Od dnia zniknięcia Roberta, przypadającego na czas Beltane, Chester nakazał dyskretną obserwację posiadłości Mulciberów w niemagicznym Londynie na wypadek jego powrotu do rodowej siedziby. Interesował go jakikolwiek ruch w tych murach, nawet krótkie zapalenie lamp czy znajoma sylwetka w dobrze znanym mu gabinecie i w innych pomieszczeniach, w których interesujący go Mulciber mógł się pokazać. Pozostali domownicy nie znaleźli się w kręgu jego zainteresowań, jeśli nie mieliby spotkać się z Robertem poza tym domostwem. Nie miał z tym czarodziejem kontaktu od Beltane. Ich Mistrz nie wspominał o nim. Podjęte przez niego działania w końcu się opłaciły, bowiem tego poranka otrzymał informację o powrocie tego czarodzieja do domu, który nawet nie raczył nawiązać z nim ponownego kontaktu.
Wzbudziło to w nim irytację, pogłębioną przez posiadaną wiedzę o zorganizowanym przez Czarnego Pana spotkania w Teatrze, w którym nie wziął udziału. Dotąd nie kwestionował woli swojego Mistrza, któremu wiernie służy jako prawica od początku zapoczątkowanej przez niego rewolty. Podjęta przez Czarnego Pana decyzja sprawiła, że poczuł się wykluczony i potraktowany jak szeregowy Śmierciożerca zamiast jak ktoś, kto stanął przy jego boku, jako jeden z pierwszych zdecydował się podążyć za nim i oddać mu na służbę większość swojej rodziny. Rodowa posiadłość stanowiła dla Lorda Voldemorta bezpieczne schronienie.
Z wyruszeniem do niemagicznego Londynu, do dzielnicy Covent Garden, postanowił poczekać do wieczora. Przed zniknięciem Roberta spotkania wieczorem stanowiły niepisaną tradycję. Przez swoje pozostałe obowiązki siłą rzeczy podtrzymał jej istnienie. To również nie miało być towarzyskie spotkanie, które pod wieloma względami były im obce. Stając na progu kamienicy Mulciberów, uderzył mocno dłonią zwiniętą w pięść. Wzburzony nie pukał do tych drzwi w typowy dla siebie sposób, tylko walił do nich. Jeśli nie zostanie wpuszczony, rozważy wejście razem z tymi drzwiami.