• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[27.07.72] Dla ciebie jak Sashimi

[27.07.72] Dla ciebie jak Sashimi
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#11
23.02.2025, 20:40  ✶  

Nie odcinał się od osób tylko dlatego, żeby nie dosięgały go emocje. Odcinał się od kolejnych bliskich dla siebie czarownic i czarodziejów, by ich sprawy i wszystko co z nimi związane nie odciągały jego uwagi od tego co w swoim życiu uważał za najważniejsze. Nie był żadną chłodną jednostką pozbawioną uczuć, w żadnym wypadku nie zamierzał oddalać się od empatii. Gdyby pozbawił się emocji stałby się kimś chłodny i zdystansowany na pozostałe osoby. Nieludzki. Tego nie chciał, wciąż miał swoją rolę do odegrania, wciąż musiał zdobywać kolejnych popleczników, kolejnych sojuszników w sprawie Czarnego Pana. Gdyby stał się kimś bez uczuć, nie mógłby być wiarygodny w niczyich oczach. Tylko, że empatia w jego przypadku służyła jako instrument. Narzędzie którego używał w chłodny i wykalkulowany sposób. Wczuwał się w sytuację i emocje innych osób tylko po to by lepiej oszacować co nimi kieruje. Jakie wartości je cechują. Do czego są zdolni, na czym im zależy najbardziej. Jakie słowa do nich trafią. Gdyby był socjopatycznym mordercą bez ludzkich odruchów nie przekonałby nikogo do niczego. A wiecie jak trudno było przekonać kogoś do przejścia na drugą stronę? Musiał sięgać po wszystkie możliwe osoby, by ci zdolni i użyteczni stanęli po tronie Lorda Voldemorta. Czasem zwykła perswazja nie wystarczyła, niekiedy musiał użyć podstępu. Tak jak teraz.

Prychnął na to jej pytanie o tęsknotę. Ostatnie o czym teraz chciał myśleć i czym się kierować to jakiś melancholijny sentyment. Jasne że tęsknił. Ale był to najmniej odpowiedni moment by wracać do tego. Obecnie był na nią zły, wściekły wręcz. - Sama widzisz. Wystarczył jeden moment by sprawdzić jak nic nie warta jest ta twoja lojalność. Zginą obydwoje i to tylko przez twoją głupotę, bo drugiej takiej oferty ode mnie nie dostaniesz. Wciąż pluł jadem. I wciąż będzie nim pluł, bo nie dostawał tego czego chciał. Chciał jej tak bardzo, że byłby gotów posunąć się teraz to wszystkiego byleby dostać ją dla siebie. Włącznie z doprowadzeniem jej do łez od samych swoich słów. Bardzo długo ukrywał przed nią taką wersję siebie. Chociaż wcale nie musiał ukrywać, po prostu do dzisiaj nie miał ku temu żadnych powodów. Jak dotąd było zawsze miło i przyjemnie, więc zwyczajnie ta podstępna szuja która wychodziła z niego w momentach rozedrgania, kiedy napotykał opór, do dnia dzisiejszego pozostała uśpiona.

- Gdybyś o mnie dbała, gdybyś naprawdę chciała mi pomóc to powiedziałabyś, że mnie potrzebujesz. Że jestem dla ciebie ważny. Dokładnie w tamtym momencie kiedy zrobiłem krok, a ty go nie zrobiłaś. Wyjaśnił najkrócej jak potrafił dlaczego był teraz dla niej jaki był. Dlaczego traktuje ją w taki sposób. Dokładnie taki był jego ból. Nie potrzebował od niej nadwyrężania siebie i upuszczania krwi do jakiś eksperymentalnych wybiegów do próby odczarowania tego całego Zimna. Swoje życie powierzył komuś innemu, komuś kto znał rozwiązanie jego problemu już wcześniej. Nawet jeśli znalazłaby rozwiązanie problemu Victorii, Arteusa i jego on i tak przecież by z niego nie skorzystał. Do cholery był Zimnym i jedyne czego potrzebował to ciepła. Nie żadnej pierdolonej prastarej magii, żadnych jebanych magicznych pergaminów i chuja wartych rytuałów. Wyłącznie ciepła. Tylko tyle i aż tyle. - Ooooj zasłużyłaś... Syknął nisko marszcząc brwi, a jego spięte od złości wargi mocno akcentowały każde sekundę jego gniewu. Pomachał jej palcem przed twarzą jakby chciał pouczyć niesforne dziecko i udzielić jej reprymendy za nieodpowiednie postępowanie. - Zasłużyłaś na to i jeszcze więcej. Miły i szarmancki już byłem. Lepiej się przyzwyczai, może mniej zaboli.

Niepotrzebnie się produkowała bo on i tak odpowiadał wyłącznie na te zdania na które miał ochotę. Teza była banalnie prosta, uświadomić jej jak bardzo okropny i zły potrafi być jeśli poczuje się zdradzony. Bo rachunek był jeszcze prostszy. - Jesteś ze mną, albo przeciwko mnie. Nie ma nic pomiędzy. Powiedział bezczelnie i kpiąco nie wsłuchując się w żadne kolejne jej słowo. Jakieś jej daremne zapewnienia i tłumaczenia niby docierały jego uszu, ale był zbyt rozgorączkowany tym jak bardzo jest mu niepokorna. - Wyjdę dopiero jak dowiem się z kimś jeszcze się spotykasz. Odwarknął, a potem przeszedł bardzo stanowczym krokiem obok niej, właściwie odsuwając ją sobie z drogi. - Nie chcesz mówić? Ok. Sam się kurwa tego dowiem. Ciągnął warkot dalej. Był zły. Wściekły wręcz. Właśnie to się działo kiedy emocje brały nad nim górę. Pewnie wolałaby żeby ich teraz nie miał, prawda? A to ci psikus, że jednak się od nich nie odcina. - Pewnie wymieniacie się listami, co? Zapytał, ale tylko retorycznie. Podszedł do stolika na którym leżała stera papieru i pergaminów. Gwałtownym pchnięciem przewrócił go na ziemię, aż kartki zawirowały w powietrzu. - Gdzie to jest?! Ryknął na nią, unosząc się po raz pierwszy. Razem z jego głosem, na ziemię poleciały drobne przedmioty ustawione na komodzie. Szybkim i zdecydowanym ruchem ramienia zdjął wszystkie ozdoby, małe pamiątki z podróży jej ojca i coś szklanego co z hukiem roztrzaskało się o posadzkę. Spojrzał na nią wzrokiem pełnym gniewu, głody strachu w jej oczach przed nim samym. W końcu dopadł do regału z książkami i artykułami papierniczymi wszelkiej maści. Obok regału stał stolik kopertowy i oba te meble zamierzał roztrzaskać na jej oczach. Dopadł do tego co wypadło z pozostawionej korespondencji domu Flintów w kompletnej złości. Przerzucał z boku na bok nerwowymi i nieskoordynowanymi ruchami kolejne koperty, listy i wiadomości szukając tylko tych, które były adresowane do niej samej. Rzucał nimi w powietrze, za siebie i przed siebie. Nie zachowywał się jak zdrowy. Zachowywał się jak chory. Chory z zazdrości.


percepcja, szukam listów adresowanych do Cynthii
Rzut O 1d100 - 90
Sukces!


Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#12
11.03.2025, 23:29  ✶  
Nie miała pojęcia, w którym momencie jego kolejnych monologów przestała się odzywać. Nie uciekała od niego wzrokiem, nie miała przestraszonego spojrzenia. Zaskoczenie może nawet rozczarowane, ale strach nie był czymś, co dominowało w subtelnie wylewających się w jej wnętrzu emocjach. Zwykle tkwiła szczelnie osłonięta, nie pozwalała sobie na czucie tego wszystkiego nie tylko dlatego, że tak było łatwiej, ale też dlatego, że zwyczajnie zapomniała, jak zrzucić płaszczyk z ramion. Wiedziała, że był zły i mówił to wszystko, żeby ją po prostu zranić. Udowodnić — cokolwiek tak sobie chciał udowodnić, a czego dostrzec i zrozumieć nie umiała, ale był skuteczny. Nazwałaby go skończonym idiotą, ale nie miałoby to żadnego znaczenia. I tak jej teraz nie słuchał, był w jakimś amoku. Wylewał z siebie wszystko z chłodem i brutalną bezpośredniością. Zdawała sobie sprawę, że nigdy nie pokazywał jej wszystkiego i miała poniekąd specjalne traktowanie, najpierw przez wzgląd na kwestie zdrowotne, a potem przez wszystko to, co działo się pomiędzy nimi. Najpierw było mało znaczące i niewinne, ale potem ewoluowało. I nie umiała tego wszystkiego zrozumieć, może nawet nie chciała tego zrozumieć, bo przecież pierwotnie nie zamierzała się już nigdy angażować emocjonalnie. Nie chciała kolejny raz rozpaść się na tysiące kawałków, stracić kolorów i stabilizacji. Tkwienie pomiędzy szczęściem i nieszczęściem na własne życzenie, męczące, trudne i przepełnione rutyną, ale znajome. Doskonałe do kontrolowania. Była trudna, była oziębła — przynajmniej do momentu, aż płaszcz by opadł. I z jednej strony rozumiała, dlaczego jej to wszystko mówił. I dlaczego jego zdaniem zasłużyła. Jednak z drugiej? Z drugiej strony, jeśli na kimś Ci zależy, nie traktuje się go w taki sposób. Nie była wylewna, ale zawsze stawiała innych, zawsze stawiała jego bezpieczeństwo i zdrowie ponad siebie i to, czego sama mogłaby chcieć lub nie chcieć. Nigdy jednak nie była na tyle ciepła, w jakim stopniu tego potrzebował. Nigdy nie była spontaniczna i lekka, nigdy nie pokazywała uczuć w sposób oczywisty dla innych ludzi. Jej ciało rozluźniło się wbrew narastającemu zdenerwowaniu, dłonie się rozluźniły, a przyśpieszony wcześniej oddech zwolnił. Przesunęła spojrzeniem po twarzy mężczyzny, dostrzegając burzę w jego spojrzeniu. Wcale nie skończył, ale nie znaczyło to wcale, że zamierzała pozwolić się tak traktować. W życiu przecież wszystko miało konsekwencje.
- Może nie umiałam pokazać Ci tego, że jesteś dla mnie ważny w sposób, w jaki tego potrzebowałeś i oczekiwałeś i za to faktycznie przepraszam, ale to nie znaczy, że zamierzam się przyzwyczajać do tego, co widzę.
Jej głos nie był już drżący, podniesiony lub nawet przesadnie spokojny, mówiła normalnie i najzupełniej szczerze, o czym świadczyć mogły nieśmiało przebijające się na wierzch emocje. Oplotła ramiona dłońmi, ignorując łaskoczący odkryte fragmenty skóry bandaż i przekręciła głowę na bok, pozwalając nieco już rozczochranym włosom przesunąć się po szyi. Wciąż na niego patrzyła, jakby był jedyną rzeczą w pokoju tak pełnym gratów i bibelotów jej rodziców. W którym momencie ich relacji stał się taki zaborczy?
- Jesteś uparty i zupełnie mnie nie słuchasz. - stwierdziła cicho pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, cofając się kilka kroków i odwracając na chwilę w stronę okna. Traktował ją, jakby zrobiła coś złego, bo była na kilku randkach przed kilkoma miesiącami. Każde z nich miało relacje z innymi ludźmi, obydwoje byli wcześniej zaręczeni. Poczuła, jak ją mija i jednocześnie przechodzi obok niej, kierując się w tronę mebli. Odwróciła głowę w jego stronę na tyle zaskoczona, że wargi miała subtelnie rozchylone. Oszalał. Czy ruszyła się z miejsca, aby mu przeszkodzić? Nie. Nie zrobiła niczego, czego mogłaby się wstydzić lub z czego miałaby mu się tłumaczyć.
- Nie przeszkadzaj sobie, baw się dobrze. - skwitowała jedynie, kręcąc głową z niedowierzaniem. Drgnęła, gdy zrzucił rzeczy i prychnęła na niego, unosząc brew na ryknięcie, którym ją obdarował. Tak, jakby robił na niej wrażenie, akurat — nie umiała się Louvaina bać. Nie skuliła się, wciąż patrzyła mu odważnie w oczy. Jedna z figurek należących do jej matki z hukiem poleciała na podłogę, rozbijając się na tysiące kryształowych kawałeczków, w których odbijały się światełka. Nie zamierzała mu dać tego, czego od niej chciał najbardziej — uległości, pokory. Źle sobie wybrał, jeśli oczekiwał kobiety potulnej i strachliwej. - Lepiej się czujesz? Jesteś z siebie zadowolony? - zapytała tylko, gdy dopadł do korespondencji, niczym jakaś niszczycielska bestia z furią w spojrzeniu. Listy. Mógł znaleźć te od Nicholasa dotyczące dostaw leków, mógł znaleźć listy od Tori sprzed kilku tygodni i nawet dwa od jej ojca, pisane niczym przez urzędnika. Były listy od pojedynczych klientów, dla których przygotowywała maści lub eliksiry, ewentualnie wykonywała zadanie dla uzdrowicieli, pozbywając się czegoś, czego nie chcieli mieć w karcie. Był też list od Cathala, do którego wciąż miała sprawę związaną z nekromancją i historią magii. Oh, doskonale wiedziała, że sobie Lestrange do tego dopowie to i owo, nawet nie słuchając tego, co miała do powiedzenia — co uskuteczniał chyba od ostatniej godziny, dając upust złości. Cynthia nie zamierzała się jednak z nim więcej kłócić, ba, właściwie przyjmować pocisków, bo wybuchu, którym ją obdarzył, nie można było nazwać nawet kłótnią. Zostawiając go z tymi listami, wyszła z pokoju i skręciła w lewo, kierując się do kuchni, gdzie napełniła szklankę zimną wodą, robiąc kilka łyków. Zachowywał się jak kretyn, a ona i tak pewnie znajdzie sposób, aby to usprawiedliwić. I była tego brutalnie świadoma, bo bardzo ciężko było jej zerwać więzi z kimś, do kogo była tak mocno przywiązana, nawet jeśli zaczynały być niezdrowe. Ignorując wszelkie zasady dobrego wychowania, przysiadła na jednej z szafek, przenosząc spojrzenie za okno. W środku drżała bardziej, niż pokazywała to na zewnątrz, ale była po prostu zbyt dumna i uparta, aby to pokazać. Spodziewała się kolejnych krzyków, monologu, pretensji, złości lub trzaśnięcia drzwi. Właściwie to po nim mogła spodziewać się absolutnie wszystkie, włącznie zaklęciami. Przetarła dłonią usta, pozbywając się z nich kilku kropel wody, dostrzegając jednocześnie drobne drżenie palców.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (6167), Louvain Lestrange (5661)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa