Łatwo było zapomnieć, że człowiek jednak nie był istotą, która lubiła samotność. Nie na dłuższą metę. Każdy potrzebował od czasu do czasu towarzystwa, odezwać się do kogoś, albo nawet w ciszy sobie z kimś posiedzieć. Sauriel miał zdolność do tego, żeby ludzi do siebie zrażać – bo był jaki był, opryskliwy, chamski, bezczelny. Ale kiedy dał się poznać, to wychodziło, że nie składał się jedynie z tego. Miał dobre strony, zadziwiająco sporo. Ale prawda była taka, że nikt nie był do cna zły. Nie było też osób świętych.
Nie przerywała mu kiedy mówił. Kilka razy miała ochotę się wtrącić, ale pozwoliła mu mówić do końca, wypuścić z głowy to wszystko, co się w niej kłębiło, skoro już zebrał myśli i przestał krzyczeć, warczeć i napinać mięśnie, jakby szykował się do skoku. Wiedziała, że to, co się z nim stało, całkowicie pomieszało jego życie. Wiedziała, że jeśli mając takie doświadczenia nie było przy nim nikogo, kto by go trzymał za ręce, to tym łatwiej rzucić się w przepaść, z której nie widziało się już światła; łatwo było więc pomyśleć, że go już po prostu nie ma.
- Dobro i zło… Odwieczna walka, prawda? A na końcu kto powie kto miał rację? – zapytała filozoficznie. Od czasu Beltane… miała dużo czasu na przemyślenia. Na układanie sobie rzeczy w głowie. - Wiesz co dzieje się z ludźmi po śmierci? Takiej prawdziwej. Takiej, po której nie zostajesz tutaj jako duch, ani nie budzisz się w nowym życiu jako wampir – może pozornie jej pytanie nie miało sensu w tej rozmowie, ale Victoria miała w tym swój cel. - Bo ja wiem co. O ile oczywiście to wszystko to nie był chory żart Voldemorta, ale nie sądzę. Był wtedy zajęty czym innym – a ona upewniła się, że nikt nie siedzi w jej głowie i nie przeczesuje wspomnień. Zresztą… Jakie mogła mieć wspomnienia o prababci? Mętne. Bardzo mętne. Nie rozmawiali o tym. Do tej pory Victoria nie czuła się na siłach by mówić o tym, co wydarzyło się podczas Beltane. Sauriel oczywiście mógł słyszeć od innych ludzi, mógł przeczytać w gazetach… Ale nie wszystko przedostało się do uszu opinii publicznej. - Dostałeś szansę, Sauriel. Taką, którą nie każdy dostaje. Większość ludzi po śmierci stąd odchodzi, ale ty… Ty możesz tutaj być. Zmienić coś, albo nie zmieniać nic. Ludzie nie są przedmiotami, żeby nie dało się ich naprawić. I ty też nie jesteś żadnym przedmiotem – westchnęła cicho, na moment przymykając oczy. Przed oczyma zobaczyła kolorowe fraktale, przybierając pewną fizyczną formę bólu głowy. - Ja też ciebie lubię. I to pomimo tego, jak bardzo starasz się, żeby nikt nie mówił o tobie niczego dobrego – nie potrzebowała do tego żadnych rytuałów czy innych czarów, żeby to wiedzieć. Bo wiedziała to już wcześniej, przed Beltane i przed zaręczynami, które zmieniały tak wszystko jak i nic. - Już ci powiedziałam, że to moja decyzja co uznam za rynsztok, śmietnisko, złomowisko… Jakkolwiek chcesz to nazywać – ostatnio był rynsztok i tak właśnie samego siebie też określił. Nie zgadzała się z tym. Jasne… Nie miała pełnego obrazu. Ale mówiła na podstawie tego, co widziała i wiedziała. - I oczywiście, to nie jest książka. Ale z doświadczenia wiem, że życie pisze najlepsze historie – najbardziej pokręcone i pojebane również. Nie trzeba było do tego czytać książek, ani próbować się w takiej umiejscowić. Szczęśliwe zakończenie? Zakończenia nie było, póki tutaj byli. Mieli czas. A gdyby go zabrakło… Było też Limbo. - Sam to sobie robisz. Odpychasz ludzi, mówisz, że jesteś do niczego. To nie jest prawda. A skoro te dobre cechy utrudniają ci życie, nie sądziłeś, żeby to po prostu rozdzielać? Albo żeby zmienić kierunek, w który patrzysz – walczył, drapał, miotał się. Podobało mu się jedno, ale chciał drugiego – by nie zepsuć drugiej osoby? Victoria uważała, że nie jest jakąś laleczką ani zabaweczką, żeby można ją było ot tak popsuć.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)