18.05.2026, 14:17 ✶
Kiedy ukazała się im ta zjawa rodem z koszmarów, Alice mocno chwyciła rękaw matki. Miała ochotę się za nią schować i po prostu odrzucić to, co właśnie się działo. Wymazać tę noc z historii tak samo, jak zdarzało się jej wymazywać nieudane scenki pomiędzy postaciami. A nuż okaże się, że to jakiś zły sen? Że zaraz obudzi się w swoim pokoju, z czystymi ścianami, z mamą krzątającą się po kuchni, ojcem wsuwającym kanapkę z mięchem i Hestią przebierającą się u siebie w mundur brygadzistki.
To jednak była prawda. Zjawa krzyczała nieludzkim głosem jakieś okropieństwa, że to niby jej ojciec... Nie. To nie było możliwe. Najzwyczajniej nie potrafiła sobie wyobrazić, że Julian Bletchley zrobiłby coś takiego. To musiała być klątwa. Jakiś okropny urok. Kłamstwo, któego nie dało się już dłużej słuchać.
Alice wiedziała, że trupia twarz zostanie w jej pamięci na długie miesiące, może nawet lata. Bladość zapadłych policzków będzie śniła się jej po nocach. Kobieta zdała sobie sprawę z własnej słabości. Nie potrafiłaby wyjść naprzeciw, nawet spróbować obronić rodziny. Jaka z niej wojowniczka? Na bogów, była artystką. Jej największym zmartwieniem pozostawało dotychczas utrzymanie w sekrecie tajnej tożsamości. Teraz jednak to nie było ważne. W jej umyśle krążyła jedna komenda: Uciekaj.
Kiedy zaklęcie Hestii nie wyszło, spotęgowane poczucie zagrożenia zwyciężyło.
— P-przepraszam, ja nie mogę — wydukała i odwróciła się od rodziny. Pobiegła na oślep w stronę drzwi. Duch jej nie zatrzymał, a jedynie wykrzyknął kpiacym tonem:
— Nawet twoja własna córka od ciebie ucieka, Bletchley. A wreszcie wszyscy cię opuszczą. Zostaniesz sam!
To jednak była prawda. Zjawa krzyczała nieludzkim głosem jakieś okropieństwa, że to niby jej ojciec... Nie. To nie było możliwe. Najzwyczajniej nie potrafiła sobie wyobrazić, że Julian Bletchley zrobiłby coś takiego. To musiała być klątwa. Jakiś okropny urok. Kłamstwo, któego nie dało się już dłużej słuchać.
Alice wiedziała, że trupia twarz zostanie w jej pamięci na długie miesiące, może nawet lata. Bladość zapadłych policzków będzie śniła się jej po nocach. Kobieta zdała sobie sprawę z własnej słabości. Nie potrafiłaby wyjść naprzeciw, nawet spróbować obronić rodziny. Jaka z niej wojowniczka? Na bogów, była artystką. Jej największym zmartwieniem pozostawało dotychczas utrzymanie w sekrecie tajnej tożsamości. Teraz jednak to nie było ważne. W jej umyśle krążyła jedna komenda: Uciekaj.
Kiedy zaklęcie Hestii nie wyszło, spotęgowane poczucie zagrożenia zwyciężyło.
— P-przepraszam, ja nie mogę — wydukała i odwróciła się od rodziny. Pobiegła na oślep w stronę drzwi. Duch jej nie zatrzymał, a jedynie wykrzyknął kpiacym tonem:
— Nawet twoja własna córka od ciebie ucieka, Bletchley. A wreszcie wszyscy cię opuszczą. Zostaniesz sam!