Sen
Szlak, którym szedł, był piaszczysty i nierówny, jakby uformowany przez wodę, która dawno temu zmieniła zdanie co do swojego biegu. Po jednej stronie ciągnęła się rzeka. Szeroka, spokojna, o powierzchni matowej jak szkło; po drugiej dzika roślinność, zbyt gęsta jak na brzeg, zbyt surowa jak na ogród. Powietrze było wilgotne i nieprzyjemnie chłodne. Chłód ten nie szczypał, lecz przenikał, osiadając na skórze jak mgła, której nie da się strząsnąć. Louvain szedł wolno, czując pod stopami ziarnisty piasek, i od pierwszego kroku wiedział, że to miejsce jest mu dziwnie znajome, choć nie potrafił przywołać jego nazwy. Im dłużej patrzył na linię horyzontu, tym wyraźniejsze stawało się wrażenie, że już kiedyś tędy przechodził. Może w innym czasie, może w innym stanie istnienia. Krajobraz nie domagał się uwagi, raczej przyjmował ją obojętnie, jakby Louvain był tu czymś spodziewanym, lecz niekoniecznym. W tej obojętności było coś wyciszającego.
Zatrzymał się i spróbował przypomnieć sobie, skąd przyszedł. Myśl cofała się niechętnie, jakby musiała przebić się przez gęsty osad. Najpierw była pustka, potem obrazy nieostre, poszarpane: napięcie, ciężar ciała domagającego się odpoczynku, świadomość granicy. A pod tym wszystkim - strach. Ogromny, przeszywający, nagi w swojej pierwotności. Strach, który rodził się z zagrożenia zewnętrznego, z chwili, w której coś zajrzało w niego samego i on nie mógł już odwrócić wzroku. Pamiętał ten moment. Pamiętał, jak pierwotne zło wychyliło się w jego wnętrza. Jakby coś, co od dawna czekało, wreszcie zostało wywołane po imieniu. Pamiętał absolutność tej chwili, przekonanie, że nie ma już drogi wstecz. I wtedy zrozumiał: skoro tamten moment był ostatni, skoro strach był tak doskonały, tak ostateczny - musiał wtedy zginąć. Myśl ta nie przyniosła rozpaczy. Przyszła spokojnie, jak fakt, który od dawna domagał się uznania. Louvain rozejrzał się jeszcze raz po krajobrazie: po piaszczystym brzegu, po wilgotnym chłodzie unoszącym się nisko nad ziemią, po rzece płynącej bez pośpiechu. Nazwa sama się narzuciła, ciężka i oczywista. Limbo. To samo, które przyszło mu zwiedzić tamtego dnia, w podróży odbytej u boku Lorda Voldemorta. Miejsce zawieszenia, gdzie nic się nie zaczyna i nic się nie kończy, a jednak wszystko zostaje obnażone. I wraz z tym rozpoznaniem przyszła ulga. Nie gwałtowna ani olśniewająca, raczej powolna, osiadająca w nim jak mokry śnieg, który wreszcie można zdjąć z ramion. Jakby w jednej chwili opadło wszystko: napięcie mięśni, czujność, konieczność nieustannego kontrolowania siebie i świata. Zimno, które przez całe czas czaiło się w nim jak skaza, zaczęło tracić sens.
Uklęknął nad brzegiem i dotknął piasku ostrożnie, niemal z niedowierzaniem, pozwalając, by sucha ziemia przesypała się między palcami. Drobne ziarna uciekały, spadały, układały się na nowo bez potrzeby ingerencji. Gest był prosty, niemal dziecinny, a jednak niósł w sobie głęboką ulgę. Nic nie wymagało kontroli, nic nie domagało się panowania. Zagarnął więcej, zanurzył dłonie głębiej i zacisnął palce na mokrym piasku, ciężkim i zbitym. Wilgoć natychmiast przeniknęła skórę; chłód był czysty, zewnętrzny, przyjemny. Zamknął dłonie, pozwalając, by mokra masa przeciskała się między palcami i zostawiała ślady, które nie piekły i nie ciążyły. To było nowe. Teraz mógł je odczuwać. Podniósł się i podszedł bliżej rzeki. Z każdym krokiem powietrze stawało się bardziej wilgotne, chłód wyraźniejszy. Najpierw zanurzył dłonie, potem stopy; nurt delikatnie poruszył piasek pod nimi, jakby sprawdzał jego obecność. Woda była chłodniejsza od niego. Świadomość ta była niemal objawieniem. Zimno, które dręczyło go za życia, odeszło tak całkowicie, że teraz świat mógł być chłodniejszy, a on pozostawał ciepły. Nie wahał się. Wszedł głębiej, aż woda sięgnęła bioder, potem torsu, a gdy w końcu zanurzył się cały, napięcie opuściło go zupełnie. Ciało uniosło się na tafli, lekkie i posłuszne, a Louvain rozłożył ramiona, pozwalając, by nurt niósł go bez wysiłku i bez celu.
Patrzył w nieruchome niebo Limbo, a na jego ustach pojawił się uśmiech, cichy, prawdziwy, pozbawiony ironii. Uśmiech kogoś, kto nie musi już walczyć ani tłumaczyć się ze swojego istnienia. Unosił się bezwładnie, chłodzony wodą, wolny od ciężaru ciała i ciężaru znaczeń, i po raz pierwszy miał pewność, że nic go nie ściga, że nic w nim nie czeka, by znów zapuścić korzenie. Był tylko on, rzeka i cisza. I to wystarczało.