Gdzie leżała linia między dobrem i złem? Dobrym i złym zachowaniem? Wychowaniem? Czy zacieranie śladów nie było złe? Powinno się umożliwić działanie tym, którzy działać mogli, pomóc w sprzątaniu osobom, które miały do tego możliwości. Tak powinno być. Świat to nie stokrotka, a Sauriel może i myślał o tym, że kiedyś miał być lepszym człowiekiem, ale koniec końców chciał chronić swoją dupę. Nie był przecież złym dzieciakiem od początku - opadł w ramionach tego zła i już wciskał się w nie coraz mocniej. Jak już rozmawiali z Victorią - nie oznaczało to, że nie dało się z nich wysmyknąć. To nie były kleszcze, które zatrzymywały już na zawsze. Choć... walczenie z nimi było iście kolosalnym wysiłkiem. Zakrawający na niemożliwy do zwalczenia miał się właśnie tak - koślawo.
Mimo chęci przemyślenia pewnych rzeczy (a naprawdę ruszył maszynę w swojej głowie) i tego, jak słusznie Victoria podejrzewała, że to właśnie Brenna uruchomiła tę starą i zardzewiałą machinę, nadal myślał o jednym - ratowaniu siebie nie pod względem ratowania swojej duszy. On po prostu, do kurwy nędzy, nie chciał skończyć w więzieniu. Wcześniej myślał o pokucie za swoje czyny, ale nie był gotów do tego, żeby pokutować za kratami. Więc nie, to nie był dzień na wielkie rozmowy o tym, że czas się zmienić - na lepsze. W zasadzie to był taki dzień, w którym tyłek palił mu się na tyle, że naprawdę potrzebował pomocy Victorii. I jasne, mógł ją odwiedzić w domu. Ale nie chciał z tą sprawą rozmawiać ani w swojej chałupie, ani w jej chacjendzie. Zostawał jej dom tymczasowy... powiedzmy jednak, że w tym wypadku dom to była dla niego ta uliczka. Trochę zmuszał Victorię do pofatygowania się. I w ogóle... ech, co by tu nie mówić - było to dla niego nadużycie tej znajomości. Bo ostatnie, czego chciał, to przystosowywać się do słów ojca: pomogą sobie wzajem. Ze względu na ich "pracę". Kurwa miała rację. Było to frustrujące... ale to ze względu tak naprawdę na Victorię jednocześnie chciał to zrobić najbardziej łagodnie, jak się dało.
Wyszedł z Nokturnu i zatrzymał się w umówionej uliczce z Sauronem na ramieniu. Sowa, która ciągle wyglądała na groźną, wkurwioną, albo jakby miała pretensje do całego świata. Mogło być wszystko na raz. Czasami tylko robiła zadowolone minki, jakby ją popieścić. Teraz miała jednak za zadanie pracować - tak samo jak on. Zapalił fajka, opierając się o mur. To był wylot z Nokturnu, nie zapraszał Victorii w jego głąb. I prosił o jej pofatygowanie się tutaj tylko ze względu na to, że nie chciał się teraz stąd wymiksowywać. I dlatego, że nie poświęciłby tych wiadomości kartce papieru. Za łatwo było nawet o głupie wypadki i całą sumę przypadków, jaka mogła się zdarzyć w czarodziejskim świecie.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.