![[Obrazek: 1cd7eeb817cf78925d8837599d1a934b.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/1c/d7/ee/1cd7eeb817cf78925d8837599d1a934b.jpg)
![[Obrazek: 5ddec2d31b98b4c436f9477867460498.jpg]](https://i.pinimg.com/736x/5d/de/c2/5ddec2d31b98b4c436f9477867460498.jpg)
![[Obrazek: d44db8fe1c5227f75188af3d9c421755.jpg]](https://i.pinimg.com/1200x/d4/4d/b8/d44db8fe1c5227f75188af3d9c421755.jpg)
Jednego nie mógł jednak odmówić. Przyspieszyła wszystko. Gdyby los pozostawił go w spokoju, być może takim człowiekiem stałby się dopiero za dziesięć lat. Miałby więcej czasu na udawanie przed światem i przed sobą, że jest jeszcze kimś innym. Ale służba Czarnemu Panu była jak rozcięcie skóry nad ropiejącą raną. Nie stworzyła tej choroby, ale pozwoliła jej wreszcie oddychać. Wszystko, co dotąd ukrywał pod dobrymi manierami, salonowym uśmiechem i francuskim akcentem, wypełzło na powierzchnię z zadziwiającą łatwością. Jakby od zawsze tylko czekało, aż ktoś przestanie je powstrzymywać.
Świat rozdarł się gwałtownym szarpnięciem, by po ułamku sekundy złożyć się na nowo w miejscu, które zdawało się należeć bardziej do koszmaru niż rzeczywistości. Zimno uderzyło ich natychmiast, ostre i przenikliwe, niosąc ze sobą ciężki zapach soli oraz mokrego kamienia. Wilgoć osiadła na skórze, zanim którekolwiek zdazyło zaczerpnąć pierwszego oddechu. Wzburzony ocean ryczał gdzieś pod nimi z taką siłą, jakby próbował wyrwać z fundamentów całe skalne urwisko. Spienione fale roztrzaskiwały się o czarne formacje wystające samotnie pośrodku morza, rozrzucając drobne krople słonej wody, które niczym zimna mżawka nieustannie smagały ich twarze. Było absurdalnie ciemno. Niebo i ocean zlały się w jedną, bezdenną czerń, w której ginęła granica między wodą a przepaścią. Jedynym źródłem światła pozostawał bladobiały blask końca różdżki Louvaina. Drżał na wietrze, odsłaniając jedynie najbliższy fragment skały. Poszarpany, śliski i tak wąski, że bardziej przypominała wystający z morza ząb niż miejsce, na którym mogliby stanąć dwoje ludzi. Drugą rękę zacisnął wokół jej talii niemal odruchowo, przyciągając Cynthię do siebie z siłą, która nie pozostawiała miejsca na sprzeciw. Ich ciała zetknęły się ciasno, a materiał przemoczonego płaszcza i sukni łopotał gwałtownie pod naporem wiatru. Skalny występ kończył się zaledwie kilka cali od ich stóp. Trudno byłoby znaleźć miejsce choćby na jeszcze jedną stopę, a każdy nieostrożny ruch groził utratą równowagi. Pod nimi nie było nic poza czernią i hukiem rozbijającego się oceanu.
Gwałtownie odwrócił ku niej głowę. W onyksowych oczach nie było już szyderstwa. Każde kolejne słowo Cynthii dolewało oliwy do ognia, który od dawna nie mieścił się już w jego wnętrzu. - Co ci daję? Wszystko, czego nie powinien nikomu dawać. Znasz mnie bardziej niż ktokolwiek żyjący. Wiesz, kim jestem i wiesz, co zrobiłem. Znasz wszystkie moje słabości. Zrobił pół kroku, nieświadomie jeszcze bardziej zmniejszając dzielącą ich odległość. Pod ich stopami kilka drobnych kamieni osunęło się w przepaść, a głuchy plusk zniknął natychmiast pod kolejnym rykiem fal. Mięśnie jego ramion spięły się odruchowo, a dłoń na jej talii zacisnęła się jeszcze mocniej. Nie potrafił stwierdzić, czy bardziej chciał utrzymać przy sobie ją, czy samego siebie. - Nawet nie masz pojęcia, ile mnie to kosztuje! Zdanie opuściło jego usta głośniej niż poprzednie. Niemal zachrypnięte. Jakby wypowiedzenie go wymagało od niego większego wysiłku niż wszystkie wcześniejsze złośliwości razem wzięte.
Palce wciąż miał zaciśnięte na jej talii zdecydowanie mocniej, niż powinien. Z czułości, z desperackiej potrzeby zatrzymania jej przy sobie na tej przeklętej skale ze wszystkich sił. Oddychał coraz szybciej. Od złości. Z własnego strachu przed wielką wodą. Pozostało jedynie coś surowego, pierwotnego i do bólu egoistycznego. Potrzeba, której nie potrafił ani nazwać, ani okiełznać. - Nie rozumiesz… Urwał, nabierając gwałtownie powietrza. Pokręcił głową powoli, z niedowierzaniem, jakby to właśnie ona wypowiadała rzeczy niemożliwe do pojęcia. - Jesteś moja. Nie wypowiedział tych słów z czułością. Brzmiały raczej jak wyrok niż wyznanie. - I tylko do mnie należysz. Nie było w tym logiki ani sprawiedliwości. Sam doskonale wiedział, jak to brzmiało. Nie próbował nawet ubierać tej myśli w elegantsze słowa. - Możesz mnie nienawidzić. Możesz próbować odejść. Ale jeśli cały ten świat któregoś dnia spłonie, jeśli zostanie z niego tylko popiół i ruiny… Pochylił się nieznacznie, nie odrywając od niej wzroku. - …i tak po ciebie przyjdę. Na moment zamilkł. Huk oceanu rozbił się o skały gdzieś pod nimi. - Nieważne, kto stanie mi na drodze. Nieważne, po której stronie będziesz wtedy stała. Nieważne, ile lat minie. Upomnę się o ciebie.