziło nawet o to, że byli aż tak bliskimi sercu przyjaciółmi. Wręcz przeciwnie: znajomość była dość luźna, ale jednocześnie otoczona komfortową atmosferą, która nie czerpała baterii społecznych czarodzieja. Idealna na wieczór otwierający jego tygodniowy urlop, który wróżbita zamierzał spędzić w górach. Chwila wytchnienia po zmaganiach z Thoranem, który zaatakował go w pracy, po konfrontacji z Annaleigh oraz po trudnych odwiedzinach u Millie. Wąskie okienko relaksu pomiędzy tym a czekającym go Windermere. Czekającym w zasadzie ich obu.
— I… — Peregrinus przełożył karty po swojej stronie stołu. — Stonehenge jest moje.
Z jego karty z cichym puf! wyskoczyła trójwymiarowa makieta kamiennego kręgu. Czarodziej odchylił się na krześle, podziwiając zgromadzone przez siebie zasoby. Może i wojska Cedrica przekroczyły granice jego kraju, ale nie dziwota, skoro wszystko wpakował do tej pory w zbieranie surowców. Niezależnie od tego, w co grali, Trelawney wybierał na ogół skrajnie pacyfistyczne taktyki.
— Jakieś wakacje w planach? — zapytał, biorąc łyk ze swojej butelki. Wyglądał w tej aranżacji — z piwem w ręce, swobodną manierą i determinacją gracza idącego po zwycięstwo — niemal jak stara, dobra wersja Peregrinusa. Ta, która nie chodziła wiecznie markotna i udręczona. Zdradzały go niestety cienie niewyspania pod oczami, których żadnym sposobem pozbyć się nie potrafił. — Ja ruszam jutro z samego rana i do końca tygodnia nie dotykam cywilizacji.
W ostatecznym rozrachunku wyjazd okazał się nie do końca tym, czym miał być. Plany pokrzyżowała przede wszystkim niedyspozycja mającej towarzyszyć wróżbicie Mildred, w której miejsce zaproszony został Leon. Poza tym można by rzec, że były w Peregrinusie dwa wilki: jeden chciał zostać w Prawach Czasu i nie tracić ani dnia na nieobecność, aby mieć stale wszystko pod kontrolą; drugi… drugi naprawdę potrzebował ucieczki z dusznej atmosfery w kamienicy Dolohova i domu Trelawneyów. Chciał wyjść na szlak, wdychać naturę i nie oglądać się za siebie.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie