• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie

[12.11.65, Hogwart] Vivre sa vie
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#11
06.08.2025, 23:19  ✶  

Czy to naprawdę tak dużo? Czy rzeczywiście pragnął od życia zbyt wiele? Mieć ją tylko dla siebie. Mieć poza wszystkimi, mieć pierwszy i ostatni. Mieć ją przed bogiem i przed matką. Przed nocą i przed porankiem. Chociaż nie, mieć to za mało. Posiadać na wyłączność. Jako jedyny z pełnym prawem. Żeby już tylko w jego stronę się uśmiechała, żeby poza światem nikt nie widział jej łez i jej smutku. Żeby słodką była tylko w jego ustach. Żeby gorzka pod językiem, tylko on wiedział jak cierpka potrafiła być. Kiedy niszczy, tylko jego były rany. Kiedy tworzy w pięciolinii, jego nazwiskiem swoje utwory podpisywała.

Choć był to tylko żart, zwykłe zgrywanie się przed nią, przed śmiercią nie miał już tajemnic. Podły i niewierny w swych zamiarach, za to bogowie już wiedzieli od czego tak zepsute miał sumienie. Mając Lorraine w swych ramion, stojąc na murach dawnej szkoły, czuł się jak u spowiedzi, choć z odkupieniem niewiele miało to wspólnego. Ani cienia odżałowania w jego duszy, przez to, że sięgnął po swój zakazany owoc. Bo nawet będąc w wielkim sadzie, pragnął tylko z tej gałęzi, z której nigdy mu było wolno zrywać. Jeśli ktoś go nazwie kiedyś niecierpliwym, zaśmieje się tylko pod zamkniętymi powiekami doskonale wiedząc, że raz był gotów w milczeniu czekać najgorętszą połowę swojego życia. I nie musiało się wiele więcej już wydarzyć, bo płuca pełne tego samego powietrza i ramiona pełne jej wystarczyły mu by wiedzieć, że i on też mógł, że zdołał. Że potrafił wydobyć te spojrzenie z jej oczu, że nawet teraz w tłumie, w Wielkiej Sali, na stadionie i na błoniach też spojrzałaby na niego w ten sam sposób. Wcześniej czuł się nieśmiertelny z własnej zuchwałości, teraz śmierci odebrał jakiekolwiek już znaczenie, bo nie mogła przed niczym go powstrzymać.

Nigdy nie martwił się przyszłością. Nigdy za przesadnie. Nie martwił się kim zostanie w przyszłości i czy pozwoli mu to godnie żyć. Martwił się jedynie jak dobry zdoła w tym zostać. Bo tylko skala miała znaczenie. Bo pieniądze przecież nigdy nie były problemem. Tak bardzo się nimi nie przejmował, że rzadko kiedy nosił je ze sobą. Przecież większość wiedziała, że go stać i pieniądz i tak trafi tam, gdzie powinien. Chodziło o to, żeby odnosić sukcesy. Stwarzać powody, by ojciec i matka mieli czym się chwalić w towarzystwie. Żeby co jakiś czas, kiedy rodzice przeglądali prasę znaleźli tam swoje dzieci. I to uważał za genialne. I takim życiem gotów był się z nią podzielić.

- Boisz się, że cię porwę? Zapytał naigrając się odrobinę z niej. Jakie znaczenie teraz miały jakieś proste sprawy, kiedy była dorosła. Co tam jakieś jeden eliksir, czy jedne zajęcia kiedy gwiazdy dziś świeciły tylko dla nich. Bo tak się właśnie czuł. Tak jakby te jasne punkty na ciemnym niebie to światła reflektorów skierowane właśnie na nich. - Jeszcze tylko jeden prezent. Sparafrazował ostanie zdanie, zanim jeszcze jesienne powietrze zaczęło obijać się uszy w trakcie lotu. Nie leciał nawet szybko. Z powolna, markowo i z wyczuciem. Gdyby chciał odstawić brawurowego chłopca wybrałby zupełnie inną miotłę. Parhelion nie była szybka ani zwrotna. Bo Parhelion nie była zaprojektowana z myślą o samotnych lotach. Zdecydowanie dłuższą i szersza, przez co wygodniejsza. Profilowane siedziska z zaczarowanej sosny dawały więcej komfortu, podczepy na stopy, a nawet podparcia na lędźwie, by latać odchylonym w tył dla tylnego pasażera. Kompletna fanaberia, bo jednostka do latania, która z definicji była mniej komfortowa od innych, starała się zaprzeczyć swoim regułą istnienia. Zupełnie w jego charakterze. Przeleciał przez krótki moment nad jeziorem, a potem przez dłuższą chwilę przecinali błonia. Minęli bokiem boisko, a w oddali widoczna była linia drzew Zakazanego Lasu. A potem zawisnął tuż przed pierwszymi zabudowaniami Hogsmeade.

- To dla Ciebie. Odezwał się po chwili milczenia wskazując palcem gdzieś w okolicę. Uśmiechnął się zadziornie, chociaż wciąż odwrócony do niej plecami. - To też. Wrzucił znowu, nagle, tym razem z drugiej strony gdzieś na Pub pod Trzema Miotłami. A może na Wrzeszczącą Chatę, która z ich perspektywy stała w podobnej linii. - To, to i jeszcze tamto. Ciągnął dalej, przesuwając ramieniem po całym horyzoncie, wskazując Hogwart, albo coś po drodze do niego. A uśmiech nie przestawał mu rosnąć. W końcu obrócił się do niej przez ramię, by spojrzeć ukradkiem na to czy rozumie co ma na myśli. Ale widok z ukradka to za mało, a skoro przytrafiła się okazja jak nigdy dotąd, miał zamiar karmić swoje oczy jej widokiem, aż do granic możliwości. Obrócił się cały, przerzucając biodra na drugą stronę, aż plecami odwrócił się do kierunku lotu. - Dałbym Ci i cały świat i wszystko co w nim jest. Zamówię najpiękniejsze pianino jakie tylko się da, a potem zabije rzemieślników, żeby nikt już nie dostał drugiego. Wystarczy, że się zgodzisz. Łagodnie, lecz niespokojnie, na jednym tchu. Chwycił za jej dłoń, nie mogąc darować sobie żadnej, najmniejszej okazji. Brzmiał jak obietnica, szczera jak nic w jego życiu, jak nie on. Nawet nie przypuszczał, że mógłby być tak odważny, by nie mieć skrupułów dla samego siebie. Ale on nigdy się nie zatrzymywał, kierunek był tylko jeden. Czy granice jeszcze istniały? Dla niego nie istniała żadna, teraz jeszcze bardziej. Została jeszcze tylko ta jedna, ta najtrudniejsza której brawurą, cwaniactwem nie uda się przekroczyć. Granicy jej serca.


Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#12
05.09.2025, 22:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.09.2025, 01:05 przez Lorraine Malfoy.)  
Czego właściwie chciała Lorraine Malfoy?

Nie tego.

Nie tego.

Na przemian to zginała, to prostowała palce, jak gdyby przebiegła nimi po klawiaturze fortepianu: odtwarzała w myślach codzienną rutynę, wszystkie wyuczone ruchy utrwalone przez pamięć mięśniową, próbując schwycić poczucie kontroli jak zasłyszaną przypadkiem melodię. Louvain był pianinem, które obiecywał jej sprowadzić, a które w jej wyobraźni już nosiło ślady krwi. Louvain był palącym gardło łykiem wódki, pociągniętym z ojcowskiej piersiówki. Rozlewał się na języku goryczą, drażniąc nieprzyzwyczajone do smaku alkoholu podniebienie... A jednak całowała go. Przedłużała wybuchły niespodziewanie pożar, parząc sobie usta, i wciąż chciała więcej. Gdy go pocałowała wargi wciąż miał lekko rozchylone. Wargi Louvaina były zimne, chociaż jego oddech był ciepły. Para z jej oddechu, równie ciepłego, zrosiła jego usta szronem, gdy odsunęła się na powrót na stosowną odległość. A przynajmniej tyle, na ile pozwoliła jej miotła.

– Wystarczy, że wypowiesz swoje życzenie – odszepnęła Lorraine, jeszcze przez chwilę trwając pochyloną tak, żeby ich nosy stykały się ze sobą. "Wystarczy, że się zgodzisz"... Tylko na co, Louvainie?, pytały niemo jej oczy, choć przecież wiedziała, jak będzie brzmieć odpowiedź. W końcu zabiegał o nią od miesięcy. Nie brakowało mu determinacji, musiała mu to przyznać, a jego intencje były wystarczająco klarownymi. Nie odważyła się go jednak uprzedzić. Włożyć mu słów w usta. Nie tego została nauczona, nie tak winna przecież zachowywać się kobieta. Nie, Lorraine ulegle czekała, aż Louvain zbierze się na odwagę, próbując zdusić w sobie wątpliwości.
Pocałunek miał mu w tym pomóc.
Uspokoiła oddech. Wcześniej nie całowała go przecież, pozwalając jedynie musnąć się niewinnie w policzek, dotknąć ustami wierzchu dłoni. Zadziwiająco spokojna wydawała się, mimo że pod stopami nie czuła ziemi. Nie byli wystarczająco wysoko, a jednak czuła przeciążenie, ucisk u nasady czaszki, jak wtedy, gdy położył jej rękę na karku. Nie było to nieprzyjemne doznanie. Ostrzegało przed przekroczeniem granicy, a może przypominało, że wciąż jeszcze jakieś istnieją. Z łatwością mogła wyobrazić sobie jak Louvain wplata znowu rękę w jej włosy. Jak jego pieszczota staje się brutalną, a w uszach, zamiast ciśnienia, pulsować zaczyna ból. A jednak poddała mu się bez choćby słowa sprzeciwu. Jak gdyby instynktownie rozumiała, że łamać chciał granice, a nie ją. Nie, Louvain nie chciał jej łamać, nie, gdy wiedziała, jak dać mu spokój, którego pragnął. A przynajmniej namiastkę tego spokoju, pomyślała, obracając na języku słowa chłopaka, smakując obietnice, które scałowała z jego ust. Wciąż uważała, że bardziej zauroczony jest iluzją, jaką wokół siebie roztaczała, ideałem Lorraine Malfoy, a nie tym, kim była naprawdę. A jednak odmalował przed nią wizję pianina zroszonego tą samą krwią, która stała w jej żyłach, gdy wznosili się wysoko ponad Hogsmeade. Wizję piękną, przejmującą do głębi. Miała nadzieję, że gwiazdy świecą nad nimi wystarczająco jasno, aby użyczyć swego blasku jej pociemniałym nagle oczom. Niewielu potrafiło dotknąć jej pragnień i nie cofnąć się, z nagła zdawszy sobie sprawę, jak popaprane były.

"Dałbym ci cały świat, i wszystko, co w nim jest." Louvain wiedział, że to niemożliwe, ale wciąż mówił tak, jak gdyby mógł go zakląć, aby był mu posłusznym. Jak gdyby mógł tego dokonać samym tylko słowem. Z trudem powstrzymała się od wybuchnięcia śmiechem. Bo gdyby zaczęła się śmiać, nie mogłaby przestać.
"Dałbym ci cały świat, i wszystko, co w nim jest."
Mężczyźni byli przedziwnymi istotami. Zatracali siebie w pogoni za czymś większym od nich samych, próbując udowodnić swoją wielkość przed światem, który był obojętnym na ich próżne starania. Muszę być kimś, powtarzali. Muszę być kimś wielkim. A Lorraine to rozumiała. Może dlatego lubiła mężczyzn. Lubiła śpiewać pieśni sławiące dokonania starych królów, rycerzy stających ze sobą w szrankach pojedynku. Wszyscy pragnęli chwały, a potem ginęli na wojnach rozpętywanych w imię kobiet, których nie mogli mieć. Lubiła patrzeć na chłystków bijących się w nokturńskim rynsztoku o względy kurwy, która zaśmiewała się ze swego okna, jak księżniczka uwięziona w wieży. Lorraine się nie śmiała. Lorraine uważała, że mężczyźni są żałośni. A jednak kochała ich żałosnymi. Kochała ich chorobliwe ambicje i pragnienie poklasku, i to, że potrzebowali podziwiać swoje odbicie na dnie jej oczu. Może dlatego przymknęła delikatnie powieki, gdy całowała Louvaina. Może dlatego nie wychylała głowy zza firanki, gdy wyglądała na ulicę, a śpiewała tylko w samotności, gdy nikt nie słyszał.
Były w Lorraine Malfoy rzeczy, których nie pokazywała nikomu. Zawsze wiedziała, że czuje więcej, przeżywa intensywniej.  Zdradzała się z tą wiedzą w chwilach, w których budziła się w niej do życia wila. Było w tym coś nienaturalnego. Urok wili był czymś pierwotnym, nieokiełznanym, czymś, co przebijało się niemal przez maskę manier i wychowania. Zacierały się zamknięte we wnętrzu jej serca głęboko tajone urazy i sympatie, zacierały się granice między czułością a okrucieństwem. Granice jej serca... Nie istniało nic takiego. Nie było granic, które Louvain mógłby zburzyć, bo najpierw te granice musiałyby istnieć. Udawała przed nim, że istnieją. Udawała przed całym światem. Zamierzała udawać dalej. Bo Louvain potrzebował myśleć, że istnieje magiczna granica, po której przekroczeniu miałby jej serce na wyłączność. Potrzebował tej iluzji równie mocno, jak potrzebowała jej Lorraine. A jakież to było zabawne, że to wszystko było o wiele prostsze, niżby mógł przypuszczać.

Gdyby wszystko było tak proste jak ścieżki jej serca.

Nie potrafiła umiejscowić swoich ambicji, zbyt skupiona na odzyskaniu wszystkiego, co w jej uznaniu, zwyczajnie jej się należało jako pannie z rodu Malfoy. A gdyby wreszcie to odzyskała? Wychowano ją przecież, aby była damą, chociaż nie miała nigdy możliwości w pełni się damą poczuć. Wokół tego skupiały się jej aspiracje. Gdyby wreszcie to odzyskała, pomyślała, mogłaby zacząć żyć. Mogłaby zacząć żyć naprawdę. Ale czy mogłaby żyć naprawdę z nim? Był dla niej dobry, przekonywała się. A ona... Ona mogłaby być dobra dla niego.

Nie była naiwna. Nie była jednak wystarczająco zachłanna, aby zerwać owoc, który w jego głowie nosił miano zakazanego. Nie zdołałaby przełknąć wtedy choćby kęsa. Gdyby Louvain zerwał owoc, zatopiwszy w zęby w słodkim miąższu, na pewno chciałby, żeby Lorraine skosztowała wraz z nim. Nie zrobiłaby tego. Tam, gdzie kończyła się jego zachłanność, zaczynała się bowiem jej powściągliwość. Wystarczyłoby jej zlizać sok z jego warg. Wybrać smak pragnienia ponad sytość posiadania. Nie musiała jeść. Nauczyła się żyć z ssącym uczuciem w żołądku, które inni nazywali głodem. Skoro mogła się obejść bez jedzenia, mogłaby się obejść bez miłości. Bo i co przyszłoby jej z miłości?

Czego chciała Lorraine Malfoy? Czy chciała jego dłoni? Czy chciała, żeby ją dotknął, bo może wtedy krew znowu zaczęłaby krążyć, ogrzawszy zmarznięte palce? A może chciała tego Lorraine Lestrange? Może to ona oplotła ich jasnymi włosami targanymi przez porywisty, listopadowy wiatr, gdy przelatywali ponad lasem?

Nie zdała sobie sprawy z tego, że drży.


Yes, I am a master
Little love caster
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#13
22.09.2025, 00:11  ✶  

Głośny grzmot zwiastuje światło na niebie. Dlatego kochał hałas. Nocne konstelacje choć przepiękne w swej postaci, zawieszone nad głowami były co noc. Dostępne dla każdego, dla tych z duszą i bez grosza przy duchu. Statyczne i wszechobecne na nieboskłonie, z czasem nie zaskakiwały już niczym. Dodawały uroku tym czym była noc w całej swojej nieprzeniknionej tajemniczości, zupełna racja. Wciąż jednak uwarunkowane od najjaśniejszej z nich, bo tylko kiedy jej brakowały, cała reszta mogła czuć się w końcu zauważona. Kochał hałas, nocą tego zwykle brakowało. W jego uszach jednak zabrzmiało echo setek grzmotów. Nagły skok ciśnienia i fala ekscytacji sprawiła, że dokładnie słyszał każde uderzenie własnego serca, w setkach też liczone. Paradoksalnie, bo niej była zaklęta cisza burzy. To lodowate napięcie, które osiada na skórze przed pierwszym uderzeniem pioruna, i to duszne ciepło, które każe oddychać szybciej, jakby powietrza miało dzisiaj komuś dzisiaj nie wystarczyć. Kochał burzę za to jak nagła i gwałtowna potrafiła być. Za światło, które dawała tak szczątkowo, tak zdawkowo. Na pioruny nie potrafiłby się nigdy dość napatrzeć, każde uderzenie było niepowtarzalne. Na chwilę, na moment, tak że nie sposób nawet było zapamiętać ich pięknego widoku. Zawsze była dla niego jak burza. Wolno mu było jedynie przyglądać się jej rozbłyskom, ale nigdy zbliżyć się na tyle, ile tego pragnął.

Lorraine całowała tak, jakby w jej ustach spotykały się dwa pożary. Odległej, zimnej gwiazdy oraz płomień wąskiej świecy. Jedno światło obce i nieosiągalne, drugie bliskie, ale drżące. Dwa pożary, żaden z nich nie go parzył, ale oba rozpalały. Znowu dał się przekonać, znowu uległ jej zaklęciu. Dał się przekonać, że gwiazdy potrafią być czymś innym, niż za jakie brał jej do tej pory. - Mam więcej, niż jedno życzenie, złota rybko. Odparł rezolutnie i zadziornie. Odpowiedział tak jak za każdym razem, kiedy czuł, że wygrywa. Bo nauczony był, by nigdy nie pokazywać po sobie przesadniej radości z sukcesu. Bo przecież każdy zwycięski krok był czymś co było założeniem od początku. Nie odpowiednim więc było cieszyć się z czegoś co wydarzyć się po prostu powinno. Wyuczonym gestem paniczyka, jak zwykle cynizmem lub sarkazmem zasłaniał wszystkie swoje wrażliwe punkty. Tak jak teraz, w negliżu całego swojego wnętrza przed nią, bo tak bardzo sobie ją wymarzył.

Niby wiedział, że udaje. W tej całej swojej powściągliwości, ta skromna delikatność z etykietą młodej arystokratki, której nawet ona nie ujrzy w żadnym lustrze. Doskonale udawała, wciąż jednak tego nie posiadała. Bo piękne kobiety doskonale wiedziały, że są piękne. Nie potrzebowały żadnych rycerzy z legend i chłopców na bruku wychowanych, żeby o tym wiedzieć. Wciąż jednak przed nimi udawały, bo pierwszą i ostatnią rzeczą, o której myślał każdy z tych złośników, była piękna kobieta, zaskoczona, że ktoś odkrył ich piękno. Może gdyby Louvain sam nauczyłby się tego, a nie usłyszał od Loretty, która chciała trzymać go od koleżanek jak najdalej, zachowywałby się teraz inaczej. Nie jak łatwowierne dziecko. Ojej, cukierek. Ojej, kolejny. Ojej, następny. Jednak to co roztaczała, było piękne. Najpiękniejsze co widział w życiu, dlaczego miałby się przed melodią tą opierać? Do tej melodii miał największą motywację, żeby robisz wszystko to co wydawało się niemożliwe. I być może nie znali się tak dobrze jak mogłoby się wydawać, bo on w największej swojej szczerości był przekonany o własnej sprawczości. Nie warto było mówić, że czegoś nie może, lub coś jest niemożliwe, bo w najlepszym przypadku zginie sam. Zmienić świat, albo zdechnąć próbując.. Tak naprawdę świat był jedynie pretekstem. Powiedział to, bo inaczej musiałby przyznać, że to nie świat chciał oddać w jej dłonie, tylko samego siebie. A to byłoby bardziej hańbiące niż utrata wszystkiego co miał. Świat mógł stworzyć na nowo, ale siebie potrafiłby oddać tylko raz.

- Bądź moja, i nigdy więcej już niczyja. Nie obchodzi mnie, czy zrani mnie to, czy ocali. Nie obchodzi mnie kogo będę musiał zabić, by to spełnić. Nie obchodzi mnie jakie miejsce będę musiał zniszczyć, by nigdzie nie mogli schować cię przede mną. Nie obchodzi mnie nic poza Tobą. Powiedział otwarcie tak jak prawie nigdy. Nie kryjąc przed nią ani przed sobą żadnego okruszka swojej zachłanności. Zachłanności, która była umoczona w krwi i niegodziwości. Przecież tak było od początku. Od zawsze liczył się wyłącznie cel, a nie środki. Jeśli nie bał się śmierci, nie straszne mu były żadne grzechy. Przed żadnym bóstwem nie uderzyłby się w pierś na znak własnej winy. Jakiej winy, kiedy nie czułby żadnego żalu brodząc w sadzy świata, który spaliłby dla niej i przez nią. Nie istniało żadne bóstwo godne, by go sądzić nawet za samą myśl o tragediach do jakich był zdolny.

 

Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#14
22.10.2025, 16:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2025, 16:04 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine Malfoy drżała.

Drżała, bo sama myśl o Lorraine Lestrange napawała ją wstrętem. Nie z powodu Louvaina. Nigdy z powodu Louvaina. Nie, taką samą odrazę czuła wobec każdego mężczyzny, którego wyobrażała sobie u swojego boku. Urodziła się jako Lorraine Malfoy, chciała umrzeć jako Lorraine Malfoy. Dlaczego była tak przywiązana do swego nazwiska? Być może zbyt długo rodowe nazwisko było wszystkim, co posiadała na własność. I chociaż mężczyźni równie mocno chcieli posiadać, co być posiadanymi, Lorraine czuła panikę na samą myśl, że któryś z nich miałby kiedyś odebrać jej wolność. Bo małżeństwo zawsze jawiło się dla niej jako coś na kształt więzienia, klatki. Klatki, która wydawała jej się przerażającą, choć nie dlatego, że to nie ona dzierżyła klucz do małżeńskiej celi. To sam akt zamknięcia prowadzących do celi drzwi był dla niej odrażającym. Wiele znała tradycji, religijnych obrzędów różniących w poszczególnych rytach wiary, jaką wyznawali czarodzieje. A jednak w każdym z nich dokonywał się ten straszliwy akt niewoli. Małżeństwo. Skazańcom przypisywano numery, ale nie odbierano im imion, ani nazwisk... A kobietom?

Matka wtłoczyła jej do głowy to, co wtłaczano wszystkim klasycznie wychowanym, konserwatywnym pannom. Zwyczaje arystokracji, których zachowanie warunkowało nie tylko przynależność do klasy, ale i gwarantowało ciągłość jej istnienia. Lorraine znała wszystkie te zwyczaje. Znała wszystkie przywileje, jakie należały jej się z racji urodzenia, znała też i obowiązki. Nigdy się przed nimi nie buntowała... Umiała bowiem zachowywać pozory. Ale w gruncie rzeczy, w głowie Lorraine, te zasady dotyczyły wszystkich, tylko nie jej.

Nie Lorraine Malfoy.

Bo przecież wielkim cyklonom nadawano imiona kobiet. Co jednak z nazwiskami?

Louvain nie był nawet świadom tego, jak szalenie z nią igrał, niemal jak wiatr, świszczący w uszach. Tak samo jak wiatr czerwienił jej policzki, pieścił rozwiane włosy. Jeżeli ją kochał ją, kochał ją tak, jak wiatr kocha burzę. Pragnąc ją rozwiać, a jednocześnie podsycić jej gniew.

Gdyby Lorraine mogłaby nad tym dłużej pomyśleć, byłaby zachwycona tym porównaniem.

A może byłaby nim zasmucona.

Bo przecież nie było w niej nic z burzy.
A może i było...?
Być może Louvain zobaczył w Lorraine coś, czego sama nie widziała, a może widzieć nie chciała: nie sądziła jednak, że siła, jaka w niej tkwiła, miała potencjał wyłącznie destruktywny. Nie tego chciała dla siebie. Nie tego chciała też dla Louvaina, nieważne, jak niepomny byłby na jej przestrogi. W przestrzeni swego umysłu bardziej przypominała bowiem poranną mgłę. Utkane z mgły widziadło o ramionach pokrytych szronem. Nawet wtedy, gdy wspierała się na Louvainie, była wobec niego delikatną. Kropelki kondensacji osadzały się na jego rzęsach i powiekach, aby w końcu zakrzepnąć w szadź, która zimą opiekuńczo pokrywała drzewa i krzewy, przydając im galanterii. Dokładnie tak, jak robiła to kobieta wsparta o męskie ramię.

– Chcesz mojej przychylności – odpowiedziała cicho, tak cicho, że Louvain musiał zbliżyć twarz do jej twarzy, aby w ogóle usłyszeć, co mówi Lorraine. – Zapominasz jednak, że nie jestem kimś, kogo możesz wyrwać światu przemocą, Louvainie Lestrange. Choć pięknyś, gdy mówisz o przemocy, jaką gotów byłbyś popełnić w moje imię. – Bo prawdziwe piękno zawsze jest przerażające, pomyślała, uśmiechając się lekko. A jednak tym razem nie uciekła przed nim wzrokiem. Nie przymknęła oczu. Mówiła powoli, sprawiając wrażenie, jak gdyby doskonale wiedziała, nie tylko, co chce powiedzieć, ale i co powinna powiedzieć. Przestała już drżeć, jedynie palce, w których wciąż obracała rodowy pierścionek, zdradzały, jak bardzo przeżywa wszystko, co zadziało się właśnie między nimi. Jak bardzo przerażał ją dotyk, na jaki pozwolili sobie z Louvainem. Przerażało ją to, że był blisko, dziki i gwałtowny, i zdolny do wszystkiego. A już najbardziej przerażała ją jej własna gwałtowność, ta, którą w niej widział, jak gdyby przejrzał jej życie na wskroś. – Ale kobieta zamiast przemocy potrzebuje opieki. A zanim przejdzie pod opiekę męża, znajduje się pod opieką ojca, jak każe obowiązek i obyczaj. Gdybym mogła swobodnie rozporządzać swoją ręką i swym sercem, przyjęłabym cię. – Z jej głosu biło zdecydowanie, a twarz nabrała hardego wyrazu. – Wprzódy należę jednak do mojego pana ojca. Nie wystąpię przeciwko jego życzeniom. Nie sprzeciwię się woli rodzica. Jeśli się zgodzi, będę twoją. Nie wcześniej. – A gdy wypowiedziała wszystkie słowa, które wypowiedzieć należało, jej twarz na powrót złagodniała. – Masz już moją przychylność, Lou. Ale możesz mieć też pewność, że twojej woli także się nie sprzeciwię, jeśli pozwolą mi nazywać cię moim. Myślę, że... Myślę, że to ważne.

Bo jeżeli była posłuszną wobec ojca, znaczyło, że będzie posłuszną wobec męża, czyż nie? Czy nie tego chciał Louvain? Wiecznego zdobywania na własność czegoś, czego nie dało się nigdy posiąść w pełni? Władzy, której w jej mniemaniu, mógł mieć nad kobietą tylko mąż, poślubiony jej przed obliczem bogów i ludzi? A ojciec... Już słyszała jego śmiech. "Naprawdę, dziecko?", spytałby Armand Malfoy. Spojrzałby na nią z rozbawieniem. A potem, zamiast konnego wyścigu, drogą wyjątku obstawiłby u bukmachera mecz quidditcha. Jak gdyby chciał zobaczyć, jakie to uczucie, stawiać na sprawę z góry przegraną. Czy jego córka również czerpała z tego przyjemność, czy zwyczajnie robiła mu na przekór? Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że Lorraine obstawiła wraz z nim. Wybór poety, który zawsze stawiał na przegranego konia, na przegraną drużynę. Jaki wybór podjęła, całując Louvaina? Znała dobrze gorycz porażki, ale jego pocałunki były przecież słodkimi. Wiedziała, że ojciec zapewne nie uzna jej wyboru za nic ponad przelotny kaprys. "Naprawdę chcesz tak żyć?", zapyta pogardliwie. Zawsze był taki pogardliwy. A przecież mogłaby swoim zamążpójściem ocalić ich wszystkich, także i jego. A matka? Co powie matka?

Trudno było jej jednak skupić się na tych wszystkich rzeczach, kiedy Louvain trzymał ją w ramionach.

Mogłabym z nim żyć, powtarzała sobie, nagle znów wodząc zimnymi palcami po pięknej twarzy Louvaina, dotykiem przypominającym lekką mżawkę, nie gwałtowną burzę.
Mogłaby z nim żyć.
Z pewnością zadbałaby jednak o to, aby nie zostać pochowaną obok niego.
W tym wszystkim liczyło się tylko to, że pochowają ją jako Lorraine Malfoy. W rodzinnym grobie, pod tym samym nazwiskiem, pod którym przyszła na świat. To było jej życie, to była jej tożsamość. Ale jeżeli Louvain się nie zgodzi, nie będzie przecież protestować. Nie sprzeciwi mu się. Gdy poczuje, że zbliża się jej koniec, po prostu od niego ucieknie. Zawsze była dobra w uciekaniu. Plan ucieczki przygotowała w tym samym momencie, w którym się w niego wtuliła. Może zniknie pośród drzew porastających Knieję, umierając tak, jak umierają wile. Tak, jak umarła jej matka. A może zejdzie na Ścieżki. Może wybierze świat, w którym znalazł sobie upodobanie jej ojciec. Wybór Lorraine był w gruncie rzeczy wyborem bardzo prostym. Mogła żyć na cudzych warunkach, dopóki wiedziała, że przyjdzie jej umrzeć na swoich własnych.
Być może był to jedyny wybór, na jaki zawsze było ją stać.

– Zabierz mnie do zamku – wyszeptała. Chociaż cofnęła dłoń gładzącą chłodny policzek Louvaina, spod lekko spuszczonych powiek wciąż sunęła spojrzeniem po jego twarzy. Raz na północ, raz na południe. Raz na zachód, raz na wschód. Kreśliła różę wiatrów od jego oczu, aż po usta. Podobno należący do rodziny Lestrange ogród Maida Vale porastały piękne róże. Lorraine miała przed sobą najpiękniejszy z kwiatów, jaki przyszło mu wydać na świat. Nie dbała o to, że zrywając go, może pokaleczyć palce. Była na to przygotowana. Wcześniej okazała Louvainowi swoją przychylność, jak rosa skraplająca się pocałunkiem na płatkach kwiatowego kielicha. O reszcie panicz Lestrange musiał jednak zdecydować sam. Lorraine jasno dała mu do zrozumienia, że dopiero wtedy będzie mógł nazwać ją swoją. – Przemyśl, proszę, co ci powiedziałam. I... – westchnęła cicho. – Przyleć za tydzień. Przylecisz do mnie, prawda, Lou? Przyleć. – Prosiła. Rozkazywała. A może robiła i jedno, i drugie, bo granica między tymi pojęciami już dawno uległa w jej głowie zatarciu. Posmutniała jakby na wspomnienie konieczności rozstania.


Yes, I am a master
Little love caster
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#15
12.01.2026, 01:57  ✶  

Słowa nie tyle do niego dotarły, co zapadły się w nim jak gwałtowne obniżenie ciśnienia, które wciąga powietrze z całego horyzontu i nie oddaje go już nikomu. Coś w Louvainie formowało się od dawna, powoli, nieubłaganie, jak chmura burzowa rosnąca na rozpalonym niebie, karmiona każdym przemilczeniem, każdym spojrzeniem. Teraz ta masa pęczniała w nim gwałtownie, ciągnąc za sobą myśli, wspomnienia i pragnienia, aż wszystko zlewało się w jedno, gęste i ciężkie jak powietrze tuż przed nawałnicą. Czuł to napięcie w skroniach i pod mostkiem, jakby całe jego ciało stało się naczyniem dla zjawiska, które nie znało umiaru ani litości. Milczał uparcie, jak milczy niebo tuż przed pierwszym grzmotem. Nie z braku piorunów, lecz dlatego, że wszystkie zbierały się w jednym miejscu. A kiedy wreszcie pozwolił im się wydobyć, stało się to jak rozerwanie chmur od środka: nagłe uderzenie wiatru, ulewa spadająca pionowo, bez ostrzeżenia i bez obietnicy oczyszczenia. To, co w nim pękło, było prawdą. Ciężką, nieodwołalną, niszczącą wszystkie iluzje, że dało się ją dłużej powstrzymywać.

Nie przyszło mu jednak do głowy, by tę prawdę przekuć w kajdany. Myśl o odebraniu Lorraine czegokolwiek - nazwiska, imienia, prawa do siebie była dla niego równie obca, co myśl o odebraniu jej oddechu. Nie potrafiłby kochać jej inaczej niż w całości, a całość ta obejmowała również granice, które tak uparcie wokół siebie stawiała. Nie chciał ich burzyć. Chciał je znać. Chciał wiedzieć, gdzie przebiegają, bo tylko wtedy mógłby przy niej zostać bez gwałtu zadawanego temu, kim była. Nie widział w niej kogoś, kogo należało włączyć w rodową narrację Lestrange’ów jak kolejny element herbu. Przeciwnie. Myśl o Lorraine Malfoy obok niego otwierała przed nim zupełnie inną perspektywę: wizję rodu, który nie trwa dzięki zamknięciu, lecz dzięki temu, że pozwala się przedefiniować. Widziała w niej możliwość pęknięcia w kamieniu, przez które wpada światło, nową linię biegnącą przez starą nazwę, nowy sens tego, co znaczyło być Lestrangem. Wolność była dla niego sprawą zbyt poważną, by traktować ją jak deklarację bez pokrycia. Byli tacy, którym gotów byłby ją odebrać bez wahania, całe grupy, społeczności, porządki oparte na przemocy i odbieraniu innym prawa do istnienia. Ale Lorraine… wobec niej ta myśl była niemożliwa. Odebranie jej wolności oznaczałoby unicestwienie samej istoty tego, co w nim rosło. A Louvain nie potrafił kochać połowicznie. Albo wcale, albo do końca, ze świadomością ryzyka i ceny, jaką przychodziło za to zapłacić.

Lubił myśleć o sobie jak o jednostce niezależnej, samostanowiącej, niepodlegającej niczyim regułom poza tymi, które sam uznawał za swoje. I być może tak właśnie było gdyby nie to, że romantyzm, dziki i nieuleczalny, wszczepiono mu głęboko, niemal brutalnie, tak że pozbyć się go mógłby jedynie razem z życiem. Miłość była dla niego raną zadaną świadomie, aktem przemocy, który nie polegał na dominacji, lecz na zgodzie na naruszenie. Miłością jest, że ty jesteś tym nożem, którym ja grzebię w sobie. Wiedział też, że miłość prawdziwa, szczera i niepowtarzalna, musiała być czymś najpiękniejszym i najszczęśliwszym, co mogło go w życiu spotkać. A skoro tak, skoro dwoje ludzi mogło odnaleźć w sobie aż tyle światła, porządek świata musiał się temu sprzeciwiać. Wydawało mu się to niemal naturalne. Szczęście, które nie zostało nadane, pobłogosławione ani przyznane z łaski, zawsze budziło gniew sił większych od jednostek. Dlatego należało walczyć. Bo szczęście i wolność nigdy nie przychodziły z nadania. Były zdobyczą. Czymś, co trzeba było wywalczyć, nawet jeśli oznaczało to krew pod paznokciami i blizny, których nie dało się ukryć. A w tej walce Louvain nie miał wątpliwości: zawsze stanąłby po jej stronie. Nie przed nią. Nie ponad nią. Obok. Jeśli istniała przyszłość, w której Lorraine Malfoy i Louvain Lestrange mogli iść razem, to tylko taka, w której żadne z nich nie musiało klękać. Tylko taka, w której granice nie były murami, lecz liniami uzgodnionymi wspólnie. I jeśli świat miałby im to odebrać, musiałby najpierw przejść przez niego. 

I właśnie wtedy coś niepokojącego zaczęło sączyć się w jego serce. Powoli, podstępnie, jak chłód, który nie boli od razu, lecz odbiera czucie kawałek po kawałku. To, co mówiła o sobie, o swoim miejscu, o porządku, któremu miała się poddać, uderzyło go z siłą, której się nie spodziewał. Jakby po raz pierwszy naprawdę usłyszał, jak to wszystko miało wyglądać. Jakby nagle odsłonięto przed nim scenariusz przygotowany dla niej z góry. Haniebny w swojej oczywistości, tragiczny w tym, jak bardzo był uznany za naturalny. Znał przecież te reguły. Znał cały proces starania się o rękę kobiety, rytuały, formuły, hierarchie, ciężar nazwisk i zgodę ojców. Zawsze traktował to jak porządek rzeczy, jak jeden z filarów świata, który należało przyjąć bez pytań. A jednak gdy spróbował wyobrazić sobie siebie, podporządkowującego Lorraine tym samym zasadom, gdy zobaczył ją wciśniętą w tę formę, poczuł coś, czego nie znał. Winę. Gniew był mu bliski. Złość znał aż nadto dobrze; były jak stare, niewygodne, lecz sprawdzone narzędzia, po które sięgał instynktownie. To dzięki nim potrafił dokonywać rzeczy wielkich, rzeczy ostatecznych. Ale poczucie winy… tego nie umiał nazwać. Nie wiedział, jak opisać nicość i pustkę, które nagle otworzyły się w nim jak zapadlisko, lecz zrozumiał jedno: właśnie stamtąd się brały. Miał ochotę krzyczeć, by przestała bluźnić. Miał ochotę wyrwać ten język, który wypowiadał te okropieństwa, nie dlatego, że były nieprawdziwe, lecz dlatego, że były zbyt prawdziwe. Zbyt oswojone. Zbyt łatwo przyjmowane. Nie były mu obce prawa zwyczajowe arystokracji ani reguły mariaży. Przez całe życie zgadzał się z nimi, traktując je jak naturalny porządek wyższego gatunku, do którego należeli. Dopiero teraz, widząc, jak te same zasady obdzierają jego wymarzoną, cudowną ptaszynę z całego piękna jej wolności, poczuł odrazę. Taką, która sprawiała, że miał ochotę przechrzcić się na japońską modłę i popełnić rytualne seppuku nie z poczucia honoru, lecz z potrzeby ucieczki od świata, który potrafił nazwać to wszystko normalnością. Miłością jest, że ty jesteś tym nożem, którym ja grzebię w sobie.

Nie zgodził się. Nie przytaknął. Nie zaprzeczył. Nie odtrącił. Odmówił strawienia tej paskudnej potrawy, którą mu zaserwowała. Usłyszał jej słowa, ale ich nie wysłuchał. Nie dlatego, że je zlekceważył, lecz dlatego, że były nie do przyjęcia. Jedynym śladem, że dotarły, było jego spojrzenie: przepełnione ogromnym, niemal dziecinnym poczuciem niesprawiedliwości. Nie rozumiał, jak mogła wymagać od niego czegoś tak okropnego. Jak mogła prosić, by przyjął świat, który ją krzywdził, i nazwał to miłością. Nie potrafił. Jeszcze tego nie rozumiał, ale w tamtej chwili poddał walkę ze światem walkowerem. Nie dlatego, że przestał wierzyć w zwycięstwo, lecz dlatego, że nie potrafił zaakceptować reguł, na których miałoby się ono opierać. Jedynym powodem do ciepłego uśmiechu było to, że przyjęła jego starania. Nie powinien był się cieszyć. Był bardziej niż przekonany o swojej racji i o tym, że zwycięstwo należy do niego. A jednak słowa jej przychylności były jedyną rzeczą, która sprawiła, że jego czarne serce nie wykrwawiło się do ostatniej kropli.

Skinął głową, lecz był to gest pozbawiony ciężaru zgody. Raczej ruch człowieka, który przyjmuje na siebie brzemię, wiedząc, że nie wolno mu go odrzucić, choć nie ma już sił, by je unieść. Nie odpowiedział na jej prośby. Nie obiecał, że przemyśli. Nie obiecał, że przyleci. Słowa te wymagały bowiem przyszłości, a on czuł, że przyszłość w tej chwili zapada się w sobie jak źle postawiony strop. - Obiecuję - powiedział tylko. Było to słowo żałobne, wypowiedziane tak, jak wypowiada się formuły nad grobem, nie po to, by coś rozpocząć, lecz by nadać sens temu, co już zaczęło umierać. Nie było w nim ciepła. Nie było nadziei. Była jedynie uczciwość, naga i bezbronna, stojąca pośrodku świata, który nie miał dla niej miejsca. Obiecywał, że będzie ją kochał najuczciwiej, jak tylko potrafił, a więc nie tak, jak należało, nie tak, jak wypadało, nie tak, jak nakazywały rody, obyczaje i długie ciągi martwych przodków. Kochać uczciwie znaczyło dla niego wiedzieć, kiedy odejść. Znaczyło rozpoznać moment, w którym obecność staje się formą przemocy, a miłość zaczyna domagać się zapłaty w cudzej wolności. Obiecywał, że ją porzuci, zanim zmusi ją do czegokolwiek. Zanim pozwoli, by wpuściła go do swojego życia kosztem siebie samej. Zanim zacznie uczyć się kolorów, które do niej nie należały, i reguł, które nigdy nie powinny stać się jej językiem. Nie chciał, by przywdziewała barwy Lestrange, jakby były skórą, którą należało naciągnąć na cudze ciało. Porcelanowa laleczka w towarzystwie czarnego kruka, ten obraz był zbyt czytelny, zbyt oczywisty od samego początku. Coś takiego nie miało prawa się udać. I właśnie dlatego należało temu pozwolić odejść, zanim świat sam upomni się o swoje. Obiecał, że nigdy nie będzie musiała przed nim uciekać. Że nie stanie się kolejną ścieżką, którą trzeba opuścić nocą, bez pożegnania, z planem w kieszeni i strachem pod językiem. Nie potrafił jednak obiecać więcej. Nie mógł zagwarantować, że zawsze pozostanie tak uczciwy jak teraz. Że czas nie uczyni z niego tyrana, który w imię miłości zacznie wymuszać decyzje, zamykać drzwi, przesuwać granice tak długo, aż przestaną być widoczne. Wiedział o sobie zbyt wiele, by składać taką przysięgę bez kłamstwa. Dlatego jedyną formą, w jakiej mógł jej zagwarantować suwerenność, było życie osobno. Tylko z dystansu mógł nie naruszać jej wolności. Tylko nie będąc zbyt blisko, mógł mieć pewność, że jej nie odbierze tego, co było w niej najcenniejsze. Miłość, która zostaje, by nie zniszczyć była jedyną, na jaką potrafił się zdobyć.

- Obiecuję - powtórzył, gdy miotła unosiła ich ku zamkowi. I było to słowo, które nie zamykało niczego. Było raczej kluczem, który świadomie odkłada się poza zasięgiem dłoni.


Koniec sesji


i got ninety-nine problems but a bitch Mulciber ain't one
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorraine Malfoy (7626), Louvain Lestrange (8143)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa