W tym świecie, który lubił być nazywany cywilizowanym, nie było zasad przetrwania. Królowało prawo dżungli. Prawo, według którego silniejszy znęcał się nad słabszym. Przynieś, podaj, pozamiataj. Zajeb kilka ludzi po drodze i powiedz, że to w ramach walki o równość czystej krwi. Zamorduj kilku morderców i oczyść sumienie, bo moralność to zupełna ściema. Nawet jeśli jesteś kurwa pierdolnym tygrysem, istnym predatorem wśród drapieżników, to nawet wróg kupa kiedy wrogów kupa. Sauriel był arogancki. Umówmy się, był wręcz przesadnie arogancki, za mało ostrożny, zbyt lekkomyślny, robiący zamiast się zastanowić, co w ogóle powinno się zrobić. Nie traktował nawet zbyt poważnie tych, którzy naprawdę mogli mu zaszkodzić. Tym bardziej nie traktował poważnie osobistości, które w jego mniemaniu były tylko do odsuwania ich butem, jeśli wcisnęły się pod jego podeszwę.
Całkiem dobry dzień z dobrą passą od ostatnich nocy nie miał przesłanek do tego, żeby miał zmienić się w niezwykle nieprzyjemny. Sauriel włóczył się w różne miejsca, ale jeśli ktoś wiedział, gdzie go szukać i przy jakich okazjach to wiedział doskonale, że ma swoje zwyczaje i przede wszystkim rytuały. Że tu a tam można go znaleźć wtedy a wtedy, że regularnie przychodzi do jednego z burdeli, że tamta ulica jest po jego, hm, "opieką" i że najprościej go namierzyć, kiedy akurat zajmuje się tamtym a owamtym właśnie na tej krótkiej uliczce. Było wiele zakodowanych pewników w tym kodzie. Wiele trwałych elementów, które w jego chaotycznym życiu nadawały mu jakiegoś ułamku ładu. Sensu? Chyba nawet brud na ziemi miał swój sens istnienia, więc niech będzie - sensu również. A na pewno nie było problemem namierzenie go, kiedy wśród tego towarzystwa, szemranego i nieprzyjemnego, się obracało. I wszystko było normalnie. Wszystko było jak zawsze, ale po czasie, z perspektywy, człowiek widział te znaki wtedy nieprzetworzone. Inne zachowanie gościa przed sobą. Złe ułożenie gwiazd. Kurwa tamtą wronę, co jak omen ostrzegała przed niebezpieczeństwem. Dopisywane do historii wydarzeń dawały poczucie, że "mogłem temu zapobiec". Z tym, że to nie był pierwszy wpierdol. I nie był też ostatni w jego życiu.
Sądził, że to brak krwi, czy jakiś głód, kiedy jego ciało zaczęło się robić dziwnie lekkie, a błędnik minimalnie zawodził. Przystanął, zapalił fajkę, dla swojego komfortu psychicznego, nie dlatego, że to miało w czymkolwiek pomóc. Dwa pociągnięcia papierosa później znowu wędrował ciemnymi alejkami Nocturnu. Nie przechodziło. I nie cofało się. Ciążyło mu coś na klatce piersiowej i wiedział, że gdyby oddychał to oddychałoby mu się teraz ciężej. Podparł się ściany, bo zaczęło mu się kręcić w głowie do tego stopnia, że nie był w stanie iść prosto. Logika nakazywałaby: stój. Ale nawet nie wpadł na to. Myśl ta gdzieś zamajaczyła w podświadomości i rozwiał ją dym tytoniu z tego samego papierosa, który wypadł z jego dłoni gdzieś po drodze. Nie rozpoznawał już nawet alejek. Mury wzrastały ku niebu i jak plastelinowe ściany chyliły się i odginały w inne strony. Wędrówka była jak mrugnięcie - mrugasz i jesteś w innym miejscu, a wszędzie tego miejsca za mało, żeby nie czuć klaustrofobii popędzającej gęsią skórkę na plecach. Gdzie jest? Kim jest? Istotą złączoną jednością z tymi budowlami i brukiem? Brudem między tymi plamami niewiadomego pochodzenia i śmieciami, nad którymi istnieniem lepiej się nie rozwlekać? Umysł zanikał i pozostawały tylko obrazy. Zapisana w głowie ułuda, że w tamtej chwili była możliwość kontrolowania czegokolwiek.
Nie miał też kontroli nad sobą, kiedy ktoś złapał go za ramię i przypierdolił w pysk. Gdy ktoś go trzymał i wciskali mu nóż pod żebra, ani kiedy puścili na ziemię i przygnietli do niej butami.
Ktoś w końcu zgłosił aurorom, że na Pokątnej na granicy z Nocturnem chyba ma miejsce jakiś napad.
Ktoś krzyknął, napięcie w powietrzu pękło, ktoś uciekał, ktoś się odgrażał, że "służby bezpieczeństwa zostały już zawiadomione!". Może ktoś chciał go zatrzymywać? Łapać? Może powinien był już leżeć i tak zostać. Lecz nie. Wstał. Gdzieś tam mając w głowie, w świadomości, że to wcale nie jest bezpieczne miejsce. Że powinien wrócić do domu. Że gdzieś na pewno jest bezpiecznie.
Legł niewiele dalej w zaułku Pokątnej - nie wiedział nawet gdzie i kiedy. A gdy zaczął się budzić, pierwszym przebłyskiem był ból. I dźwięki ruchliwej Pokątnej stłamszone budynkami.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.