19 listopad 1970
Nastał czas ciemności - Robert & Chester
Nadchodził czas zmian. Po wielu latach oczekiwań, wreszcie mogli przystąpić do działania. Zapoczątkowana właśnie rewolucja miała odmienić świat, być może przy okazji pożerając też niektóre spośród swoich dzieci. Będąc zaangażowanym w to wszystko praktycznie od samego początku, Robert zaliczał się do grona najwierniejszych sług Czarnego Pana. Oddany mu pozostawał od czasów szkolnych. To właśnie tam, w Hogwarcie, pierwszy raz skrzyżowały się ścieżki jego i Toma Marvolo Riddle'a. Przez kolejne lata coraz bardziej zagłębiał się we wszystko to, co ten sobą reprezentował. Pozwolił się porwać idei. Przekonać poglądom, stosunkowo bliskim temu, w co sam wierzył; w co wierzyli również jego bliscy. Przez te wszystkie lata nie raz udowodnił swoją wartość. Oddanie sprawie. Stał się jednym z tych, którzy jako pierwsi otrzymali mroczny znak. Zdecydowali się dołożyć własną cegiełkę do mozolnego, długotrwałego procesu budowy nowego, lepszego jutra. W chwili obecnej nie odczuwał praktycznie żadnych wątpliwości odnośnie działań, których zamierzali się podjąć.
Zdawał sobie sprawę z tego, że wkraczają właśnie na drogę, z której odwrotu nie będzie.
Niewielki gabinet był dość słabo oświetlony. Niewiele światła wpadało przez okno. Godzina zresztą była zbyt późna, żeby móc z tego rodzaju wsparcia korzystać. W środku niewielkich rozmiarów pomieszczenia stały dwa fotele, stolik, solidne, drewniane biurko z ustawionym zaraz za nim krzesłem, kilka regałów, duża szafa. Panował porządek. Porządek wręcz idealny. Każda rzecz, każdy papierek miał swoje miejsce. I oczywiście w tym miejscu się znajdywał.
Chociaż przez większość czasu Robert zajmował się sprawami związanymi z prowadzonym biznesem - sprzedaż kadzideł niestety nie wiązała się ze zbyt dużymi dochodami - tym razem nie siedział z nosem w dokumentach. Stał tuż obok okna, spoglądając w stronę swojego gościa. Mężczyzny starszego o tych kilka lat, ale dobrze mu znanego.
Po tym wszystkim, co wydarzyło się 18 listopada, musieli się spotkać we dwoje.
On oraz Chester Rookwood.
- Kamienica nie dorównuje wygodami posiadłości, która znajduje się w rękach Twojej rodziny, ale mogę zapewnić, że budynek jest odpowiednio zabezpieczony. - Odzywa się. Brzmi raczej obojętnie. Nie da się wychwycić w jego słowach nadmiaru emocji. Raczej jest mało prawdopodobne, żeby interesowało go zdanie Chestera w tym temacie. Zwykła grzeczność, może trochę taka na siłę. A do tego średnio istotna informacja. Aczkolwiek Rookwood od dawna powinien być już świadomy tego, że jeśli idzie o zabezpieczenia, to Robert jest w stanie się nimi odpowiednio zająć. Miał do tego rodzaju czarów smykałkę.
Sięgając po różdżkę, rzuca zaklęcie wymierzone w siedmioramienny świecznik.
- Incendio - Wypowiada, jednocześnie wykonując wyćwiczony ruch nadgarstkiem. W efekcie tego do pomieszczenia wpada więcej światła. - Tak powinno być lepiej.
Nie śpieszy się, żeby przejść do tematu spotkania. Dawno już nauczył się jak duże znaczenie ma cierpliwość i jak problematyczny potrafi być niepotrzebny pośpiech. Godzina jest wciąż młoda. Nie muszą się zanadto śpieszyć. A że mają więcej światła, Robert może przejść do kolejnej kwestii. Podchodzi do regału, na którym znajduje się kilka butelek alkoholu oraz szklanek. Sięga po jedną z tych już napoczętych.
- Whisky? - Zadaje pytanie Chesterowi. Samemu sobie napełnia pierwszą z brzegu szklankę. A dokładniej tumbler, żeby trzymać się odpowiedniego nazewnictwa. Gotowy jest zająć się również drugą, o ile tylko auror nie odmówi.