• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Szkocja [07.08.1972, Szkocja, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię?

[07.08.1972, Szkocja, wieczór] Bo kto mógłby pokochać bestię?
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#31
18.05.2024, 18:50  ✶  

Sauriel miał to pesymistyczne, fatalistyczne wręcz podejście do życia. Zobaczyć więc w nim ten błysk (!) spokoju, dumy z siebie, że nie poddało się tym negatywnym emocjom, to była prawdziwa rzadkość. Czy Sauriel cieszył się z tych swoich małych zwycięstw? Jak bardzo się starał? Czy pracował nad sobą, wymagał czegoś od samego siebie? Czy może poddał się już całkowicie…? Chyba się nie poddał, chyba wciąż walczył, może dostrzegł, że warto, może coś go zmotywowało, może dostał wiatr pod skrzydła, o których już od dawna myślał, ze zostały połamane i stały się bezużyteczne. Nie były – zrosły się i teraz były już silniejsze, nawet jeśli Sauriel sądził, że zapomniał już, jak się lata, jak to jest czuć powietrze pod skrzydłami i wiatr we włosach, wciskający się również w oczy, wyciskający łzy.

Wydawanie rozkazów… Sauriel i Victoria nie byli swoimi szefami czy podwładnymi, by wydawać i przyjmować rozkazy. Nie byli Mistrzem i Uczniem, Panem i Sługą, a Lestarnge nie oczekiwała żadnego posłuszeństwa. Przy tym Sauriel wolał kiedy mówiło się mu co ma robić, a Victoria wręcz przeciwnie – nie lubiła, gdy ktoś nią kierował. Dopełniali się, co? I jednocześnie… Sauriel potrafił być och, taki stanowczy, że Victorii miękły wtedy kolana. Nie miała pojęcia jak to robił, ale robił. Teraz jednak nie było żadnych rozkazów ani poleceń, ledwie propozycje, burza mózgu (bo głównie jednego…) i prośby. I się udało. Tak samo jak udało się złapać za dłonie, co zaskoczyło Victorię tym bardziej, ze najwyraźniej nie tylko ona wpadła na ten pomysł. Podświadomie szukała z nim kontaktu, podświadomie chciała go trzymać, złapać… I teraz złapawszy się za dłonie, pobiegli. Z początku Victoria dotrzymywała kroku Saurielowi, albo przynajmniej bardzo się starała, chociaż krok miała siłą rzeczy krótszy niż on, ale później rzeczywiście była już bardziej z tyłu – wciąż jednak trzymała go za dłoń, nie zamierzając puścić. Dokładnie tak samo, jak on. Nie chciała się z nim rozdzielić, miała wrażenie, że jeśli go puści, to przepadnie, albo on się zgubi i już nie odnajdą do siebie drogi.

Przez pewien czas towarzyszył im tylko szelest trawy, gdy biegli, tupot butów odbijających się od ziemi i nieregularny oddech Victorii. Była noc, gwieździsta, lecz prawie bezksiężycowa, ledwie kawalątek jego tarczy był widoczny – za dwa dni miał być nów. Tyle wystarczało, póki nie wbiegli w linię lasu, gdzie musieli wyraźnie zwolnić, nic nie widząc. Nawet ze światełkiem, jakie mógł Sauriel wyczarować dla nich w biegu, musiało to być bardzo utrudnione, żeby nie powpadać na drzewa i inne krzaczory.

W końcu się zatrzymali i dopiero wtedy Victoria puściła dłoń Sauriela, po czym pochyliła się do przodu i oparła ręce na kolanach, oddychając ciężko i głęboko. Sauriel się śmiał, w tle huczały sowy i ten wrzask… Najpierw podskoczyła, a potem warknęła pod nosem.

– Nienawidzę… – zaczęła i znowu wzięła kilka głębszych oddechów. – Lisów – dokończyła, po czym się wyprostowała i głośno, długo wypuściła powietrze. Z ogromną ulgą. Po czym nieco od niechcenia odwróciła się bokiem, chcąc spojrzeć w stronę zamku, z którego uciekali. Majaczył tam złowieszczo, ale z tego miejsca, pomiędzy drzewami, nie był już widoczny.

Chyba nikt ich nie gonił?

Lekko przetarła dłonią czoło, ale w końcu odwróciła się do Sauriela, spojrzała na niego krótko i po prostu wpadła na niego, obejmując go mocno w pasie.

– Dziękuję – emocje z niej spływały, adrenalina uciekała, zadrżała z zimna, które ich oblepiało, nawet jeśli go nie odróżniała; to te nerwy, to one sprawiały, że ciarki przechodziły po karku. – Że mnie tam nie zostawiłeś – dodała, mocniej zaciskając dłonie na jego koszuli, chowając swoją twarz przed światem. Było tak cicho, tak spokojnie… Noc była magiczną porą, w której pewne rzeczy przychodziły człowiekowi znacznie łatwiej – jak to okazywanie strachu i wdzięczności. I nie tylko…

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#32
19.05.2024, 10:08  ✶  

Etapy w życiu człowieka potrafiły nie płynąć sinusoidalnie i czasami to był ich największy mankament. Nie miałeś równego podziału tych dobrych i złych rzeczy, które ci się przytrafiają, żeby bardziej doceniać chwile szczęścia i żeby mieć pewność, że po tych trudnych chwilach i znojach znowu staniesz na prostej. Przecierp jeszcze chwilę, postaraj się jakoś wytrzymać i znów będzie dobrze, zobaczysz. Nie, uniwersum ci tego nie mówiło. Uniwersum stawiało cię przed faktem dokonanym - albo jesteś tym pieprzenie błogosławionym dzieckiem, które dostaje fanfary na samo wejście na salony, albo tym przegranym. Jeszcze byli ci pośrodku, ale i oni nie doznawali sumiennie przyznawanych dawek wrażeń. Kiedy się coś psuło to wszystko po kolei. Potem potrafiłeś mieć drobny uśmiech na twarzy, prawdziwa bombeczka na choince wyróżniająca się z wielu, albo właśnie niewyróżniająca wcale, bo przecież była do kompletu. I znów ci dojebią, żeby na pewno docisnąć głowę do podłogi. Dlatego ludzie potrafili odnajdować pocieszenie w tym, że inni mają gorzej. Jeśli sąsiad ma gorzej, gorszy trawnik, gorszą miotłę, nie ma najnowszej tiary z wystaw najlepszych krawców to znaczy, że ja żyję na wyższym poziomie. Od razu uśmiech na twarzy i zadowolenie. Nie wspominając o tych skrzydłach, na których można było latać. One stanowiły wyższą półkę dostępną dla nielicznych. Dla tych marzycieli, twórców, osób, którym przeznaczone było osiągnąć w tym świecie coś więcej. Sporo o tym wiedzieli z Victorią - w końcu ich dwójka skrzydła miała, tylko co rusz ktoś próbował je połamać. O tym, czy Sauriel się poddał całkowicie i czy się podnosił można było pisać powieść... sinusoidalną. Wahania nie były równe. Były bardzo spadkowe. Kiedy już masz wrażenie, że wszystko zeszło na psy i dotknęło dna to nie możesz spadać niżej. Więc... zaczynasz się podnosić. Chodzisz sobie po tym dnie i doznajesz życia z innej perspektywy.

Mógł to być lis, a mógł być nawet sam bazyliszek. Tak jak mogli się tutaj zatrzymać na chwilę, ale na pewno nie zamierzał się tu z nią zatrzymywać na dłużej. Odetchnął i przetarł oczy z rozbawienia. Tak, zamczysko zostało za nimi i skryły je drzewa. Gdyby byli bardziej odważni mogliby się tam cofnąć i przekonać, czy nadal tam stoi i czy jest taki sam, czy jednak był dziwaczną ułudą taką jak tamten dom pana Binnsa, w którym utknęli, a w którym obudzili się i okazało się, że to żaden dom. To rudera. Różnica między odwagą a głupotą była w takim chwili bardzo wyraźnie zarysowana. Bo cofanie się do czegoś takiego było głupotą, nie odwagą. Nie wróciłby tam z nią, może z ciekawości zdecydowałby się na przekonanie, jak to teraz wygląda. Gdyby tylko ciekawość była większa, bo nie zdecydowałby się na plątanie po zamku, by poznawać jego tajemnice z wiedzą, że jakaś klątwa może go tam zamknąć. I to bardzo skutecznie.

Z lekkim zaskoczeniem zamarł w bezruchu i rozchylił ręce, kiedy Victoria do niego przylgnęła i go objęła, dusząc tę nieszczęsną sadzonkę w swoich palcach. Miała i tak dobrze - nie nagrzewała się od jej uścisku. W końcu zamknął ręce za jej plecami i poklepał lekko po plecach.

- Przygoda była dobra, ale nie powtarzajmy tego. - Uśmiechnął się pod nosem, dociskając ją do siebie i opatulając tymi ramionami. Tam, gdzie mogła się schować i gdzie zawsze, cokolwiek by się nie działo, była bezpieczna. - I następnym razem nie rozbieraj się przy jakichś podejrzanych typach. Nie żebym się przypierdalał, aaale... - Wyszczerzył kły w uśmiechu. To czasem słychać - ten uśmiech w głosie, nawet jeśli nie widzisz czyjejś twarzy.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#33
19.05.2024, 16:42  ✶  

Raz na wozie, raz pod wozem? Victoria miała swoją teorię o tym, że nieszczęścia wcale nie chodziły parami, a stadami; że gdy coś się psuje, to nie jedna rzecz, ale wszystkie po kolei, jakby życie jeszcze bardziej chciało ci dokopać i sprawdzić, kiedy się w końcu poddasz. Kiedy już się położysz i po prostu nie będzie ci się chciało podnosić, bo po co? Czasami brakowało tej marchewki na sznurku, za którą można było iść. W jej życiu tych marchewek zdecydowanie brakowało, wynagrodzenia za ten cały ciężar, który spoczął na barkach. I czy było warto? Dla tych krótkich chwil szczęścia i uniesienia? Dla uśmiechu kochanej osoby? Dla usłyszenia, że jest się coś wart, że bez ciebie byłoby smutno, że jesteś potrzebny? Że tam za zakrętem coś na ciebie czeka? Może rzeczywiście to chodziło o to, że swojemu szczęściu trzeba dopomóc, a nie czekać, aż los się odwróci. Sam się nie odwróci. To jak wir w limbo, cykl, który pochłania duszę, jestestwo – który trzeba było odwrócić, by się w nim nie zatracić i nie zostać tam na wieki. Odwróć cykl. tak jak odwróć monetę, odwróć głowę, pójdź w innym kierunku, odwróć swój los, popchnij go, daj mu kopniaka ta, jak i on go daje tobie. Zrób na przekór temu, co jest ci ciągle rzucane pod nogi i udowadniane. Victoria właśnie to próbowała zrobić; żyć po swojemu, a nie tak, jak jej kazali. Wyrwała się z domu, przygarnęła kota, którego nigdy w szkole nie pozwalano jej mieć i próbowała jakoś… żyć. Stanąć na nogi i pokazać całemu światu środkowy palec, jak i on pokazywał jej. Jej własna droga, tak? Wiele rzeczy chciała zrobić po swojemu. Odwrócić swój los… wrócić do normalności, nie być już Zimną – to na dobry początek. Chciała też tego samego dla Sauriela, chciała go w swoim życiu, chciała wiele, ale tych marzeń nie ośmielała się wypowiadać na głos, by i tego jej nie odebrano.

I przy tym wszystkim, nie zmieniłaby w tym dniu absolutnie nic, nawet jeśli zafundowano jej trochę paniki, strachu i złości, a teraz również zmęczenia. Nie zamierzała się wracać tam i patrzeć, czy to był tylko zły sen – roślinka ściskana w dłoni była wystarczającym dowodem, że to wszystko było prawdziwe. Nie chciała tam wracać, by się przekonać, że ktoś będzie chciał jej namieszać w głowie i w inny sposób zmusi ją do powrotu za bramę, by została tam na wieki. Nie chciała tam zostawać, chciała być… wolna, i jednocześnie chciała gdzieś należeć. Ale nie w ten przedmiotowy sposób, tylko ten całkowicie rozwijający skrzydła. Chciała kochać… i być kochaną. A jeśli miała jednak umrzeć za kilka miesięcy… to chciała umrzeć ze świadomością, że przeżyła coś tak wspaniałego, nawet jeśli tylko przez chwilkę. Nie chciała umierać niespełniona, z wyrzutami sumienia, z niedokończonymi sprawami, które uwiążą jej duszę na wieki w zawieszeniu pomiędzy światami.

– Tak, raz wystarczy – burknęła, wciąż wtulona w jego klatkę piersiową, przez co jej głos był odrobinkę przytłumiony. Objęta, poklepana dla otuchy po plecach, a później dociśnięta do niego, tylko mocniej zacisnęła swoje dłonie i cicho odetchnęła. Czuła, jak kolejna fala emocji z niej spływa. To faktycznie było bezpieczne miejsce – pomiędzy jego ramionami. Nigdy nie czuła, by miała być przez niego zagrożona, no i w jego otoczeniu czuła się znacznie bezpieczniej. Jak wtedy, gdy zabierał ją ze szpitala polowego do domu, ale gdy czuwał nad jej snem przez kilka dni po ataku we śnie. Przy Saurielu czuła po prostu, że wszystko jest w porządku i że jakoś to będzie, że coś wymyślą, coś na wszystko poradzą. Nieświadomie dodawał jej sił, dlatego gdy go zabrakło w tamtym newralgicznym momencie, to było jej znacznie trudniej.

Tak, usłyszała ten śmiech i jaki jest rozbawiony całą tamtą sytuacją. Aż odkleiła się od niego i odrobinę wychyliła, chcąc spojrzeć w jego twarz (chociaż było ciemno jak diabli), wciąż jednak obejmując go rękoma.

– A co, przeszkadzało ci to? – mówiła dość wolno, cicho, zastanawiając się, co mu chodziło po głowie poza tym, że sytuacja go ewidentnie bawiła. – Myślisz, że pod jakąś peleryną niewidką stał tam i się gapił? – pociągnęła temat i uniosła wyżej brew. – Bo jak na moje, to stałeś tam tylko ty – a ty nie jesteś dla mnie żadnym podejrzanym typem… Jakby nie to, że było tak ciemno pomiędzy tymi drzewami, to Sauriel widziałby, jak Victoria patrzy na niego spod rzęs, że uśmiecha się półgębkiem.

– Daj mi chwilę, dojdę do siebie i nas teleportuję – wolała niepotrzebnie nie ryzykować, bała się, że magia nawalała dlatego, że się uderzyła, nie chciała, by się gdzieś po drodze rozszczepili. Ale może miała po prostu pecha i zaklęcia jej po prostu ni wychodziły bo nie. – Nic ci się w ogóle nie stało? Po tym jak spadliśmy.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#34
19.05.2024, 23:31  ✶  

Bo jakoś to musiało być. Sauriel nigdy w to nie wątpił, kiedy tylko nie był zajęty myślami o Apokalipsie. Zawsze tak jednak twierdził w stosunku do osób, które cenił. Powtarzał to tak maniakalnie, aż w końcu coś się udawało i coś wychodziło. Aż osiągali sukces na jakimkolwiek szczeblu, nawet jak to był jakiś malutki, pierdołowaty stopień to potrafił się z tego cieszyć i samego siebie wtedy upewniał, że tak miało być. "Przecież mówiłem!". Przy okazji po drodze zaliczyliśmy pięćdziesiąt upadków, ale to nic. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie mógł powiedzieć "a nie mówiłem" i korzystał z niego jak świętego prawa. Powtórz mu jednak to samo zdanie po wypowiedzenie słów o tragicznej przyszłości, kiedy sam wątpisz i czarnowidzisz, to będzie prychał, jojczał, a prawo głosu stanie się prawem przydzielonym co najmniej wybranym. Nie przyszło mu do głowy, żeby teraz jej powtarzać, że "będzie dobrze", powinien to mówić częściej. "Nic się nie dzieje", "wszystko w porządku", "poradzimy sobie!". Nawet nie, że ONA sobie poradzi, że u niej będzie wszystko w porządku. My, z nami, u nas. Człowiek czuł się przecież lepiej, kiedy nie było tylko samotnego "ja". Victoria nie była samotna. Miała jego, to był fakt. Ale nie tylko jego. On też nie był sam, już nie. Takie rzeczy widziało się czasami za późno. Człowiek zajęty był użalaniem się nad sobą, głaskaniem samego siebie po głowie i plecach, zamiast po prostu spiąć się i zacząć cokolwiek zmieniać. Nie patrzył na to aż tak krytycznie, ale gotów był do wypowiadania takich mądrości - skoro sam tego doświadczył, to poczuwał się do miana osoby, która mogła sobie na to pozwolić. Samoświadomość problemu budowała poczucie własnej autentyczności. Kiedyś też mógł tak pluć na ludzi, którzy go wkurwiali swoim "ojojo biedny jestem". Jeszcze wcześniej sam by klepał po ramieniu i współczuł. Dzisiaj miał obok siebie Victorie i nawet nie to, że jakoś wyłaził z siebie czy nadmiernie się starał. Czasem wystarczyło tylko o kimś myśleć i chcieć dla niego dobrze. Samo to w sobie było już staraniem się. Bądź sobą, wspieraj osobę obok, tylko nie zgub się po drodze. W takim lesie o zagubienia było aż zbyt trudno dla takich jak on.

- No... słuchaj, Viki, jest we mnie na tyle przyzwoitości, żeby samemu nie świecić dupą przed jakimś pedałem z zamczyska. A do kobiet mam nieco większy szacunek. - Ubrał to w takie słowa, ale w gruncie rzeczy chodziło o ochronę jej godności. Jak na normy tych czasów to było zupełnie skandaliczne, żeby stara panna zrzucała z siebie suknie i świeciła cyckami i biodrami na prawo i lewo w nawiedzonym zamku. Był tylko on i ona, plus jakiś wariat, który może potrafiłby gdzieś dalej przekazać wiadomości, może nie. Aż tak nad tym nie dumał. Tym nie mniej Victoria nie była lekkomyślną panienką z ulicy, żeby coś takiego traktować lekko, jakby problem nie istniał, dlatego wolał ją zatrzymać w odpowiednim momencie. - To następnym razem rozbieraj się gdzie chcesz, skoro jesteś taka mądra i pewna. - Uniósł ręce w geście kapitulacji, ale ciągle miał podciągnięty jeden kącik ust w uśmieszku. - Twój tyłek, twoje pokazy! - Tylko widownię czasem ciężko wyznaczyć. Victoria potrafiła być niekiedy zadziwiająco zarozumiała, ale pojawiało się to w tak rzadkich przypadkach, że jak już było to raczej go bawiło. W dużej ilości przypadków to była jej chłodna logika tam, gdzie on niczego nie widział.

- Ay, nic mi nie jest. Poobijałem się trochę, tyle. - Czyli naprawdę kompletne nic. Uzupełni trochę energii i będzie jak nowo narodzony. Tymczasem przeciągnął się lekko, pozginał głowę na prawo i lewo, żeby kark przestał go boleć. - Kurwa, teraz będziesz miała własną pisankę w ogrodzie z nawiedzonego zamku. How cool is that?



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#35
20.05.2024, 15:24  ✶  

Starała się nadmiernie nie myśleć o przyszłości, żeby samej siebie nie wpędzić w to błędne koło myślenia o strachu i zbliżającym się końcu. Bała się, że jeśli będzie się nad tym rozwodzić zbyt długo, to znowu zobaczy świat w tych fatalistycznych, czarnych kolorach, które przesłaniały wszelką nadzieję na życie. Życie, które niejedno ma imię. Starała się myśleć pozytywnie, a przynajmniej neutralnie, nie zapuszczać się zbyt daleko w gąszcz przyszłych wydarzeń – póki co było lato, a lato powinno się kojarzyć dobrze. Z ciepłem, odpoczynkiem, uśmiechem. Nie bez przyczyny krótkie, letnie romanse były tak popularne i rozmywały się wraz z nadejściem jesieni i długich, zimnych deszczowych dni. Nie chciała myśleć o przyszłości, ale nie byłaby sobą, gdyby nie planowała, a grafik miała przecież napięty. Tak jak ciągle planowała czterodniowy wyjazd do Afryki; już miały wszystko ustalone – świstokliki do Francji, teleportację nad wybrzeże, by stamtąd jak najkrótsza droga płynąć statkiem do Afryki – i tam kolejne świstokliki, kominki, teleportacje i tak dalej. Termin też już miały, wcale nie tak odległy i Victoria pamiętała, by przed tym uprzedzić Sauriela, bo na pewno będzie wtedy potrzebowała jego pomocy przy kocie. Ale i bez kota by mu powiedziała, tak jak wtedy, kiedy na dwa dni wybrała się do Włoch. Chciała mu mówić o takich rzeczach, bo chciała, by był obecny w jej życiu i chciała mu o nim opowiadać… tylko ciągle nie miałam pewności, jak dużo on w ogóle chciał tego słuchać. Jak bardzo go to interesowało? Chyba go interesowało, bo wcale kontaktu z nią nie unikał, a wręcz na pewien sposób go szukał. I chyba nawet, pomimo obaw, nie było dziwnie, nawet jeśli wcale nie chcieli, albo nie potrafili, utrzymać swoich rąk z dala od siebie. Tak jak dzisiaj – ten kontakt gdzieś tam nawet podświadomie szukali i wcale się od niego nie wzbraniali. Nikt się nie spinał przy przypadkowym, ani tym bardzo nieprzypadkowym, dotyku. Chciała mówić mu te wszystkie rzeczy – że będzie dobrze, że może na nią liczyć, że sobie poradzą. Och, gdyby tylko Sauriel zechciał mówić i dzielić się tym, co miał w głowie… nie chodziło nawet o żadne plany Śmierciożerców, bo tego lepiej żeby nie wiedziała… zapewne. Chodziło o to wszystko, co chodziło mu po głowie i co składało się na bycie Saurielem. Nie kupowała tego, że jest tłukiem – takie osoby nie trafiały do Ravenclawu, zresztą udowodnił jej to nieraz. Mógł być leniwy, ale to nie odbierało mu możliwości bycia bystrym i inteligentnym. Miał w sobie ten magnetyzm i spojrzenie na świat oczami buntownika. Czy to ta czerń zalewająca jego tęczówki? Czy od urodzenia był naznaczony jako ktoś, kto będzie szedł pod prąd, komu pisana była noc i jej opiekuńczy szal? Wiedziała, że Sauriel się starał – nie od początku, a od momentu gdy zaczęli się jakoś… dogadywać, gdy zakopali topór wojenny. Starał się nawet wtedy, gdy tak mocno ją odtrącił. Przestał się starać tyłków wtedy, gdy na przekór wszystkiemu wyszedł na słońce. Ale teraz… teraz starał się znowu i naprawdę to doceniała.

– Droczę się z tobą tylko – powiedziała cicho i na moment przygryzla usta, tłumiąc śmiech. To było bardzo miłe, że tak się przejmował jej czcią i tym, że mógł ją oglądać ktoś, kto nie powinien. – Dobrze, że mnie zatrzymałeś. Całkiem spanikowałam – tym niemniej jego reakcja była całkiem słodka. Prawie tak, jakby się zawstydził samą możliwością, że mogłaby się tam rozebrać. Albo był zły, że ktoś obcy mógł ją oglądać? – Nie chce żeby się na mnie gapił byle kto – a już na pewno jakiś staruch, który chciał ją tam uwięzić.

Odsunęła się od niego w końcu, ale niezbyt daleko, ot na tyle, by oddać mu jego strefę komfortu do tego, by mógł się ruszać bardziej swobodnie i odetchnęła, odgarniając kosmyk włosów, jaki opadł jej na twarz. W tle znowu zahuczala sowa i coś zaszeleściło. Ogólnie ciągle coś szeleściło.

– Jaką znowu pisankę? – naprawdę nie zrozumiała, a przecież powinna, sama niejako zaczęła ten temat, ale zaraz metaforycznie machnęła na to ręką, aż wyciągnęła rękę do Sauriela, chcąc go znowu złapać za dłoń. – Przygotuj się, zabiorę nas stąd na… trzy – może jedna powinna dłużej odczekać, ale chyba lepiej było się stąd ewakuować wcześniej, skoro czuła się już w miarę dobrze. Upewniła się, że ma swoją różdżkę bezpiecznie w kieszeni, że trzyma roślinkę, że Sauriel wszystko ma… – Dwa – i wcale nie zamierzała odliczać do jednego. Skupiła swoją wolę i wybrała cel już teraz, przy dwójce, bezczelnie oszukując Sauriela, a teleportacja wessała ich i wypluła dokładnie w jej mieszkaniu, w sypialni na piętrze, idealnie na środku puchatego dywanika.

Victoria jednak mogła używać magii i to z całkiem niezłą precyzją. Ledwie się pojawili, a już można było słychać dzikie tuptanie i przytłumiony miauk.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#36
20.05.2024, 20:34  ✶  

Ponoć ludzie mieli swoją ścieżkę z góry zapisaną, tylko nie każdą ścieżkę mogliśmy dojrzeć. Ukryte za gęstwinami drzew i krzewów, pochowane za psiankami i innymi kwiatami, niknąca w trzcinie stawu, bo ktoś za blisko jego granic ją wyznaczył. Inne przebiegały przez dżungle, gdzie walczyłeś nie tylko o to, żeby cokolwiek widzieć, ale i o to, żeby się przedrzeć. Potem starałeś się przetrwać - co jedno wyzwanie to było trudniejsze, cięższe. Dziki tygrys, który mógł wpaść na ciebie z pazurami to jeden z największych drapieżników, ale były też te małe i całkiem niepozorne, kryjące się w listowiu. Nie chciały cię skrzywdzić celowo - one jedynie broniły się przed tobą, wielkim drapieżnikiem, który wkroczył do ich królestwa. Skoro jednak nie mogliśmy dokładnie tej przyszłości poznać, a ta krótkoterminowa była do uniknięcia, to warto było ciągle o to walczyć. To była nadzieja. Nadzieja na to, że będzie nam lepiej, że nawet kiedy przyjdą te złe chwile to nie będą ciągiem. Że nie zostaliśmy przegrani na starcie, a ten bunt nie był wpisany w krew. Lecz to wcale nie była prawda. Być może mugole byli wolni od tych wszystkich nici, które zaplatały życie, zanim to opuszczało łono. Kiedy się urodziłeś, jakie nadali ci imię, co się działo podczas narodzin - wszystko cię kształtowało. Potem szlifowała rzeczywistość wokół ciebie. Sauriel nie mógł być normalny już od początku swoich narodzin, bo za daleko temu było do jakichkolwiek norm. Po tylu latach i przekleństwach względem tego, co się stało, nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Było i przeminęło. Był tylko odcisk, jak jedna z blizny, które zostały na ciele. Ten jeden odcisk był niewidoczny.

- Ay, mówiąc o świeceniu dupą myślałem, że sam bym zdzierał z siebie kurwa te szmaty, jakby były tak zjebanie żołte. - Jak takie cytryny rodem wywiezione ze słonecznych Włoch. I innych krajów, gdzie akurat hodowano ten wspaniały owoc. Słodziutki, ale w Anglii ceniło się akurat te kwaśne z jakiegoś absurdalnego powodu. Słodkie rzeczy były dobre, najlepsze wręcz. W tamtym momencie, jak powiedziała, że to może sukienka jest przeklęta to w zasadzie zmienił zdanie. Bo miała rację, tak mogło być. Na szczęście zanim jednak namówił ją, żeby próbować, pojawiły się jakieś inne alternatywy. Z czego jedna z nich naprawdę zadziałała.

- No to gówno anielskie, co trzymasz w ręku. - Wskazał na tę sadzonkę, która została zajumana prosto z zamczyska, to znaczy... nie prosto z zamczyska, bo rosła sobie w ogrodzie, ale to był teren zamku, więc jednak z zamczyska? ANYWAY... Cieszyło go to, że właściwie będzie miała z tego pamiątkę. I sam jak będzie na te kwiaty patrzeć to będzie wspominał tę szaloną przygodę, którą tutaj odbyli. Wyciągnął do niej dłoń i złapał ją, tylko uniósł brew jedną, kiedy oznajmiła, że będzie odliczać. Kąciki ust mu drgnęły ku górze.

Puścił ją dopiero, kiedy znaleźli się w domu.

- Nie było ani raz, ani trzy, chujowa jesteś w liczeniu. - Sięgnął do kieszeni po fajkę, żeby wyciągnąć jedną i zapalić. Tylko spojrzał pod nogi, czy czasem małe kudłate gówienko (najsłodsze na świecie) się między nimi nie zaplątało, żeby nie daj Bóg zrobić mu krzywdę. Koty potrafiły się plątać między nogami i próbować zabić ciebie razem ze sobą. Te małe już w ogóle tego nie kontrolowały i wydawało im się chyba, że jak one idą to cały świat drży w podstawach. - I żyli dłuugo i szczęśliwie. Konieeeec. - Machnął ręką prawie jak aktor na scenie, który zaraz będzie się kłaniać publiczności. - Romantyczna bajka o królewnie ze złego zamku porwanej przez czarnoksiężnika i jej koniu na białym rycerzu. Czy tam... rycerzu na białym koniu. - Otworzył ramiona, prezentując się w całej okazałości z szerokim uśmiechem. - Patrz... zajebiście wyszłaś. - Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął to zdjęcie, które jej zrobił. Wyglądała naprawdę ślicznie. - Prawdziwa księżniczka.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#37
21.05.2024, 00:11  ✶  

Czy była to z góry zapisana ścieżka, czy jedynie z góry zapisane możliwości, a od nas zależało, w którą stronę skręcimy i jakie wybory z dostępnych dla nas podejmiemy? A może ta ścieżka losowana jest na bieżąco, a opcje zmieniają się w czasie i są zapisane jedynie na kilka miesięcy albo lat wprzód, by później zrobić aktualizację. Podobno w życiu człowieka coś zmienia się mniej-więcej co pół roku, staje wtedy przed kolejnym rozwidleniem dróg i stawia krok na którejś z nich. Nadzieję… warto było mieć chyba zawsze. Była tym światłem w ciemności, albo maluteńkim światełkiem pośród cieni; czasami przygasała, ale wciąż tam była i mogła prowadzić do przodu, gdy wszystko inne zawiodło. Póki człowiek całkowicie nie stracił nadziei, póty mógł jakoś trwać. Niezależnie od tego, co ukształtowało człowieka i kiedy, nadzieja była… czymś uniwersalnym. Czy w życiu Sauriela ona istniała? Bogowie wiedzieli, że tej osobie potrzeba jej więcej niż innym; trudne dzieciństwo w pojebanym przytułku, później ściągnięcie do domu, do ojca, tam mnóstwo zakazów i nakazów oraz brutalność, by na końcu własna rodzina pozbawiła go życia. I tak oto się odrodził; silniejszy – naturalnie. Ale czy bez piętna i bez ran? Absolutnie nie.

– Ostatnio wolę ciemniejsze kolory – jakby tego już nie było po niej widać – ostatnimi czasy Sauriel miał okazję ją oglądać jedynie w tym monochromie, zero koloru. A że przychodził do niej do domu, to nie malowała ust czerwienią, z która było jej tak do twarzy. Ogólnie często widział ją bez tego podkreślającego jej urodę makijażu, za to w spodniach i koszulach, które podkreślały jej kształtną sylwetkę. Żółta suknia na pewno nie byłaby jej wyborem. Ale Saurielowi… chyba się podobało. – No nie była w moim guście, ale nie dlatego chciałam się jej pozbyć – a dlatego, że została w nią ubrana wbrew jej woli. Również dlatego, że uważała, że mogła być powodem, dla którego nie mogła wyjść z zamku i… najwyraźniej była to prawda. – To datura – powtórzyła niezrażona, ale doskonale wiedziała, że Sauriel tego nie zapamięta, albo celowo będzie przekręcać nazwę w przyszłości. Rzeczywiście kwiat będzie przypominajką i to niemałą, bo datury rosły ogromne… Już oczyma wyobraźni widziała ją pyszniącą się w donicy na balkonie. Bo mimo wszystko była to wycieczka przyjemna… niezapomniana na pewno, nawet jeśli najadła się trochę strachu i złości.

– Nie, po prostu się rozmyśliłam – a tak naprawdę to od początku to planowała, żeby maksymalnie skrócić ten nieprzyjemny moment oczekiwania na jeszcze mniej przyjemną teleportację. W sumie to pierwszy raz się razem gdzieś teleportowali, zawsze wszystko robili naokoło ze względu na lęki Sauriela. Dobrze, że je pokonał.

Małe kudłate gówienko zeskoczyło nieporadnie z łóżka Victorii, na którym sobie spało jak księżniczka (a przy jednym jego boku stały ustawione pudełka, żeby mała mogła łatwo sobie na nie wchodzić, bo ciągle miała zbyt krótkie nóżki i nie była całkowicie sprawna). Luna przytuliła się najpierw do nóg Victorii, by zaraz to samo zrobić z nogami Sauriela, którego również poznawała i bardzo lubiła. Owinęła nawet swój króciutki jeszcze ogonek wokół jego kostki i zapiszczała cicho, udając miauk. Victoria wydała tylko z siebie taki dźwięk rozczulenia i leciutko się zaciągnęła zapachem tytoniu, który tak nieodłącznie kojarzył jej się z Saurielem i… który bardzo przez to lubiła.

– To miła bajka – uśmiechnęła się pod nosem do Sauriela, kiedy uznał, że zakończeniem będzie, że żyli długo i szczęśliwie. Wydobyła różdżkę z kieszeni by jednym ruchem rozpalić w pokoju światło. Było tu sporo roślin, tak jak zresztą w całym domu, a w rogu stała miseczka z wodą i jakimiś kocimi chrupkami. – Może być też rycerz na czarnym koniu, to nawet bardziej odpowiednie, i jego tajna broń: rozbrajające pomysły  – dodała i uniosła dłoń, by rozplątać ten już i tak od dawna popsuty warkocz, jaki miała i teraz Sauriel mógł ją oglądać z falowanymi włosami. Zbliżyła się do niego, żeby nie oglądać tego zdjęcia do góry nogami, a przyjrzeć się zamyślonej, niewiele ruszającej się sobie w tej żółtej sukni, której wnerwiający kolor przytłumiony był przez rozpalone w tym przedsionku świece. Było w tym zdjęciu coś tajemniczego, melancholijnego wręcz… To dlatego tak mu się podobało? – Ładne. Naprawdę uważam, że powinieneś rozważyć karierę związaną z fotografią – stwierdziła i uniosła spojrzenie na Sauriela. – Masz jakiś album na te zdjęcia? – bo to zresztą nie pierwsze, jakie jej zrobił. Uśmiechnęła się do niego – nadal uważała, że powinni zrobić sobie jakieś wspólne, jakoś wewnętrznie czuła, że bardzo tego potrzebuje, mieć taką pamiątkę. – To co… Chcesz się czegoś napić? Bo ja chyba muszę dokonać lekkiego resetu – bardzo chciała, żeby został z nią choćby jeszcze jedną chwilkę. Albo dwie. Albo dużo chwilek – jak najwięcej – ale nie śmiała go o to prosić wprost. Zaraz zresztą schyliła się, by jedną dłonią ująć przebierającą nóżkami Lunę i unieść ją wyżej, tuląc do swojej piersi.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#38
21.05.2024, 19:47  ✶  

Oby Victoria stanęła na dobrej stronie drogi, kiedy w następnym półroczu przyjdzie stanąć przed drogowskazem. Bez napisów, tajemniczym, z zamazanymi śladami stóp, którymi ktoś mógł wyznaczyć bezpieczniejszy cel. Ach, tak. Przecież nikt tędy jeszcze nie przeszedł, bo to była tylko jej droga. Ale czy na pewno? Podzieliła się życiem z kimś, kogo dawno tutaj nie było. Z kimś, kto przetarł jeden ze szlaków i wybrał drogę zatracenia. Postanowił poświęcić życia innych za swoje własne, swe jedyne. Tam prowadziła droga, której cienie wbijały ciernie w skórę. Ponura i upiorna, ale Victoria się nie bała. Ona prawie niczego się nie bała. Kiedy nawet strach podchodził pod jej skórę to motywowało ją to tylko i wyłącznie do tego, żeby poczuć coś jeszcze, co sprawi, że wartość życia tylko zostanie podbita. Jej, wszystkich wokół. Nie była beznadziejną altruistką, ale nie była też bez serca. O ludzi trzeba walczyć i trzeba ich ratować, ale nie możesz zaprzedać swojego własnego życia w walce o sprawę straconą, o każdą jedną dusza, która przetnie ci drogę. Wierz, ufaj, ale zachowaj rozsądek. Pozwól się otoczyć ramionami, ale zachowaj siłę swoich.

- Ostatnio? - Zdziwił się, bo dla Victorii to mogło być oczywiste, że na pewno zwrócił na to uwagę, ale nie - nie zwrócił. W zasadzie to był przyzwyczajony do czerni - może przez jej służbowy garnitur? Albo do jakichś ubiorów, które ułatwiały szlajanie się po cmentarzach czy innych dziwnych miejscach, uprzyjemniały podróż, a nie krępowały ruchów przez swoje dziwaczne falbanki i inne fancy dodatki, jakie posiadały sukienki. Tak, to, że zaczęła nosić spodnie zamiast sukienek zauważył. Tak samo to, że przestała się tak malować. Ale jego zdaniem ten makijaż wcale nie podkreślał jej urody. Odbierał jej ją. Tak mu się podobała o wiele bardziej - w pełnej swojej urodzie, a nie ukryta pod paroma kredkami i jakimś dziwnym mazidłem, którym można po kartce malować obrazki dla dzieci. Ponieważ Victoria Lestrange była piękna. Oczywiście, że kiedy pokazywała się w tych wieczorowych kreacjach i ułożonej fryzurze, tym makijażu, to jaśniała. Ale jemu się taka wypacykowana nie podobała aż tak bardzo jak to, co widział... tutaj. Dokłądnie przed sobą. Potarganą, zmęczoną, taką prawdziwą. Żywą wbrew temu całemu umieraniu, o którym mówiła.

- We wszystkim ładnie wyglądasz. - Wzruszył ramionami i powiedział to tak, jakby nie było się nad czym zastanawiać. I niekoniecznie się nawet nad tym zastanowił.

Przywitał się z tym małym szkrabem - złapał go na ręce, jak już się przywitała z Victorią i powyginał ją na wszystkie strony tego świata. Porozciągał, pociągał za uszy, pociągnął za ogonem i wsadził jej prawie do pyska palucha, żeby go pomemlała. A wszystko to okrojone odpowiednio dużą dawką miziania, zanim ją odstawił.

- A już myślałem, że zniewalający uśmiech. - Dlatego uśmiechnął się zupełnie bezczelnie. Te rozbrajające pomysły, czy jakie one były, też mogą być. Durnot mu w głowie nie brakowało. Wolał mieć je niż dusić się powagą codzienności. - Mogę osiągnąć perfekcję - robić poradniki zdjęciowe z wycinania figurek z ogórków. - Nie chciałoby mu się w to bawić, jak zawsze - przecież był za leniwy. Nie widział w tym sensu, marudził, a nieee, a może, a kieedyś. Bawiło go to i nie chciał stać się nagle łasy na kasę, albo zabiłby jakiegoś wydawcę, gdyby go poganiał ze zdjęciami. Zresztą... Sauriel naprawdę lubił swoją robotę. - Pewnie. Chcesz zobaczyć? - Nie miał go przy sobie, ale był bardziej niż chętny przynieść i podzielić się z nią tym, co jak dotąd stworzył. - Jest tam dużo twojego kota... i tak. Lej pani ten alkohol. - Był nawet więcej niż chętny też do tego, żeby pośmiać się z nią z tego, co ich spotkało i znieczulić przed następnym dniem.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#39
21.05.2024, 21:49  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.05.2024, 21:58 przez Victoria Lestrange.)  

Jakąkolwiek decyzję by nie podjęła – przynajmniej będzie to w pełni jej własna. Notowała swoje myśli, obrazy, które widziała, opatrując wszystko uwagami i przypomnieniami, że to wszystko prawda, z wiadomościami do samej siebie, na wypadek, gdyby te wspomnienia babki ją opuściły, a ona miała wszystko zapomnieć. Kamień filozoficzny… Największa tajemnica alchemii – substancja potrafiąca tworzyć złoto, oraz przedłużyć czyjeś życie. A wedle słów babki – potrafił sprawić, że wampir nie czuł głodu. A idąc tym tropem dalej i wyciągając wnioski z innych słów babci, potrafił przywrócić wampirowi jego utracone życie. Czy było to tego warte? Wszystko to była kwestia studiowania tej tajemnicy świata. Cel uświęcał środki. Obecnie jednak Victoria zastanawiała się, czy kamień wykonany przez babkę (albo jeden z kamieni, bo miała podstawy twierdzić, że było ich więcej), może się gdzieś zachował? Może miał go ktoś z rodziny? Może być w skarbcu? Może ktokolwiek go miał, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, czym dysponował? Zamierzała to sprawdzić. Ale póki co jej droga szła gdzieś indziej: tam, gdzie mogła pomóc na własnych warunkach i wedle własnych umiejętności, wykorzystując siłę jej pomysłów i błyskotliwości. Czekała na dobry moment, by oznajmić Saurielowi, że dostąpi zaszczytu bycia królikiem doświadczalnym, ale w bardzo kontrolowanych warunkach – lecz to nie miało nastąpić dzisiaj. Może jutro… Może pojutrze. Ale nie dzisiaj i nie teraz, gdy emocje były w zupełnie innym miejscu.

Przez długi czas wstydziła się swoich cieni pod oczami, tego, że wiecznie wyglądała na niewyspaną (bo tak było, nie mogła spać), to i ukrywała te cienie pod różnymi specyfikami, co wymuszało pomalowanie się mocniej tu i ówdzie. Ale ostatnio już to olała, nie miała siły się tym tak przejmować, poddała się też z eliksirami nasennymi – to znaczy, że częściej po nie sięgała, zamiast męczyć się i próbować zasnąć bez tego. Jedynie czasem gdy gdzieś wychodziła, to przydymiała spojrzenie czarną kredką, czasem pociągnęła szminką usta i tyle. Ale też po domu nie chodziła umalowana, dlatego Sauriel mógł ją taką naturalną podziwiać znacznie częściej, gdy się teraz widywali.

– Naprawdę? Dziękuję – brzmiała na szczerze zdumioną z opinii Sauriela, ale też dało się słyszeć pewnego rodzaju ulgę pobrzmiewającą w jej głosie. Jakby się cieszyła, że tak uważał – bo rzeczywiście się cieszyła. Nawet się lekko uśmiechnęła i poczuła, że coś zatrzepotało w jej brzuchu. Ale to chyba działało w dwie strony… Bo Victoria też wolała Sauriela w tym wydaniu, w którym on czuł się swobodniej, bo naturalniej – z pierścionkami, kolczykami w uchu, w skórze… Ale teraz, gdy tak często chodził w koszulach (które swoją drogą bardzo pasowały to tej biżuterii, która nosił) – też podobał jej się bardzo. To była naturalna ewolucja.

– Och, to też – zniewalający uśmiech… Uśmiech Sauriela był jedyny w swoim rodzaju, bo kiedy się uśmiechał szeroko, to pokazywał swoje kły. W tym też było coś tajemniczego, pociągającego, wcale nie upiornego. Ale widocznie miała coś poprzestawiane w głowie, że jej to ani trochę nie przeszkadzało. Czy raczej – nie miało to dla niej znaczenia. Widziała Sauriela jako osobę, jego wampiryzm nie był częścią jego charakteru, a cechą, w jej głowie jawiącą się jak kolor oczu czy włosów. – Albo ustanowić w jakiejś gazecie rubrykę pod tytułem Kot Dnia. Jestem pewna, że zebrałbyś sporo fanów – dużo czarodziejów lubiło koty, równie wielu miało na ich punkcie bzika… jak ta dwójka. Luna, wytarmoszona przez Sauriela na ten przykład wyglądała na bardzo zadowoloną ze swojego małego, kociego życia i odstawiona na ziemię mruczała, a teraz nawet zainteresowała się sznurówką saurielowych butów, atakując je, jakby były do upolowania. – No pewnie, że chcę – naprawdę pytał? To wydawało się takie oczywiste. Chyba, ze to była kolejna rzecz, dla której potrzebował zachęty i zaproszenia.

Victoria zaprowadziła ich do Salonu, licząc na to, że Sauriel zabierze ze sobą Lunę, gdzie nalała im whisky i wyczarowała lód w kostkach, po czym z westchnięciem walnęła się na kanapę.

– To była jedna z dziwniejszych przygód mojego życia, a przecież miesiąc temu uciekałam przed smoczycą – a jeszcze wcześniej wlazła do Limbo. Tam też chcieli ją zatrzymać, zupełnie jak w tym cholernym zamku. – I nie wymazałabym ani minuty z tej wycieczki – dodała ciszej, prawie szeptem, przymknąwszy oczy.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Sauriel Rookwood (12220), Victoria Lestrange (15975)


Strony (4): « Wstecz 1 2 3 4


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa