• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[9.09.1972] God is a weapon | Woody, Faye

[9.09.1972] God is a weapon | Woody, Faye
pies wojny
i get mean when i'm nervous
just like a bad dog
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
bandzior
Krótko przystrzyżony szatyn, o gęstych brwiach i dłuższych bokobrodach. Bez zarostu za to niedokładnie ogolony, jakby od tępej brzytwy. W rozciągniętym swetrze w dodatku podziurawionym. Sprawia wrażenie bezdomnego, jednak dobrze zbudowanego, wysokiego[187] i o pełnym, bielutkim uzębieniu. Niesie za sobą nieprzyjemną woń wilgoci i zmokłego kundla. Zielone oczy ze smutnym spojrzeniem, zwykle wbitym gdzieś pod nogi.

Maddox Greyback
#11
26.10.2025, 01:11  ✶  

Coś się poruszyło wzdłuż ściany, nisko, niesymetrycznie. Gdyby ktoś patrzył z boku, mógłby wziąć go za zwierzę. Właściwie to by nie protestował. Zwierzę przynajmniej nie musi się tłumaczyć. Szarpnął się do przodu, podpierając na kawałku zardzewiałej rury, która kilka godzin temu służyła za ogrodzenie. Teraz była wszystkim, co trzymało go w pionie. Noga paliła żywym ogniem. Złamana wysoko, pulsująca przy każdym ruchu. Ból był stały, rytmiczny, wgryzał się w biodro i plecy, ale nie miał znaczenia. Nie teraz. Czuł ją. Nie widział, nie słyszał, ale wiedział. Odruch. Odpowiedź ciała na obecność, którą kiedyś poznał od środka. Jej krew krążyła w nim w śladach, których nie potrafił wymazać. Szła. Albo już tu była. Przeszedł przez zasnuty popiołem chodnik, omijając nadpalone zwłoki. Stragany ze starociami, stoiska z księgami i resztki fasady, która jeszcze kilka dni temu rzucała cień na połowę ulicy. Nokturn wyglądał jak zbiorowy grób, ale nie robiło to na nim większego wrażenia. Widział już gorzej. Czuł gorzej. Nie wiedział, co jej powie. Czy w ogóle cokolwiek. Ale szedł dalej, krok za krokiem, jakby od tego zależało wszystko. I wtedy ją zobaczył. Z daleka. Nie było mowy o pomyłce. Zatrzymał się. Nie z bólu, nie ze zmęczenia. Potrzebował sekundy. Wyprostował ramiona. Wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby. Nie wyglądał dobrze. Właściwie wyglądał jak ktoś, kto potrzebował uzdrowiciela. Ale to nie miało znaczenia. Była tam. A on jeszcze stał.

Wyszedł z cienia, gdy był już pewien, że to ona. Jej zapach przebił się przez wszystko; przez dym, popiół, brud, ten tłusty osad Nokturnu, który wsiąkał w skórę jak trucizna. Pachniała jak ktoś, kto tu nie pasował. Jak ktoś, kto jeszcze nie zdążył się tym miejscem ubrudzić. Nie znalazła go. To on dał się znaleźć. Może głupio, może zbyt szybko, ale z każdą sekundą stania w miejscu robił się bardziej niespokojny. Jej obecność miała ciężar. Zatrzymał się parę kroków przed nią, nie dlatego, że nie mógł podejść bliżej, tylko dlatego, że zbyt wiele chciał powiedzieć naraz. - Musiałaś nieźle zgubić trop, skoro aż tu cię przywiało. - powiedział cicho, jakby komentował coś banalnego, choć wcale nie było mu do śmiechu. Ale patrzył tylko na nią.

Zobaczył Woody’ego dopiero po chwili, jakby dopiero teraz pozwolił sobie go zauważyć. Nie byli przyjaciółmi. Nie byli nawet neutralni. Maddox zmrużył oczy. - No jasne. - Mruknął niezadowolony. - Kto inny byłby na tyle pieprzonym optymistą, żeby przeprowadzić ją przez to cmentarzysko? - Spojrzał prosto. Nie próbował ukrywać tonu. Nie było w tym teatralnej złości ani ostrzeżenia. Tylko chłodna, duszna niechęć, którą trudno było zmylić z czymkolwiek innym. Woody znał jego siostrę. Zatrudnił ją i pozwalał jej siedzieć na zapleczu jakby nie była zakażeniem. To wystarczyło, żeby każde jego działanie było dla Maddoxa podejrzane. Nawet jeśli kiedyś przeczytał, że ratował co to miał najcenniejsze, to właśnie przestało mieć to znaczenie, jeśli stał tu razem z nią. Milczał chwilę dłużej, dłoń zaciskając na rurze, która trzymała go w pionie. Mógł powiedzieć więcej. Mógł rzucić w Woody’ego czymś mocnym, mógł odegrać tę scenę jak ktoś, kto właśnie znalazł powód, żeby się wyżyć. Ale nie był w nastroju na pokaz. Ból w nodze był jak przypomnienie: jesteś tu tylko dlatego, że ruszyłaś. I tylko dlatego, że miałeś jeszcze siłę się podnieść. Spojrzał na Faye jeszcze raz, krótko, ostrożnie, jakby próbował ocenić, czy to wszystko się naprawdę dzieje. I czy się jeszcze nie skończyło.

a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#12
08.01.2026, 23:50  ✶  
Woody mógł również powiedzieć coś o byciu otoczonym przez ogień, o walce o życie w walącym się budynku, o bólu… o strachu. Klątwa przecież znalazła go w dymie, jego konkretnie, i syczała mu: ZDRAJCY. ZDRAJCY. Kogo odnalazła? Clemensa Longbottoma, poślubionego czarownicy półkrwi stróża prawa? Woody’ego Tarpa, chytrego dziada z Nokturnu, który szwabił na prowizjach za usługi różnorakie, ale bezdomnemu mugolakowi by odpalił michę gulaszu na słowo honoru? Pewnie obu.
— Nie przyszłoby mi takie coś do głowy, bo moja baba by mnie wyśmiała, gdybym jej podobne żelastwo przyniósł. Może się znajdzie ten twój kastet, a jak nie, to niech ci nowy załatwi.
Greyback martwy nie był — jak się okazało — więc takich sentymentalnych pamiąteczek i amuletów mógł swojej dupie naznosić na pęczki. Woody nie przejął się więc nadto zagubionym prezentem.
— Ano gadam tak, bo mi zalazł za skórę. Załazi ciągle, bo jego ojczulek nie może się pogodzić z tym, że jego córa u mnie ma lepszy dom niż w tej tam ich norze. Dam ci radę, Faye. To ostatnia rada za darmo. — Mrugnąłby do niej porozumiewawczo, gdyby nie podbite oko, które ledwo się otwierało. — Jak ci Maddox zaproponuje wizytę w domu, nie zgadzaj się. Młody wilczek to jeszcze pół biedy, ale jego ojciec to pokurwiony psychol. Nie idź tam. Nie dawaj, żeby cię chłopaczek rodzinie przedstawiał. — Szli chwilę, zanim se przypomniał, że zadała inne pytanie: — A żeby ci odpowiedzieć, to jeśli zobaczą, że pytasz o niego ze mną u boku, jest szansa, że się tu zaraz Sfora zleci, bo pomyślą, że idę mu najebać za to, że mi w lokalu zrobił niedawno rozpierdol.
A choć niechęć wcale nie uleciała, gdy na horyzoncie pojawił się ów przeklęty wilk, to gdy Woody ujrzał ową kupę nieszczęścia, poczuł wobec Maddoxa wątłą nutę litości. Stary złym człowiekiem nie był. Jego personalna waśń z Greybackami bladła w obliczu Spalonej Nocy.
— E! — Zatrzymał Faye i wsunął jej ukradkiem w rękę fiolkę wyciągniętą z kieszeni. — Eliksir wiggenowy. Mów, że ty przyniosłaś. Nie wziąłby ode mnie. Nie poskłada kości, ale podreperuje zdrowie i drobne rany, to se chłop pokuśtyka dodatkowych parę kroków.
Woody nie pchał się między gołąbeczki. Właściwie miał się zmywać, bo ani trochę mu się nie spieszyło szukać guza po takiej nocy. Maddox zdążył jednak zaczepić go, zanim się na dobre oddalił. Tarpaulin odwrócił się na jego uwagę z prychnięciem.
— Dla siebie to zrobiłem — odpowiedział mu. — Taka panna... — Spróbował zagwizdać z uznaniem, ale odrapane dymem gardło nie posłuchało. Zamiast tego stary zacharkał tak, jak tylko stare dziady umieją: donośnie i rozdzierająco z głębi gardzieli, jakby miał wykrztusić tygodniowy złóg flegmy. — Taka panna to cię może z rynsztoka odłowi, zabierze stąd, to i ja cię więcej nie będę musiał oglądać — podsumował i se poszedł.
Inna sprawa, że gdyby nie polazł za Travers, to by tu bidulka krążyła sama. Jeśli jednego zdążył się o niej nauczyć, to że była uparta. Albo głupia, zapewne z miłości.

Przekazuję Faye eliksir wiggenowy z wynikiem 70 dla Maddoxa.

Postać opuszcza sesję


piw0 to moje paliwo
Leśna powsinoga
Może lew jest silniejszy od wilka, ale wilka nigdy nie widziałem w cyrku.
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
wilkołak
zawód
Magiłowca
Niewysoka, mierząca około 155 cm. Ma wysportowaną sylwetkę i gibki chód, zdradzający że dużą część czasu poświęca na aktywność fizyczną. Faye ma brązowe włosy, mieniące się rudością w świetle słonecznym, oraz jasnobrązowe oczy. Usta są wiecznie rozciągnięte w uśmiechu, a nosek zadarty.

Faye Travers
#13
09.03.2026, 09:40  ✶  
- Jego ojciec to nie nasz problem - powiedziała, chociaż wiedziała dobrze, że to nie była prawda. Ojciec Maddoxa był problemem ich wszystkich: zarówno młodego Greybacka, jak i Aseny, Woody'ego i samej Faye. Był trucizną, która przenosiła się wyjątkowo szybko, wchłaniała się przez dotyk i jątrzyła rany, niszcząc to, co piękne. - Nie boję się starego Greybacka.
Odpowiedziała butnie, zgodnie z prawdą. Uniosła nieco podbródek, żeby nadać swoim słowom poważniejszego wydźwięku. Może i Maddox nie stanąłby w jej obronie, ale Hati czy Skoll: już tak. Nie wiedząc czemu stała się maskotką tej rodziny, co w końcu najpewniej zwróci uwagę ojca podziemnej rodziny. Ale czy się go bała? Nie. Miała za sobą doświadczenie w łapaniu bestii. Fenrir różnił się od tych, które łapała, tylko jednym: przez większość czasu miał skórę człowieka. Uważała, że powodem, dla którego jeszcze chodził po tym świecie, jest fakt, że utrzymywał Sforę w ryzach. Ona sama nie chciała się mieszać do ich spraw ze względu na Maddoxa. Była lojalna: bardziej lojalna dla młodego "wilczka", niż dla siebie samej.
- Sfora mnie nie dotknie. A jeżeli spróbuje, pożałują tego - w jej oku błysnęła wściekłość. Faye wiedziała zbyt wiele o Sforze, wydawała się zbyt pewna siebie. Czy Woody wiedział, że miał przed sobą kolejnego likantropa, tym razem jednak takiego, który nie tylko kontrolował się podczas przemiany, lecz również potrafił przybierać inną postać poza pełnią? Raczej nie, chyba że Asena by ją sprzedała. A w to wątpiła. Każdy Greyback wiedział, że Faye oddałaby życie za Maddoxa. Być może to był jedyny powód, dla którego jeszcze oddychała. Przyjęła eliksir i schowała go dyskretnie do kieszeni, chociaż nine była pewna, czy i od niej by przyjął taką pomoc.

Znajoma woń uderzyła ją w nozdrza z chwilą, w której do jej uszu dotarły ostre słowa. Nie spodziewała się, że gdy tylko ją zobaczy, rzuci jej się w ramiona. Ich związek tak nie działał. Był toksyczny, wyżerał od środka powoli tak ją, jak i jego. Chociaż on zdawał się być bardziej odporny na niszczące ich więzi, również płacił za to cenę. Zapłacił nie raz, i nie dwa. Faye doskonale wiedziała, że to nie miało prawa się udać. A jednak była tu i teraz, oblana farbą, potem zmieszanym z popiołem, i ulgą, która wymalowywała się powoli na jej twarzy.

Żył.

Bała się, że zobaczy go w kałuży krwi z rozwaloną głową. Albo - co gorsza - że przejdzie obok jego ciała beznamiętnie, bo nie rozpozna rysów ukochanego pod zwęglonymi zniekształceniami. Ale Maddox żył, żył i pyskował, tak jak zawsze. I chociaż w jego oczach czaił się ból świadczący o tym, że coś się stało: żył. Oczy Faye zrobiły się szkliste. Miała głęboko w nosie ich kogucie walki i stroszenie piórek. Nawet nie pożegnała Longbottoma - ruszyła w stronę Maddoxa.
- Dox... - szepnęła, wyciągając drżące dłonie w jego kierunku. Nic wokół już się nie liczyło: Śmierciożercy mogliby przypuścić kolejny atak, a ona by nie zauważyła. Greyback wyglądał okropnie, ale liczyło się tylko to, że żył. Faye przylgnęła do niego mocno, nie bacząc na to, że mogło to zaboleć. Należało mu się. - Gdy podejmę trop, to rzadko go gubię. Jesteś tego przykładem.
Wyszeptała w jego ubranie, chowając twarz w klatce piersiowej mężczyzny. Chciała by odpowiedź zabrzmiała zaczepnie i butnie, lecz drżący głos zmienił wydźwięk tych słów. Nie zauważyła, że Woody zniknął. Cały świat na moment zamilkł, a czas przestał pędzić do przodu na złamanie karku. Liczyło się tylko ciepło jego ciała i zapach, zmieszany z krwią i popiołem.
- Wyglądasz jak gówno - zaśmiała się cicho, z rezygnacją. - Co się stało?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Faye Travers (2069), Maddox Greyback (551), Pan Losu (51), Woody Tarpaulin (1909)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa