• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Szkocja [30.09] Bad, worse, the Louvain

[30.09] Bad, worse, the Louvain
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
12.07.2026, 22:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.07.2026, 17:25 przez Louvain Lestrange.)  
Archipelag St. Kilda

[Obrazek: 1cd7eeb817cf78925d8837599d1a934b.jpg][Obrazek: 5ddec2d31b98b4c436f9477867460498.jpg][Obrazek: d44db8fe1c5227f75188af3d9c421755.jpg]

Jednego nie mógł jednak odmówić. Przyspieszyła wszystko. Gdyby los pozostawił go w spokoju, być może takim człowiekiem stałby się dopiero za dziesięć lat. Miałby więcej czasu na udawanie przed światem i przed sobą, że jest jeszcze kimś innym. Ale służba Czarnemu Panu była jak rozcięcie skóry nad ropiejącą raną. Nie stworzyła tej choroby, ale pozwoliła jej wreszcie oddychać. Wszystko, co dotąd ukrywał pod dobrymi manierami, salonowym uśmiechem i francuskim akcentem, wypełzło na powierzchnię z zadziwiającą łatwością. Jakby od zawsze tylko czekało, aż ktoś przestanie je powstrzymywać.

Świat rozdarł się gwałtownym szarpnięciem, by po ułamku sekundy złożyć się na nowo w miejscu, które zdawało się należeć bardziej do koszmaru niż rzeczywistości. Zimno uderzyło ich natychmiast, ostre i przenikliwe, niosąc ze sobą ciężki zapach soli oraz mokrego kamienia. Wilgoć osiadła na skórze, zanim którekolwiek zdazyło zaczerpnąć pierwszego oddechu. Wzburzony ocean ryczał gdzieś pod nimi z taką siłą, jakby próbował wyrwać z fundamentów całe skalne urwisko. Spienione fale roztrzaskiwały się o czarne formacje wystające samotnie pośrodku morza, rozrzucając drobne krople słonej wody, które niczym zimna mżawka nieustannie smagały ich twarze. Było absurdalnie ciemno. Niebo i ocean zlały się w jedną, bezdenną czerń, w której ginęła granica między wodą a przepaścią. Jedynym źródłem światła pozostawał bladobiały blask końca różdżki Louvaina. Drżał na wietrze, odsłaniając jedynie najbliższy fragment skały. Poszarpany, śliski i tak wąski, że bardziej przypominała wystający z morza ząb niż miejsce, na którym mogliby stanąć dwoje ludzi. Drugą rękę zacisnął wokół jej talii niemal odruchowo, przyciągając Cynthię do siebie z siłą, która nie pozostawiała miejsca na sprzeciw. Ich ciała zetknęły się ciasno, a materiał przemoczonego płaszcza i sukni łopotał gwałtownie pod naporem wiatru. Skalny występ kończył się zaledwie kilka cali od ich stóp. Trudno byłoby znaleźć miejsce choćby na jeszcze jedną stopę, a każdy nieostrożny ruch groził utratą równowagi. Pod nimi nie było nic poza czernią i hukiem rozbijającego się oceanu.

Gwałtownie odwrócił ku niej głowę. W onyksowych oczach nie było już szyderstwa. Każde kolejne słowo Cynthii dolewało oliwy do ognia, który od dawna nie mieścił się już w jego wnętrzu. - Co ci daję? Wszystko, czego nie powinien nikomu dawać. Znasz mnie bardziej niż ktokolwiek żyjący. Wiesz, kim jestem i wiesz, co zrobiłem. Znasz wszystkie moje słabości. Zrobił pół kroku, nieświadomie jeszcze bardziej zmniejszając dzielącą ich odległość. Pod ich stopami kilka drobnych kamieni osunęło się w przepaść, a głuchy plusk zniknął natychmiast pod kolejnym rykiem fal. Mięśnie jego ramion spięły się odruchowo, a dłoń na jej talii zacisnęła się jeszcze mocniej. Nie potrafił stwierdzić, czy bardziej chciał utrzymać przy sobie ją, czy samego siebie. - Nawet nie masz pojęcia, ile mnie to kosztuje! Zdanie opuściło jego usta głośniej niż poprzednie. Niemal zachrypnięte. Jakby wypowiedzenie go wymagało od niego większego wysiłku niż wszystkie wcześniejsze złośliwości razem wzięte.

Palce wciąż miał zaciśnięte na jej talii zdecydowanie mocniej, niż powinien. Z czułości, z desperackiej potrzeby zatrzymania jej przy sobie na tej przeklętej skale ze wszystkich sił. Oddychał coraz szybciej.  Od złości. Z własnego strachu przed wielką wodą. Pozostało jedynie coś surowego, pierwotnego i do bólu egoistycznego. Potrzeba, której nie potrafił ani nazwać, ani okiełznać. - Nie rozumiesz… Urwał, nabierając gwałtownie powietrza. Pokręcił głową powoli, z niedowierzaniem, jakby to właśnie ona wypowiadała rzeczy niemożliwe do pojęcia. - Jesteś moja. Nie wypowiedział tych słów z czułością. Brzmiały raczej jak wyrok niż wyznanie. - I tylko do mnie należysz. Nie było w tym logiki ani sprawiedliwości. Sam doskonale wiedział, jak to brzmiało. Nie próbował nawet ubierać tej myśli w elegantsze słowa. - Możesz mnie nienawidzić. Możesz próbować odejść.  Ale jeśli cały ten świat któregoś dnia spłonie, jeśli zostanie z niego tylko popiół i ruiny… Pochylił się nieznacznie, nie odrywając od niej wzroku. - …i tak po ciebie przyjdę. Na moment zamilkł. Huk oceanu rozbił się o skały gdzieś pod nimi. - Nieważne, kto stanie mi na drodze. Nieważne, po której stronie będziesz wtedy stała. Nieważne, ile lat minie. Upomnę się o ciebie.

Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#2
26.07.2026, 23:12  ✶  
Nigdy nie chciała być tą, która popchnie go ku ciemności, która sprawi, że pozory przestaną mieć znaczenie. Nie dlatego, że nie zdawała sobie sprawy z tego, co kryło się pod jego maską – raczej dlatego, że nie była pewna, czy zdoła stawić temu czoła. Znała go od lat i choć stopniowo się zmieniał, dając się ponieść rebelii i wizji swojego idealnego świata, wciąż był Louvainem, który miewał te dobre momenty i kierował się czymś więcej niż egoizmem i siłą.
Nie spodziewała się tego, co zrobił. Przypuszczała, że po prostu się rozejdą i przez najbliższe tygodnie nawet na siebie nie wpadną. Pomoc przy wysiadaniu z powozu, po jego obrażonym zachowaniu i pretensjach ciągnących się przez całą drogę – była zaskoczeniem, ale ujęła jego dłoń, zamykając torebkę, a chwilę później drzwi pojazdu. Na dworze było chłodno i cicho; cały zgiełk przyjęcia pozostał gdzieś z tyłu, a noc zdążyła już zarzucić swoją kurtynę. Podniosła na niego wzrok, gdy złapał ją mocniej, niż powinien. A potem rozległ się trzask, świat zawirował, a żołądek zacisnął się nieprzyjemnie, jak zwykle przy teleportacji. Zdążyła tylko przeklnąć w myślach.
Miejsce, w którym się znaleźli, było wilgotne, chłodne i głośne. Złowrogie. Krople wody szybko pojawiły się na jej skórze, a wyjące podmuchy wiatru, roznoszące się echem razem z szumem szalejącego żywiołu, sprawiały, że kąsający chłód przypominał drobne igły. Drgnęła niespokojnie, usiłując dostrzec w ciemności kształty, ale czuła jedynie, że Lestrange trzyma ją blisko i mocno – obejmując w talii i przyciskając do siebie tak, jakby faktycznie od tego zależało ich życie. Poczuła, jak jej szal przemyka po odkrytych ramionach i ulatuje gdzieś, niknąc w mroku. Jej włosy kołysały się na wietrze, nabierając wilgoci, a sukienka zaczynała przyklejać się do ciała. Czuła na wargach posmak soli. W powietrzu unosił się charakterystyczny dla otwartych wód zapach i dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że ów szum wcale nie był tym, o czym myślała, lecz wściekle rozbijającymi się o skały falami, odcinającymi ich kryjówkę od reszty świata.
Oszalał.
Była to pierwsza myśl, która pojawiła się w jej głowie, gdy podniosła wzrok i spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi wargami. Zupełnie nie wiedziała, co powinna powiedzieć. Pomyślała, że to doskonałe miejsce na morderstwo, ale czuła, że wcale nie zamierzał zepchnąć jej ze skał,  a przynajmniej nie teraz. Rozejrzała się dookoła, mimowolnie obejmując go dłonią w pasie, zaciskając palce na jego plecach i wbijając paznokcie w materiał koszuli. Drugą rękę uniosła, odgarniając wilgotne kosmyki z twarzy. Przechodząc z nogi na nogę, zachwiała się nieco na wysokich szpilkach, które wybrała tego wieczoru. W tym mroku blask różdżki wydawał się oślepiający, przeraźliwie jasny, niczym jedyny punkt, do którego dążą ćmy. Jej ciało drgnęło mimowolnie. Wyprostowała się i spojrzała na niego, gdy zaczął mówić, starając się choć w najmniejszym stopniu odzyskać kontrolę nad sytuacją. Znalazł się bliżej, materiały ich ubrań zdawały się sklejać ze sobą, kontrastując swoim zimnem z wciąż rozgrzaną skórą, a przynajmniej tak wydawało się Cynthii. Jego słowa niósł wiatr, rozbijając je o skały, podobnie jak wodę oceanu, i pozwalając, by zniknęły. Usłyszała, jak coś poniżej nich zsunęło się i spadło w przepaść, zapewne roztrzaskując się na dole. Odruchowo objęła go drugą ręką wyżej, układając palce przy jego szyi.
– Wiem to wszystko, tak jak ty powinieneś wiedzieć, że nie wykorzystam tego przeciwko tobie. Kosztuje cię to tyle dlatego, że się obawiasz, czy może dlatego, że przeraża cię oddanie siebie drugiemu człowiekowi, który nie byłby nim? – odparła tonem znacznie cichszym, niż zakładała.
Chciał jej, ale jednocześnie zachowywał się tak, jakby nią zwyczajnie gardził. Jego ostrza cięły z precyzją; czekał na odpowiedni moment, by je wykorzystać. Czy robił to dlatego, że to wszystko wiedziała, czy dlatego, że walczył z myślą, że może jednak ją kochał? I było to dla niego tak nieznośne, że tracił kontrolę? Zaciskał palce na jej talii mocno, ale nawet się nie skrzywiła. Jej oczy wciąż wpatrywały się w jego twarz. Miał rację, nie rozumiała. Był pełen sprzeczności, był słodko-gorzki, był obrzydliwie egoistyczny i zachowywał się jak potwór, a jednak miewał momenty, w których w jego spojrzeniu widziała, że zrobiłby dla niej wszystko – podobnie jak dla Czarnoksiężnika. – Jestem niczyja. Nie jestem twoją własnością – poprawiła go mimowolnie, pchana niezależnością, którą przez lata przecież pielęgnowała.
Kolejny podmuch wiatru sprawił, że jej ciało znów zadrżało, przylegając do niego mocniej, jakby miało to zapewnić im jakiekolwiek ciepło. Jej oddech przyspieszył. Trudno było stwierdzić, czy wynikało to z otaczających ich warunków, czy ze słów, które wypowiadał. Patrzyła na jego usta, gdy mówił dalej, jakby niedowierzała w to, co słyszy. Najgorsze we wszystkim było to, że mówił poważnie,  nie kłamał i ona mu wierzyła. Słowa Louvaina zawisły między nimi ciężko, głośniejsze niż ryk fal rozbjających się o skały poniżej. Jej palce na jego plecach i w okolicy szyi drgnęły, po czym zsunęły się nieco niżej, zaciskając się na mokrym materiale jego ubrania. Podniosła wzrok na jego onyskowe oczy. Przez to, że się pochylił, a ona miała wysokie buty, mogła unieść głowę i oprzeć o siebie ich czoła..– Więc nie pozwól, żebym cię znienawidziła.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#3
27.07.2026, 01:54  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.07.2026, 12:10 przez Louvain Lestrange.)  

Nie planował zabierać jej tutaj. Nie zamierzał wyrywać ich z najzwyklejszej drogi powrotnej, teleportować na skraj świata ani dyskutować nad jego zazdrością. Jak zwykle nie było w tym planu. To był impuls. Ten sam dziki, nieokiełznany odruch, który  przejmował nad nim władzę, ilekroć emocje rozrywały go od środka. Nie potrafił wtedy myśleć, bo potrafił jedynie działać. Tym razem porwał ją na koniec skalnego języka, zawieszonego między niebem a czarną tonią oceanu, jakby tylko tutaj mógł zmusić świat do zamilknięcia. Musiał wybuchnąć, uwolnić całą swoją frustrację. Bo w powozie słyszał jej zdanie. Każde jedno osobno, były rozsądne i wyważone. Z pewnością miały swój sens. Tłumaczyły taniec, przypadek, konwenanse i wszystkie te drobne elementy, z których zdrowy człowiek ułożyłby logiczną całość. Louvain jednak nie był zdrowym człowiekiem. Nie słyszał wyjaśnień. Słyszał jedynie rozpaczliwe próby odsunięcia od siebie prawdy, której nie chciała nazwać. Dla niego była boleśnie prosta, był o nią zazdrosny. Ta zazdrość nie rodziła się w głowie, ale rozlewała się gdzieś głębiej, w miejscu pozbawionym logiki, gdzie instynkt od dawna pożarł całe jego wnętrze. Była gorączką.

Jej słowa dotarły do niego, ale nie zdołały przebić się przez rwący nurt emocji, który zagłuszał wszystko inne. Przez krótką chwilę patrzył na nią w milczeniu, z tak bliska, że ich oddechy mieszały się ze sobą w chłodnym, słonym powietrzu. Mięśnie jego szczęki napięły się boleśnie, a nozdrza zadrżały przy gwałtownym wdechu. Chciał odpowiedzieć, naprawdę chciał. Ułożyć zdanie i zaprzeczyć, cokolwiek. Ale pasja szarpiąca nim od środka nie pozostawiała miejsca na słowa. Wszystkie myśli zderzały się ze sobą w chaotycznym pędzie. Zamiast odpowiedzi z jego gardła wydobył się jedynie niski, chrapliwy pomruk, bardziej warknięcie niż ludzki głos. Gniewne i sfrustrowane. Zawisło między ich twarzami, gorące i ciężkie, niosąc w sobie więcej emocji niż jakiekolwiek zdanie, które mógłby w tej chwili wypowiedzieć. Stał tak jeszcze przez moment, wpatrzony w jej oczy z niemal dziką intensywnością, jak człowiek rozdarty między nieodpartą potrzebą pocałowania jej a równie silnym pragnieniem, by wyrzygać jej jak bardzo jej nienawidzi. Nie czuł już chłodu. Czuł jedynie ciężar jej ciała oparty o jego własne, mokre ubrania sklejone ze sobą wodą i wiatrem, jej dłonie wciąż zaciśnięte na jego plecach, ich oddechy mieszające się tak blisko. Nie zdawał sobie już sprawy z siły własnych ramion. Obejmował ją tak mocno, że granica między ochroną a zawłaszczeniem dawno przestała istnieć. Ich czoła zetknęły się. Nie zawahał się ani przez moment. Gwałtownie wpił się w jej usta. Z zachłannością jakby zbyt długo odmawiał sobie oddechu. Jak wygłodniałe zwierzę odnajdujące po miesiącach trop swojej jedynej zdobyczy. Nie było w tym wyrachowania ani subtelności, jedynie nagromadzona przez miesiące pasja, zazdrość i rozpaczliwa potrzeba bliskości, które wyrwały się z niego w jednym, gwałtownym geście. Nawet wiatr zdawał się na moment przegrać z siłą tego pocałunku, gdy przyciągnął ją jeszcze bliżej, jakby bał się, że świat spróbuje wyrwać mu ją po raz kolejny.

Oderwał się od niej równie nagle, jakby sam przestraszył się intensywności własnego pocałunku. Przez ułamek sekundy wpatrywał się w nią ciężko dysząc, z rozchylonymi ustami i wzrokiem rozpalonym. Nie potrafił już odróżnić, które emocje należały do zazdrości, które do pragnienia, a które do panicznego lęku przed jej utratą.- Przestań łgać! Krzyk wyrwał się z niego gwałtownie, rozdzierając ryk oceanu. Nie czekał na odpowiedź. Dłoń zacisnęła się mocniej na jej ciele, świat ponownie wygiął się wokół nich z charakterystycznym trzaskiem teleportacji, a lodowaty klif zniknął równie nagle, jak się pojawił. Tym razem pod stopami nie było śliskiej skały. Był mokry, ciężki piasek. Impet przeniesienia pozbawił ich równowagi. Louvain pociągnął ją za sobą i oboje runęli na plażę. Piasek zamortyzował upadek, rozsypując się pod nimi wilgotną chmurą, lecz nie pozwolił jej odsunąć się choćby o cal. Jednym płynnym ruchem przewrócił ją na plecy, sam unosząc się nad nią i opierając ciężar ciała na kolanach wbitych w mokry brzeg po obu stronach jej bioder. Różdżka wypadła z jego dłoni tylko na moment. Natychmiast pochwycił ją ponownie i z krótkim, nerwowym ruchem wbił pionowo w piasek tuż obok nich. - Chcesz tego. Oddychał ciężko. Mokre kosmyki włosów opadały mu na czoło, z końcówek kapała słona woda, spływając po policzkach i szczęce. Patrzył na nią z góry nieruchomo, jak drapieżnik, który wreszcie dopadł zdobycz, lecz sam nie wiedział, czy zamierza ją rozszarpać, czy rozpaczliwie zatrzymać przy sobie. - Pragniesz tego tak samo jak ja! Nie potrafił już dłużej utrzymać między nimi nawet odrobiny dystansu. Jakby sama jej bliskość odbierała mu zdolność rozsądnego myślenia, pochylił się ponownie i odnalazł jej usta. Tym razem pocałunek był jeszcze bardziej zachłanny, głębszy, niosący w sobie całą tęsknotę, gniew i desperację, których nie potrafił ubrać w słowa. Nie walczył z nią. Walczył z własnym chaosem, próbując zagłuszyć go jedynym językiem, jaki w tej chwili rozumiał. - Chcesz być moja. I chcesz żebym ja był twój. Oderwał się jedynie na tyle, by zaczerpnąć oddechu. Jego wargi musnęły linię jej policzka, po czym powędrowały niżej, zatrzymując się przy szyi, gdzie oddech pozostawiał ciepły ślad na wychłodzonej przez morski wiatr skórze. Przymknął na moment oczy, jakby właśnie tam, w tej kruchej bliskości, próbował odnaleźć spokój, którego od dawna w sobie nie miał.

Westchnienie wyrwało się z jego piersi ciężko i bezwiednie, jakby wraz z nim uchodziło całe napięcie. Przymknął oczy tylko na krótką chwilę, opierając czoło o jej czoło. Bliskość, której tak desperacko się domagał, zamiast go uspokajać, jedynie obnażała kolejne pęknięcia. Przesunął kciukiem po jej policzku, zatrzymując dłoń przy linii żuchwy. W jego spojrzeniu nie było już gniewnego błysku. Zostało jedynie pragnienie tak szczere, że aż bolesne. - Powiedz to… Słowa zabrzmiały niemal jak szept, ochrypły od emocji. - Po prostu to przyznaj.

Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#4
02.08.2026, 00:48  ✶  
Chaos i nieprzewidywalność Louvaina zawsze były tym, czego Cynthia trochę mu zazdrościła. Jej potrzeba posiadania wszystkiego pod kontrolą sprawiła, że wiele lat temu porzuciła impulsywność, nie chcąc ponownie przechodzić przez to, co kiedyś ją spotkało. Kolejny raz przypomniał jej więc, że z nim nigdy nie można być niczego pewnym. Niczym kalejdoskop zmieniał się i zaskakiwał tym, jaki kolor pojawi się w nim za chwilę. Nawet gdyby bardzo się starała, nie pomyślałaby, że zabierze ją do miejsca sprawiającego wrażenie końca świata. Wątłe światło różdżki, będące jedynym jasnym punktem w otoczeniu bezkresnej i przeraźliwie głośnej ciemności, zdawało się wręcz oślepiać. Rzucało cienie na ich twarze, przez co wyczytywane z jego oczu emocje wydawały się paraliżująco intensywne. Czuła, jak serce trzepocze jej w piersi, kierowane tak wieloma bodźcami, że sama nie umiała określić, co w tym dominowało: szok wywołany tym, co jej pokazywał, reakcja na przenikliwe zimno i wilgoć czy uczucia, które dostrzegała w jego tęczówkach. Stał przecież tak blisko, że jego oddech rozlewał się na jej twarzy, wydając się wręcz paląco ciepły. Nie było w nim tylko złości czy nienawiści, kryła się tam głęboka potrzeba, odrobina bezsilności i obawa. Nie potrafiła odwrócić od niego wzroku. Jej palce mimowolnie przesunęły się po jego plecach, gdy objął ją mocniej, uniemożliwiając swobodne oddychanie – co i tak było utrudnione w miejscu, do którego ją zabrał. Im dłużej jednak tak tkwili i im więcej widziała, tym świat dookoła bardziej tracił na ostrości, rozmywając się i opadając niczym fala po uderzeniu w skalną formację. Mruknął coś w odpowiedzi, a blondynka wiedziała, że usłyszał jej słowa i nie był zadowolony z reakcji, jaką otrzymał. I choć z początku w jej głowie przemykała cicha sugestia, że być może Lestrange przekroczy dziś własne granice, teraz nie było po niej śladu. Nabrała pewności i wewnętrznego spokoju, że pomimo okoliczności sam nic by jej nie zrobił, ale zrobiłby wszystko każdemu innemu, kto by się poważył. Było to nagłe, silne przeświadczenie, które na dłuższą chwilę zdominowało wszystkie inne myśli. Trzymał ją w ramionach tak mocno, że coraz bardziej brakowało jej tchu, a gdy ją pocałował, na moment wstrzymała oddech. Reagowała odruchowo: instynktownie spięła się i wbiła paznokcie w jego mokre ubranie, świadoma, że tylko odwzajemniając ten pocałunek, będzie mogła w pełni zaczerpnąć powietrza.

Oddychała ciężko, gdy kolejna fala chłodnego wiatru z kroplami wilgoci brutalnie w nich uderzyła, sprawiając, że na moment się zachwiali. Nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo znów pojawiło się to nieprzyjemne ściskanie w żołądku i zabrał ich stamtąd. Gdzie tym razem? Przymknęła oczy, mając zaledwie sekundy, by oprzeć się o jego policzek. Chwilę później stracili równowagę  i to nie tylko w jej odczuciu. Wylądowali na ciemnej plaży, której piasek natychmiast oblepił ich ciała i ubrania. Było tu cieplej, a przynajmniej takie wrażenie sprawiał brak porywistego wiatru; ryk rozbijających się fal zastąpił przyjemny, uspokajający szum wody uderzającej o brzeg. Chciała się podnieść, ale nie dał jej wykonać żadnego ruchu. Po raz kolejny przejął kontrolę, przewracając ją tak, że jej plecy zagłębiły się w miękkim piasku. Znów miała przed sobą tylko jego twarz, ciemne tęczówki i cały wachlarz skrywanych w nich emocji. Krople spływały z włosów mężczyzny, rozbijając się na jej skórze – na policzkach, szyi i nosie. Oddychał równie szybko jak ona. Uniosła dłonie, opierając je na jego ramionach. Za każdym razem, gdy próbowała się odezwać lub cokolwiek zrobić, uniemożliwiał jej to: poczynając od teleportacji, poprzez trzymanie jej blisko siebie i całowanie tak intensywnie, że przestawała myśleć w dotychczasowy sposób. Zamiast chłodnej logiki dominowały w niej emocje, które uzewnętrzniał Louvain. Słony posmak jego ust sprawił, że przebiegł ją dreszcz. – Louvain, ty… – Przerwała, łapiąc oddech. Była rozproszona tym, że przesunął wargami po jej szyi, co sprawiło, że drgnęła niespokojnie, przymykając oczy. Poczuła, że na policzkach rozlewa się jej fala ciepła, barwiąc je na różowo – bo Merlin jej świadkiem, szyja zawsze była u niej wrażliwym punktem. Robił, co chciał i jak chciał od dobrej godziny, a ona nie była w stanie zrobić niczego, by mu to uniemożliwić. Niczego poza tym, że wciąż nie wypowiadała słów, na których najbardziej mu zależało. Jakby danie mu tych dwóch wyrazów miało sprawić, że zmieni się wszystko i ostatecznie straci nad tym jakąkolwiek kontrolę. Jej palce drgnęły na jego ramionach, rozluźniając się i puszczając mokry materiał, gdy przysunął się i znów pozbawił ich jakiejkolwiek przestrzeni między sobą. – Ty jesteś mój – szepnęła bardziej do siebie niż do niego, chociaż ich usta dzieliło zaledwie kilkanaście centymetrów.
Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy. Lewą dłoń przeniosła na jego plecy, a potem na talię, gdzie objęła go – najpierw delikatnie, a po chwili mocniej. Prawą z kolei uniosła wyżej, muskając jego szyję i kołnierz koszuli, by przesunąć palcami po jego dolnej wardze, wciąż ciepłej od poprzednich pocałunków. Odetchnęła bezgłośnie, starając się opanować drżenie, które musiał wyczuć, gdy zsunęła dłoń niżej. Sięgnęła do dolnej części jego szyi, gdzie przylegał do skóry łańcuszek. Zacisnęła na nim palce i przyciągnęła go do siebie, zmuszając go, by znalazł się niżej. Sama – dla odmiany, pocałowała go wolno i delikatnie. Łagodnie muskała jego wargi, jakby chciała zmyć z nich posmak morskiej wody i tę złość, która w nim drzemala. Przytuliła go do siebie, pieszczotliwie drażniąc jego dolną wargę, nim odsunęła się na tyle, na ile było to konieczne.
– Jesteś jedyną osobą, przy której obawiam się utraty kontroli – szepnęła w jego usta, muskając je po raz kolejny, krótko i zaczepnie. Musiała wykorzystać moment, w którym dał jej dojść do głowa, i zebrać całą siłę, jaką dysponowała, choć jej ciało wciąż dygotało z zimna. Cofnęła gwałtownie dłonie i pchnęła go tak, by odpłacić mu za wcześniejsze zachowanie. Zrobiła to na tyle mocno, że to on wylądował plecami na piasku, bez różdżki w zasięgu ręki. Przekręciła się razem z nim, ale nie pochyliła się nad nim, lecz usiadła na jego udach. Spoglądała na niego z góry, łapiąc oddech. Wolnymi dłońmi przeczesała mokre, potargane włosy, zgarniając je do tyłu, zanim jedną z nich znów ku niemu wyciągnęła. Łańcuszek po raz kolejny wydał się jej odpowiednim ogniwem, by zmusić go do podniesienia się do pozycji siedzącej – z tą różnicą, że tym razem zaciskała na nim palce znacznie mocniej. Spojrzała mu prosto w oczy, choć w otaczającym ich półmroku niewiele było widać. – Bo nie mogę cię tak po prostu zostawić. Więc proszę, nie pozwól, żebym cię znienawidziła.– wyjaśniła mu cicho, układając wolną rękę na jego ramieniu przy szyi, a potem wplatając palce w jego włosy.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#5
22.09.2026, 23:14  ✶  

Ledwo wytrzymywał sam ze sobą. Gniew znał przecież doskonale. Towarzyszył mu od lat, pojawiał się pod setkami postaci i miał dziesiątki twarzy, lecz ten był inny. Znacznie cięższy, bardziej przytłaczający, absolutnie fizyczny. Czuł to pod żebrami, w napiętych mięśniach, w zaciśniętych szczękach i dłoniach, które drżały od wysiłku, z jakim powstrzymywał je przed gwałtownym ruchem. Przypominała czarny przypływ, który wzbierał w nim bezgłośnie, podnosząc się coraz wyżej, aż zaczynał zalewać wszystko, co jeszcze próbowało przypominać rozsądek. Miał wrażenie, że gniew żarzy mu się pod skórą jak węgiel nad miechem, że wystarczy jedno słowo więcej, jeden gest, a coś w nim pęknie z hukiem równie ostatecznym jak skała rozrywana przez morskie fale. Cynthia doprowadzała go do granic nerwów już wcześniej. Wielokrotnie sprawiała, że miał ochotę rzucić jej w twarz coś równie dotkliwego, jak dotkliwa była jego frustracja. To była jednak złość, którą znał i nad którą potrafił panować. Wystarczało zranić ją słowem. Oddać jej dokładnie tyle przykrości, ile sam otrzymywał od niej. Równomiernie i precyzyjnie. Jakby wymierzał karę z chłodną satysfakcją. Ta złość miała kształt, ale nie była w pełni satysfakcjonująca. Można ją było zamknąć za zębami i wypuścić dopiero wtedy, gdy uznał, że druga strona zasłużyła na swoją porcję bólu.

Ta nie miała granic. Nie chciał jej zranić, chciał żeby poczuła dokładnie to samo co on teraz. Cała furia, która zwykle szukała ujścia w ostrych słowach i okrutnych drobiazgach, tym razem nie potrafiła znaleźć celu. Krążyła w nim jak głodujące wiele tygodni zwierzę zamknięte w zbyt małej klatce, uderzając o żebra przy każdym oddechu. Chciał coś powiedzieć, lecz słowa rozpadały się, zanim zdążyły ułożyć się w sens. Zacisnął szczękę tak mocno, że mięśnie drżały mu przy skroniach. Wszystko, co w innych chwilach mogłoby przeobrazić się w okrucieństwo, teraz rozpadało się w nim na bezładne, gwałtowne gesty pragnienia. Złość wciąż płonęła pod skórą, ale zamiast pozwolić jej znaleźć ujście w czymś, czego później nie mógłby cofnąć, szukał jej w dotyku. Uporczywie, niemal desperacko. Jak człowiek, któremu odbiera się powietrze i który przed utratą przytomności rozpaczliwie chwyta jeszcze jeden oddech. Każda sekunda blisko niej była właśnie takim oddechem. - To za mało. Pragnął jej całej. Prawie jak przedmiotu, jak czegoś, co na krótką chwilę potrafiło uciszyć potworny hałas we własnej głowie. Jego dłonie przesuwały się po jej ramionach, plecach, talii, jakby sam dotyk pozwalał mu przypominać sobie, że nadal istnieje w tym świecie. W każdym geście było tyle samo napięcia nco czułości, desperacji i łagodności. Jakby próbował przekonać własne ciało, że może znaleźć ujście dla furii bez przemieniania jej w krzywdę.

Zrobił coś, czego nie powinien był zrobić. Pozwolił jej zajrzeć pod wszystkie warstwy, które nakładał na siebie właściwie już tylko w złości. Oddał jej wiedzę o sobie, której nie powinien jej dawać. Duma nie pozwalała mu do tego. Przyznał się do uczucia, którego jeszcze niedawno nie dopuściłby nawet do własnych myśli. A potem, zamiast wycofać się i odzyskać przewagę, siedział pod nią, a ona na nim. Nadal, mokry, roztrzęsiony i wściekły, bo właśnie wyrwał sobie z piersi własne serce i bez żadnego zabezpieczenia położył je w cudzych dłoniach. Pomimo jej sprzeciwów. Pomimo jej niezależności. Pomimo tych wszystkich chwil, kiedy mówiła mu "nie". Kiedy podważała jego decyzje, kiedy patrzyła mu prosto w oczy i nie zamierzała ustąpić nawet o krok. Gdyby chodziło wyłącznie o posłuszeństwo, nigdy nie pozwoliłby sobie na podobną słabość. Posłuszeństwo było łatwe. Mógł je wymusić, wyegzekwować, kupić albo odebrać. Znał na to wiele sposobów, a każdy był okrutniejszy od poprzedniego. Odpowiedział jej jedynie ciężkim westchnieniem, jakby zabrakło mu już siły na kolejne wyjaśnienia. Nie chciał niczego więcej. Nie kolejnych argumentów, nie prób przekonywania go, nie rozsądku, który od kilku godzin bezskutecznie próbował przebić się przez jego gniew. Chciał tylko jej, jej obecności, jej ciepła. Pozwolił jej pociągnąć się za łańcuszek na szyi. Raz, a potem drugi. Za każdym razem poddawał się temu ruchowi bez sprzeciwu, z dziwną dla siebie uległością, jakby właśnie ten drobny gest przypominał mu, że nie musi zawsze kontrolować wszystkiego.

Kiedy w końcu siedzieli zamiast leżeć, jego dłonie stały się bardzo niespokojne. Przesuwały się po jej ramionach, plecach i talii, jakby próbował przez niego odnaleźć choć odrobinę ciepła. Nie chodziło już o zdobywanie ani o dominację. Chciał poczuć, że jest prawdziwa, że siedzi przed nim żywa i ciepła mimo chłodu Atlantyku, że jej oddech wciąż miesza się z jego własnym. Palce szukały wejścia pod materiał, jakby nie mogły poprzestać na zarysach jej sylwetki skrywanej pod suknią. Spojrzał na nią z tą samą niebezpieczną pewnością, która od początku nocy mieszała się w nim z pożądaniem i obłędem. Dłoń przesunęła się po jej plecach, zatrzymała przy udzie, a zacisnęła na pośladku. - Przestań się przede mną bronić. Wypuścił z siebie długie, ciężkie westchnienie, które zabrzmiało niemal jak prośba. Na moment przymknął oczy, pozwalając, by napięcie zeszło z jego ramion, choćby odrobinę. Nie miał już siły walczyć z nią o kolejne słowa, nie chciał kolejnej konfrontacji. Chciał tylko, żeby przestała się opierać temu, co sam przed chwilą wreszcie odważył się przed nią odsłonić. Otworzył oczy i spojrzał na nią z bliska. W jego spojrzeniu wciąż było pożądanie, lecz pod nim kryło się coś znacznie bardziej bezbronnego. - Nie chcę już niczego innego poza Tobą. - głos zadrżał mu przy ostatnich słowach. Jego dłoń zatrzymała się na jej policzku, a kciukiem otarł kroplę wody, która spłynęła po jej skórze.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (1890), Louvain Lestrange (2450)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa