• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[09.09.72] Duch w gratisie | Julian & Jolene & Alice & Hestia

[09.09.72] Duch w gratisie | Julian & Jolene & Alice & Hestia
bestseller actress
wiek
27
sława
—
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Aktorka
155 cm wzrostu, blond włosy, błękitne oczy.

Alice Bletchley
#21
18.05.2026, 14:17  ✶  
Kiedy ukazała się im ta zjawa rodem z koszmarów, Alice mocno chwyciła rękaw matki. Miała ochotę się za nią schować i po prostu odrzucić to, co właśnie się działo. Wymazać tę noc z historii tak samo, jak zdarzało się jej wymazywać nieudane scenki pomiędzy postaciami. A nuż okaże się, że to jakiś zły sen? Że zaraz obudzi się w swoim pokoju, z czystymi ścianami, z mamą krzątającą się po kuchni, ojcem wsuwającym kanapkę z mięchem i Hestią przebierającą się u siebie w mundur brygadzistki.

To jednak była prawda. Zjawa krzyczała nieludzkim głosem jakieś okropieństwa, że to niby jej ojciec... Nie. To nie było możliwe. Najzwyczajniej nie potrafiła sobie wyobrazić, że Julian Bletchley zrobiłby coś takiego. To musiała być klątwa. Jakiś okropny urok. Kłamstwo, któego nie dało się już dłużej słuchać.

Alice wiedziała, że trupia twarz zostanie w jej pamięci na długie miesiące, może nawet lata. Bladość zapadłych policzków będzie śniła się jej po nocach. Kobieta zdała sobie sprawę z własnej słabości. Nie potrafiłaby wyjść naprzeciw, nawet spróbować obronić rodziny. Jaka z niej wojowniczka? Na bogów, była artystką. Jej największym zmartwieniem pozostawało dotychczas utrzymanie w sekrecie tajnej tożsamości. Teraz jednak to nie było ważne. W jej umyśle krążyła jedna komenda: Uciekaj.

Kiedy zaklęcie Hestii nie wyszło, spotęgowane poczucie zagrożenia zwyciężyło.

— P-przepraszam, ja nie mogę — wydukała i odwróciła się od rodziny. Pobiegła na oślep w stronę drzwi. Duch jej nie zatrzymał, a jedynie wykrzyknął kpiacym tonem:

— Nawet twoja własna córka od ciebie ucieka, Bletchley. A wreszcie wszyscy cię opuszczą. Zostaniesz sam!
twoja stara
Ahora sé que la tierra
es el cielo,
Te quiero, te quiero
wiek
50
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
aurowidz
zawód
pracownik administracyjny w szpitalu św. Munga
171 cm wzrostu, truskawkowe blond włosy, niebieskie oczy. Schludnie ubrana. Jej głos jest wysoki, ale przyjemny dla ucha.

Jolene Bletchley
#22
18.05.2026, 23:03  ✶  
Wrócił morderca.

Nie, to niemożliwe. Jolene wiedziała, że Julian z pewnością nie maczał palców w zbrodni, która miała tu miejsce. Nie musiała analizować jego wyrazu twarzy ani próbować odczytać aury. Po prostu wiedziała.

Czemu więc zjawa rzucała oszczerstwa na jej męża? Nawet gdyby Jo miała czas by na spokojnie przeanalizować sytuację, nie udałoby jej się znaleźć logicznego uzasadnienia. Wnioskując po krzykach ducha, musiał być on święcie przekonany, że to właśnie Julian go zabił. Jednak Bletchley nie mógł zrobić tego nawet nieumyślnie, ponieważ dopiero teraz znalazł się na miejscu zbrodni (och, jakże bolało nazywanie ich domu w ten sposób). Możliwe więc, że ktoś przybrał tożsamość jej męża by wrobić go w morderstwo. Ale czemu akurat tej nocy? To również był wynik działania śmierciożerców, czy też ktoś inny skorzystał z chaosu wywołanego pożarami?

Bletchley nie mogła się jednak nad tym teraz zastanawiać. Nie, kiedy z ust zjawy zaczęła wypływać jakaś ciecz, przypominająca krew. Zdawało się, że mieli przed sobą personifikację wszystkich najgorszych koszmarów, włącznie z rasistowskimi wyzwiskami. Jolene poczuła się słabo. Nie mogąc znieść widoku ukochanego domu w takim stanie, zapragnęła jak najszybciej opuścić to zdewastowane miejsce i nigdy nie wracać.

Głos Hestii, próbującej dyskutować ze zmarłym, dotarł do niej jakby z oddali. Chciała ostrzec córeczkę przed wzburzeniem zjawy, lecz nie była wystarczająco szybka. Duch zawył wściekle, jeszcze głośniej nic poprzednio. Wtedy Alice, której rękę do tej pory ściskała, wybiegła z domu. Jo bez namysłu podążyła za nią na zewnątrz, ocierając się po drodze o pokryte sadzą drzwi.

– Już dobrze, kochanie. Jestem tutaj. – powiedziała, gdy znalazła się obok córki. Potem jeszcze raz mocno ją objęła, zostawiając brudne plamy z sadzy. Nic nie było dobrze, ale przynajmniej mieli siebie nawzajem.
twój stary
I am not the man you knew
I know that you've been waiting
wiek
50
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
auror
181 cm, ciemne oczy i włosy z siwizną, wąsy

Julián Bletchley
#23
19.05.2026, 17:22  ✶  
Widocznie niewystarczającym było, że przez całą noc przemierzał ulice Londynu w poszukiwaniu Hestii. Niewystarczającym okazało się i to, że o włos uszedł śmierci dręczony omamami słuchowymi, z których wyrwała go dopiero córka Aarona. Gdyby wówczas skonał, być może nawet jego najbliżsi nigdy nie dowiedzieliby się o losie, jaki go spotkał. Niewystarczające było również to, że zjawa najwyraźniej obrała go sobie za przedmiot szyderstwa.

Taki pożytek płynął z aurora, który ochronę własnej rodziny uczynił kwestią honoru. Był bezsilny. Zaklęcia zawodziły go jedno po drugim, rozsądek ustępował miejsca irracjonalnym myślom, a te prowadziły jedynie ku działaniom rozpaczliwym i daremnym. Musiał… musiał pozostawić wspaniałe wrażenie na córkach i żonie, prawda?

Jego spojrzenie zaostrzyło się, gdy Alice rzuciła się do ucieczki. Powątpiewał, żeby zjawa mogła wyrządzić im cielesną krzywdę, tak w tamtym momencie nie był skory wystawiać ich bezpieczeństwa na próbę. Niebawem wybiegła również Jolene.

Dom należało zabezpieczyć… miejsce zbrodni należało zbadać, poszukać śladów, których być może jeszcze nie pochłonął czas. Być może powróci tu później wraz z Hestią. Na tę chwilę musiał je stąd zabrać. Nie było tu bezpiecznie. Dokąd jednak mieli się udać? Do Warowni? Na ulice Nokturnu? A może do samego Ministerstwa? Któż mógł wiedzieć, czy i tam nie rozszalał się już chaos? Jakąż korzyść miało przynieść ponowne udanie się do Londynu?
— Zbieramy się — warknął szorstko rozgniewany na samego siebie. Pochwycił Hestię gwałtownie, nie bacząc nawet, czy nie ścisnął jej nazbyt mocno. Nie zamierzał dłużej kusić losu i zwlekać z bezpieczeństwem Jolene oraz dziewczynek. Zjawa zawyła przeciągle, gdy pociągnął najmłodszą córkę ze sobą. Znaleźli się przed zrujnowanym domem.
— Jolene, zabierz Alice. Hestio, trzymaj je przy sobie. Wszystkie chwyćcie się mnie — powiedział tonem, który nie dopuszczał sprzeciwu.


you've taken your rightful place
at the table of kings
Czarodziej
wiek
20
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
Brygadzistka
Brązowe włosy i oczy. Szczupła. Mierzy 165 cm wysokości. Często się uśmiecha i chodzi w mugolskich, luźnych kolorowych ubraniach, chyba że akurat jest w pracy.

Hestia Bletchley
#24
31.05.2026, 11:21  ✶  
Alice wyszła, a mama za nią. W pierwszym odruchu Hestia chciała pobiec pocieszyć siostrę, ale zakładała, że jej matka poradzi sobie z tym zadaniem znacznie lepiej niż ona sama. Nie, źe i tak pobyła tutaj długo. Nagle tata szarpnął ją za ramię i szarpnięciem nieznoszącym sprzeciwu wyciągnął ją z domu.
– Czekaj, ale… – zaczeła, odwracając się ostatni raz w stronę ducha, zanim nie opuścili budynku. Rozejrzała się po twarzach wszystkich członków rodziny wkurzona, że została tak szybko zabrana z miejsca zdarzenia. Przecież musiała jakoś naprawić tę sytuację! Gdyby nie tata, to na pewno coś by wymyśliła. Tyle lat wychowywała się w tym domu, tyle lat rodzice dbali o nią i kochali, tyle lat Alice dawała jej do zrozumienia, że zawsze będą siostrami… Chyba powinna jakoś im to wynagrodzić, a nie zrobi tego jeśli ich zawiedzie i nie wymyśli jak naprawić sytuację z duchem. Na Merlina, ta zjawa oskrażała jego ojca o wszystko co najgorsze! Musiała coś zrobić!
– Gdzie idziemy? Ci teraz? Przecież trzeba go jakoś uciszyć! – spytała, jednocześnie chwytając się mocniej ojca i kierując spojrzenie na matkę i Alice, tak jak o to prosił. Chwyciła dłoń siostry. – Może… Może teleportujecie się gdzieś gdzie jest bezpiecznie, a ja pójdę po kogoś z Brygady? Lubią mnie tam. – Chyba. – A ciebie ot już w ogóle. Ktoś na pewno się tym zajmie.Inaczej jeszcze ktoś uzna, że naprawdę coś mu zrobiłeś!
Spojrzała na mamę, licząc że się z nią zvodzi. Chociaż…. Może zachowywała się irracjonalnie? Wszyscy przecież byli zmęczeni, jutro mogła na spokojnie też się zająć tą sprawą.
twój stary
I am not the man you knew
I know that you've been waiting
wiek
50
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
auror
181 cm, ciemne oczy i włosy z siwizną, wąsy

Julián Bletchley
#25
01.06.2026, 19:52  ✶  
Auror nie obejrzał się już za siebie. Zjawa śmiała urządzać widowisko pośród zgliszcz jego własnego domu, toteż mogła i pozostać pośród ruin, do których najwyraźniej należała. Z kolei słowa Hestii pochłonęły całą jego uwagę z siłą, jakiej nie spodziewał się po własnym sercu. Cóż bowiem znaczyły opinie obcych? Na pewno mniej niż popiół unoszący się tej nocy nad Londynem.
— Nigdzie nie pójdziesz — spojrzał kolejno na swoje córki i żonę. Poczuł, jak jego pierś ścisnęło boleśnie na samą myśl o tym, jak niewiele brakowało, aby Matka odebrału mu którąś z nich.

Oddałby wszystko — nazwisko, reputację, stanowisko, a nawet własne życie — byle tylko oszczędzić im krzywdy. Mogliby ściągnąć pół Brygady Uderzeniowej, aurorów i pierdoloną Ministrę Magii, jeśli zaszłaby taka potrzeba, ale nie zamierzał ryzykować ich bezpieczeństwa dla zjawy. Jeżeli zajdzie potrzeba, wrócą tu nazajutrz.

Dogasający ogień spalonej nocy rozdarł cichy trzask teleportacji. W następnej chwili Julian stał już na Alei Horyzontalnej. Ulica spowita była półmrokiem, kiedy stanął u stóp znajomej kamienicy, wpatrując się w ciemne okna wyższych pięter. Mężczyzna głośno zapukał do drzwi.

Anthony Shafiq należał do licznego grona szczęśliwców, którym udało się zaciągnąć wobec niego zobowiązanie. Jeszcze tej samej nocy otrzymał szansę wykazania się wdzięcznością.


you've taken your rightful place
at the table of kings
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#26
06.06.2026, 21:48  ✶  
Jego piękny, nieskazitelny, biały dom…

Każdy krok, każda chwila, każdy moment pozostawiały odcisk. Każde westchnienie, każde przetarcie czoła i dotknięcie… mebla… ściany…

Apartament jak kanwa, a przecież nigdy nie chciał być malarzem, z powodu daltonizmu daleko mu było do osoby, która stroiłaby wnętrza w sposób… jakikolwiek. Minimalizm. Elegancja. Kolory, które może widzieć takie jakimi są – a było ich na prawdę niewiele.

Tak na prawdę był wielkim szczęściarzem. Pomimo straszliwych zniszczeń, pomimo Londynu stojącego w ogniu… jego apartament na Horyzontalnej nie ucierpiał. Czy to błogosławieństwo Parkinsonów? Ostatecznie otrzymał go od matki, której krew sprawiała, że ogień nie był dla niej zmartwieniem. Przez ścianę miał rosłą bibliotekę, którą chroniło dziedzictwo i setki, jak nie tysiące misternie splecionych przeciwogniowych run. Wiedza była święta, świętsza od istnień, które krzyczały błagalnie całą, całą noc.

Leżąc na sofie w swoim białym - już - nie - białym salonie, miał wielką nadzieję, na to, że z czasem te krzyki wyblakną w jego pamięci. Nie chciał iść z tym do magipsychiatry, ale za każdym razem gdy zamykał oczy, te łzawiły obrazami, które uwieczniał podążając za nimi krok w krok młody Lockhart.

Kiedy tylko otwierał oczy… Jego ręce pozostawały czarne od sadzy. Obrzydliwie, niemożliwie czarne. Ach nie… to nie była sadza… Widział przez załzawione ślepia, przez spojówki na których wytatuował się największy pożar tej dekady, jak dłonie mu się trzęsą zmęczeniem i tłumionym przez całą noc strachem. Ci idioci… Ci przeklęci idioci…

To nie sadza. To farba. Być może. Poruszył palcami, próbując się skupić i wyczarować odrobinę światła aby przyjrzeć się popękanej skórze.

Miał tyle szczęścia. Ten dom, bezpieczne schronienie. Pachnące… spalenizną, krzykami, sadzą, pachnące zawalonymi kamienicami, pachnące cierpieniem i błaganiem o pomoc, pachnące…

śliwką i kadzidłem

Będzie musiał zmyć z siebie to wszystko, tę sadzę, ten brud, tą farbę…

Ponownie potarł dłonie, niezgrabnie, wściekle. Był winny, to przesądzone, wżerająca się w skórę substancja była piętnem, na które nie pomoże nic, nawet eliksir od Prewetta. Aż dziw, że jego drzwi nie zostały obryzgane czarną… czerwoną farbą winy.

Nagłe pukanie wybudziło go z tych rozmyślań. Nie był pewien ile tak leżał na białej – już – nie – białej kanapie w swoim zdecydowanie nie białym salonie. Jego dłonie były niemal wszędzie, czy zataczał się, kiedy przekroczył próg? Musiał być na skraju wyczerpania, skoro pozwolił tym idiotom rozejść się do domów. Przecież… to wcale nie musiał być koniec.

Nie musiał być koniec.

Czy jego oprawcy, ci sami, których przegonił Bletchley wrócili? Czy wiedzieli, że tu mieszka? Nie było to aż takim wielkim sekretem. Nie było sekretem, że był winny, a jego nienaruszone w żaden sposób mieszkanie tylo potwierdzało tę błędną, wciąż jednak świdrującą jego sumienie tezę.

– Tak? – zapytał podchodząc to drzwi, ale z jego wysuszonego gardła inhalującego się od kilku godzin sadzą gardła wydobył się tylko jakiś nieartykułowany skrzek. Zakaszlał. Zakaszlał mocno opierając się o skrzydło białych – już – nie – białych drzwi. Drugą dłoń zacisnął w pięść i kilkukrotnie uderzył się w pierś, by wypchnąć to przeklęte… coś.

Czuł się tak, jakby miał zaraz umrzeć, a przecież miał, przecież miał tak dużo szczęścia!

Nie mówiąc już nic więcej otworzył drzwi i… zamarł w zaskoczeniu, srebrnymi oczyma ześlizgując się po twarzach tych, którzy za nimi stali.

Sam wyglądał jak siedem nieszczęść. Nikłe światełko które przylewitowało za nim oświetlało rozbryzg farby na twarzy, karku, na barkach i dłoniach. Jedna dłoń, jedna ta otwarta miała tej farby jakby mniej – wszak zostawił swoje znamię na karku stojącego przed nim aurora. Obietnicę. Ubranie to wciąż ministerialna szata było podarte, poszarpane, nadpalone, wyglądąło jakby zamiatał nim palący się Londyn co nie odbiegało za bardzo od prawdy.

Powinien coś powiedzieć. Powinien zapytać. Powinien wyrazić swoje zdziwienie i konsternacje inaczej niż wysoko uniesionymi brwiami.

Zamiast tego bezgłośnie odsunął się od progu, robiąc im miejsce, by weszli do środka. Miękkim ruchem wciąż trzęsącej się dłoni zagasił mały płomyczek, a pozwolił rozjaśnić się ciepłym kryształom oświetlającym obraz nędzy i rozpaczy salon. Dobrze że nie poszedł jakkolwiek dalej w głąb swojego cudem ocalonego mieszkania.

– Wybaczcie bałagan… ciężka noc. – wydusił z siebie w końcu, w tej surrealistycznej sytuacji, która - o czym jeszcze nie miał pojęcia - miała definiować najbliższe miesiące jego życia. – Widzę Bletchley, że Ci się udało… – rzucił okiem na dziewczynki, ale nie był w stanie ocenić, która z nich była Hestią. – .. że znalazłeś całą swoją rodzinę mimo tego… hmm… chaosu? – wybrnął. – Napijecie się czegoś? Wody? Wina? Wódki?
twój stary
I am not the man you knew
I know that you've been waiting
wiek
50
sława
III
krew
mugolak
genetyka
—
zawód
auror
181 cm, ciemne oczy i włosy z siwizną, wąsy

Julián Bletchley
#27
07.06.2026, 13:00  ✶  
Aurora najbardziej uderzała jego twarz — poorana smugami sadzy i zaschniętej czerwieni.
— Udało się — proste słowa wypowiedziane zostały z goryczą. Czy mógł mówić o powodzeniu? Dom obrócił się w zwęglone szczątki, jego sczerniałe mury stały się ponurą amboną dla ducha, który wykrzykiwał pod jego adresem oskarżenie o morderstwo. Alice drżała jak osika, jego żona ledwie trzymała się na nogach, Hestia zaś była gotowa ponownie przekroczyć próg przeklętego domostwa. Jeśli więc taki obraz należało nazywać zwycięstwem, Julian lękał się nawet snuć przypuszczenia, jaką postać mogłaby przybrać klęska.

— Wody. Dla wszystkich — wprowadził ukochaną rodzinę do środka. Odruchowo zajął miejsce najbliżej drzwi, ustawiając się pomiędzy nimi a resztą zgromadzonych. — A dla nas dwóch… jeśli posiadasz coś mocniejszego, być może tej nocy sama Matka zechce przymknąć na to oczy — czy już zresztą tego nie zrobiła? — Powiedziałeś mi, że gdy popiół opadnie, a ja pozostanę między żywymi, powiem czego mi potrzeba. Niech więc bogowie, jeśli jeszcze spoglądają łaskawie na ten świat… Gdy popiół opadnie… Mówiłeś, że będziesz czekał.
Podniósł na niego zmęczone oczy.
— Anthony… popiół opadł, a ja żyję. Dlatego proszę cię o pomoc. Czy możesz udzielić Jolene i dziewczynkom schronienia? Choćby na krótki czas… Czy odnalazłeś Morpheusa? — zapytał.


you've taken your rightful place
at the table of kings
Czarodziej
wiek
20
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
Brygadzistka
Brązowe włosy i oczy. Szczupła. Mierzy 165 cm wysokości. Często się uśmiecha i chodzi w mugolskich, luźnych kolorowych ubraniach, chyba że akurat jest w pracy.

Hestia Bletchley
#28
28.06.2026, 01:11  ✶  
Gdy przenieśli się pod nieznane jej drzwi Hestia w pierwszej chwili jeszcze odczuwała złość, że ojciec nie pozwolił jej już teraz spróbować im pomóc w sprawie z duchem. Złość ustąpiła jednak szybko miejsca skołowaniu, gdy próbowała zrozumieć gdzie byli, co się działo i czemu właśnie wchodzili do mieszkania osoby, którą do tej pory kojarzyła głównie z gazet i tych kilku reklam garniturów Rosierów. Hestia wpatrywała się zaskoczona mężczyznię, zdolna wydusić jedynie ciche dzień dobry, to znaczy dobry wieczór na przywitanie.
Skąd Anthony Shafiq znał tak dobrze jej ojca? I skąd jej ojciec znał tak dobrze Anthony'ego Shafiqa. Rozmawiali dzisiejszej nocy? Na to wyglądało. Tylko, że… Było w tym wszystkim coś strasznie dziwnego, ale przez zmęczenie nie była do końca w stanie określić co. Może po prostu chodziło o sam fakt, że dzisiejsza tragedia była jednym wielkim dowodem na to, że nie można było mieć pełnej kontroli nad swoim życiem, a Hestia rozpaczliwie łudziła się, że gdy tylko ogień wreszcie się uspokoi to tak kontrola w pewnym stopniu wróci? No tylko, że najpierw okazało się, że w ich domu obecnie nie dało się mieszkać, a teraz nagle pojawili się u ostatniej osoby, której mogłaby się spodziewać.
– Co? — wyrwało jej się w końcu po dość długim milczeniu. – Nam i mamie? A co z tobą? Jeśli mamy tu zostać to ty też. Nie możesz przecież wrócić do naszego domu. Ten duch… I jeszcze ciało. Trzeba coś zrobić z tamtym ciałem. – Wtedy dotarło do niej, że może Shafiq nie powinien usłyszeć o tym co się wydarzyło w tak chaotyczna sposób. Szybko spojrzała na właściciela mieszkania, a czułem jej nosa zrobił się aż nienaturalnie różowy. – Ciało nie jest nasze! To znaczy… Jest w naszym domu, ale to nie my go zabiliśmy. W każdym razie przepraszam, ale jeśli tata nie zostaje to ja też nie mogę.
A mama i Alice? Skoro ojciec ufał temu człowiekowi to chyba byłyby tu bezpieczne. Chyba…
the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#29
28.06.2026, 19:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.06.2026, 19:24 przez Anthony Shafiq.)  
Woda

Nie było to trudne, biały barek (który momentalnie przestał być biały, gdy tylko Anthony go dotknął) stanął otworem, a mężczyzna westchnął ciężko na widok smug i ruchem dłoni wprawił szklanki w ruch prowadzący do już wcale nie białego stołu w salonie w którym stali. Zazwyczaj goście Shafiqa byli niebywale czyści i jego umiłowanie do minimalistycznych, klasycznych wnętrz utrzymanych w sterylnej bieli nie sprawiało nikomu i niczemu problemu. Dlatego pozwolił sobie na to niecodzienne ustawienie w którym goście niemal od razu wchodzili do saloniku, stojąc w holu mieli pogląd na korytarz ciągnący się w głąb apartamentu, ale po swojej prawej stronie mieli od razu przestrzenie w których podjąłby ich jakimś napojem i fikuśnymi, bardzo malutkimi przekąskami do wzięcia w dwa palce i włożenia prosto w usta.

Teraz ta przestrzeń była brudna, on był brudny, oni byli brudni, wszystko było brudne. Ale całe. Żywe. Dach nad głową. Bezpieczne schronienie.

Bezpieczeństwo.

Z podobną lewitującą manierą pojawiła się karafka z wodą. Butelkęz whisky wziął do ręki i nalał Juliánowi, sobie i… po krótkim spojrzeniu na towarzyszącą mu kobietę, również przewidziana była trzecia porcja dla Jolene. Każdy dostał lub wziął sobie picie, a Anthony choć zmęczony, był gotów wysłuchać ich historii. Był gotów nade wszystko wysłuchać jego historii.

Powiedział mu, że gdy popiół opadnie, a Bletchley pozostanie między żywymi, to powie Anthony'emu czego mu potrzeba.

I tak też się działo. W skupieniu. W uwadze. Słuchał. I już otworzył usta by jakkolwiek odpowiedzieć zarówno na prośbę, jak i pytanie aurora, kiedy do całej dyskusji wtrąciła się chyba młodsza jego córka, wzbudzając krótki śmiech niedowierzania z antoniuszowej piersi. Zwłaszcza, gdy padła informacja o ciele, w tym szaleństwie, w tym okrucieństwie, w tym czarnomagicznym piekle, zaczął się śmiać. Serdecznie i bez żadnych więcej zahamowań, poza atakiem kaszlu, który złapał go dwie sekundy później. Wypił do dna whisky, aby odkazić gardło, a następnie poklepał Blechleya po barku, jak uważał, że mężczyźni z jego warstw społecznych okazują sobie wsparcie.

– Mądrze prawi Twoje dziecko, jakim byłbym gospodarzem, gdybym Ciebie wystawił za drzwi. Poza tym w gościnnym pokoju jest podwójne łóżko, bez problemu się zmieścicie – zaproponował i kiwnął im głową, żeby poszli za nim wzdłuż korytarza. Anthony zwykł nazywać to miejsce swoją noclegownią, rzadko kiedy domem, zdarzyło mu się nawet użyć słowa kawalerka w stosunku do apartamentu otrzymanego przez matkę. Cóż, w jego skali nie było to zbyt wielkie mieszkanie. Nie zajmowało w końcu całego piętra.

Ominęli drzwi do łazienki i pierwsze drzwi zamknięte na klucz oraz krótki komentarz tu proszę nie wchodźcie, potem kolejne zamknięte drzwi to mój gabinet i dopiero otworzył oba skrzydła wejścia do sypialni gościnnej. Nie było go tu wcześniej, więc pokój nie nosił znamion pożaru, ani obecności kogokolwiek kto przemieszczał się po Londynie w trakcie pożogi. Ręczniczki zawinięte były w dwa całujące się łabędzie. Za wielkim podwójnym łożem znajdowały się dodatkowe drzwi. – Łazienka do Waszej dyspozycji, nie powinno być problemu z wodą, jest podłączona do studni głębinowej pod kamienicą – powiedział bezbarwnym tonem, nie mając jednak sił na galanterię – Dla Was może być pokój obok, choć tam jest mimo wszystko pojedyncze łóżko – zwrócił się do dziewczynek, które po prawdzie były dorosłymi kobietami prowadzącymi życie zawodowe, ale Anthony nie był na tyle blisko Bletchley'ów, aby orientować się i od ręki przywoływać biogramy dzieci, które nie brały udziału w ministerialnych wyścigach po stołki, które od lat obstawiał.
– Chyba, że któraś z Was chciałaby nocować w bibliotece, jest tam całkiem znośna do tego zagadnienia kanapa, wielokrotnie zasypiałem na niej z książką w ręku jak… jak było nieco spokojniej za oknem. Tylko błagam po kąpieli. Łazienka gościnna jest przy wejściu, poza toaletą jest tam też prysznic. – wskazał na początek korytarza skąd przyszli i skrzywił się na brud podłogi.

A potem skrzywił się na swoją dłoń, wciąż czarną od rozlanej na nim czerwonej farby.

– Tak, znalazłem Morpheusa. Oberwał cruciatusem w plecy, ale się trzyma, Longbottomów… ciężko zedrzeć. – Zadrżał na wspomnienie cierpiącego przyjaciela którego trzymał w ramionach zaraz po ataku, a potem kilkukrotnie potarł dłońmi o ramiona, w geście mającym przynieść mu komfort. Cóż. Zdecydowanie więcej komfortu przyniosła mu szklanka whisky i w sumie niemal od razu zdecydował się na drugą. – Na końcu korytarza jest moja sypialnia po lewej i kuchnia po prawej, nie wiem… nie wiem czy mam coś w szafce chłodzącej do jedzenia, ale jutro karzę skrzatowi uzupełnić zapasy. – To brzmiało tak surrealistycznie, mówienie o zapasach, gdy oni stracili dom nad głową. Ale mieli szczęście, to samo szczęście co Anthony, który bez wahania powiedział do spłoszonej rodziny:

– Możecie zostać tak długo jak będziecie chcieli, tak długo jak problem ducha i waszego ciała… – nie mógł, absolutnie nie mógł ukryć rozbawienia, bo przecież nawet gdyby to Bletchley był winowajcą w tych zwłokach, to by mu pomógł upłynnić problem, najprawdopodobniej w jednej z komnat obsydianowego departamentu – …nie zostanie rozwiązany. Tutaj jesteście bezpieczni. Umyjcie się i spróbujcie wypocząć, ja… ja też spróbuję – Może to była naiwność, może kwestia spalonej pajęczyny, której nitki teraz szczątkami powiewały nad zrujnowanym Londynem. Czy im ufał? Nie miał siły nie ufać. Jednym gestem aktywował runy bezpieczeństwa przy wyjściu, po czym zniknął za drzwiami własnej sypialni.

Koniec sesji

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alice Bletchley (1202), Anthony Shafiq (1583), Hestia Bletchley (1895), Jolene Bletchley (1597), Julián Bletchley (1734), Pan Losu (108)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa