Ceremonia się rozpoczęła
Do kaplicy wchodzili ostatni, pojedynczy czarodzieje i czarownice, bliscy Derwinowi. Mimo, że ceremonia z pewnych przyczyn była kameralna, ciasna kaplica stopniowo wypełniała się po same brzegi. W tłumie ubranych na czarno żałobników dostrzec można było osoby w oficjalnych mundurach, sugerujących przynależność do Brygadzistów lub Aurorów. Z racji przynależności Derwina do tej grupy zawodowej, nie był to dziwny lub niecodzienny widok.
Promienie słoneczne co jakiś czas wpadały przez uchylone drzwi kaplicy wprost na urnę, jakby celowo oświetlały ją w tym przyciemnionym pomieszczeniu, a wiatr jaki szalał na zewnątrz uspokajał się jedynie na chwilę, by ponownie dać o sobie znać. Modły kapłanki nie ustawały - mruczała pod nosem niezrozumiałe dla ogółu słowa, jakie miały pomóc zmarłemu trafić tam, gdzie podążała każda spragniona spokoju dusza.
- Tułaczka Twoja już dobiegła kresu. Czy ten świat był dla ciebie tak łaskawy, że powinieneś go opuścić z żalem? - odezwała się nagle Kapłanka, otwierając oczy. Powiodła wzrokiem po zgromadzonych, jednak nie poświęcała temu zbyt wiele czasu - jej wzrok utkwił w portrecie mężczyzny, który pomimo tak ciężkich okoliczności, nie przestawał się uśmiechać. Podeszła bliżej marmurowego blatu, gdzie spoczywała urna z prochami zmarłego. - Dla twoich oczu słońce ziemi zgasło. W Tobie, Matko, niech znajdzie pokój wieczny. Ty dla niego bądź niegasnącym światłem. - mówiła. Na moment skierowała wzrok w stronę zebranych żałobników. - Im jaśniej człowiek płonął za życia, tym mocniej jego gwiazda świeci w ciemności - dodała, by po chwili wycofać się i ponownie oddać modlitwie, tym razem połączonej z żałobną pieśnią.
Przemowa Godryka Longbottoma
Pierwszy zabrał głos Godryk - najstarszy z rodziny, a zarazem głowa rodu Longbottom.
Dotychczas jego wypowiedzi były krótkie i ograniczały się do przyjmowania kondolencji. Na jego bladej twarzy na próżno było szukać smutku czy rozżalenia; mężczyzna, pomimo tragedii jaka go spotkała był poważny i dostojny. Wystąpił z szeregu, zatrzymując się dopiero przy urnie, na której, jakby w bezwarunkowym odruchu położył dłoń. Wzrok, na dłuższą chwilę zawiesił na obrazie Derwina - kiedy stał tuż obok, podobieństwo pomiędzy dwoma mężczyznami było zauważalne gołym okiem. W końcu odwrócił się w stronę zgromadzonych.- Nigdy nie spodziewałem się, że przyjdzie mi grzebać własnego syna - zaczął, spokojnym i poważnym głosem. Z tłumu dobiegł cichy szloch i pojedyncze pociąganie nosem. - Kiedy trzynastoletni Derwin oznajmił mi, że chce podążać ścieżką aurora, nie byłem zaskoczony. Od najmłodszych lat wykazywał się ponadprzeciętnym poczuciem sprawiedliwości, co czasem objawiało się nadesłanym listem ze szkoły, informującym że Jeremiah, Derwin oraz Aurora znów wpakowali się w jakąś bójkę w obronie słabszych. Już wtedy byłem z niego dumny, choć niepedagogiczne byłoby oznajmienie "Synu, cieszę się, że znów pobiłeś się ze starszym uczniem w obronie młodszego, bo tak powinien zachowywać się każdy prawy człowiek, sprzeciwiać się, gdy jest świadkiem niesprawiedliwości". - zwrócił wzrok w stronę obrazu. Z tłumu dobiegły urwane chichoty, gdy Godryk wspomniał anegdotę z życia młodego Derwina - Zginąłeś, ochraniając cywili przed bezcelowym, bestialskim atakiem śmierciożerców. Zginąłeś jak bohater, który w obliczu zagrożenia przełożył bezpieczeństwo własne na tych, którzy w tamtej chwili potrzebowali ochrony. Świat magiczny dziękuje Ci za twoją wieloletnią służbę, a ja dopilnuję, by pamięć o Tobie nigdy nie znikła. Twoja służba dobiegła końca, możesz udać się do swojej ukochanej Naoise. Jestem z Ciebie dumny, synu - zakończył, a jego głos załamał się, choć tylko na moment. Ponownie zwrócił się do obecnych. - W imieniu całej rodziny dziękuję bliskim oraz przyjaciołom za przybycie oraz wsparcie w tym trudnym dla nas dniu - dodał, by po raz ostatni obrzucić obraz spojrzeniem i wrócić na swoje miejsce.
- Tura trwa trzy dni - nie jest obowiązkowe, by pisać w każdej z nich.
- Każdy post rozpoczynający nową turę będzie zaczynał się kodem [h2], co by się wyróżniał na tle innych
- Osoby, które zostały zaproszone, ale nie zdążyły napisać posta w pierwszej turze - nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wbić teraz, zapraszamy

- Gdyby ktoś nie miał pomysłu na posta - ta tura poświęcona jest wypowiedziom oraz przemyśleniom na temat zmarłego. Oczywiście, to tylko sugestia! Jeżeli ktoś ma ochotę wypowiedzieć się publicznie, zapraszamy. Jeżeli nie, same przemyślenia również będą super. Jako Danielle napiszę przemowę najpewniej jutro, bo czas mnie goni i biegnę na dyżur. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby odezwać się przede mną
- W razie pytań, standardowo - jestem na discordzie lub na pw
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
parts of your soul,
and I will show you
how it still shines like gold
Zorientowanie się, że to Patrick przy nim przystanął, zajęło mu chwilę. Dłuższą niż by chciał. Może to stres, a może to, że był przyzwyczajony do tego, że częściej widywał go w roboczym mundurze, niż cywilnych ciuchach. Spojrzał na wieniec, aby w końcu odebrać go z rąk ich gościa.
— Dzięki za przyjście. Doceniamy wsparcie. Wszyscy — stwierdził, chowając częściowo wieniec za plecami, co by nie zajmował zbyt dużo miejsca. — Tak, jak można się tego spodziewać. — Westchnął przeciągle, drapiąc się po lewej brwi. — Lub raczej na tyle, o ile pozwalają okoliczności — wyjaśnił Patrickowi przyciszonym głosem, zerkając kątem oka na kuzynki. — Do tej pory skupiały się przede wszystkim na tym, żeby przygotować uroczystość. — Wykrzywił lekko usta. — Prawdziwa żałoba chyba dopiero się zacznie.
Na swój sposób było to niesprawiedliwe, że okoliczności zmusiły całą rodzinę do tego, aby skupić się na wszystkim, tylko nie na własnych uczuciach. Tuż po Beltane wszyscy rzucili się do pomocy, a gdy znaleziono ciało i potwierdzono w stu procentach, że był to wuj Derwin... Cóż, musieli zadbać o to, aby odprawić go zgodnie z tradycjami. Zrzucenie tej odpowiedzialności na kogoś z domu pogrzebowego, czy bezdusznego urzędnika nie wydawało się dobrym pomysłem. Dopiero gdy odprawią wszystkich gości z sadu, będą tak naprawdę mogli skonfrontować się z tym że już na zawsze stracili członka rodziny.
Erik nie rozglądał się zbytnio na boki, skupiając się przede wszystkim na tym, aby poświęcić te minimum uwagi kolejnym gościom, którzy pragnęli złożyć im kondolencje. Widok mundurów Brygady Uderzeniowej i Biura Aurorów był na swój sposób pocieszający. Szkoda, że podczas Beltane Ministerstwo nie udzieliło takiego wsparcia, pomyślał z przekąsem, odpychając jednak te przemyślenia na bok.
Tak jak przy przemowie kapłanki kowenu zdołał utrzymać względnie kamienną twarz, tak przemowa Godryka wywarła na nim ogromne wrażenie. Pomimo zaawansowanego wieku dalej miał w sobie to coś, co sprawiało, że ściągał na siebie wzrok każdego, kto znajdował się wokół. Mówi się, że żaden rodzic nie powinien grzebać własnych dzieci. Godryk znosił to nieprawdopodobnie dobrze, prezentując przed zebranymi maskę powagi, a przede wszystkim szacunku. Nie była to ckliwa przemowa, która miała uderzyć w najbardziej podstawowe emocje zebranych. Odwołał się do poczucia odpowiedzialności i wartości, jakimi wykazał się za życie Derwin. Erik wciągnął głośno powietrze do płuc.
Podjęcie decyzji nie zajęło mu dużo czasu. Szybka wymiana spojrzeć z Danielle i Bren, a już zmierzał w stronę mównicy, nieopodal obrazu wuja. Czuł, że było to coś, co powinien zrobić. Chociażby po to, aby nie wystawiać kuzynek na pierwszy strzał.
— Moi drodzy — zaczął cicho, niemalże mamrocząc pod nosem. Jego policzki oblały się czerwienią, a on sam zamarł na moment, walcząc z instynktem, co by nie wrócić do rodziny. Wziął głęboki oddech. — Zebraliśmy się tu dziś, aby pożegnać Derwina Longbottoma. Dla każdego z nas był kimś innym: synem, ojcem, wujem, przyjacielem, sąsiadem lub po prostu współpracownikiem. — Podniósł wzrok znad mównicy na zebrany w kaplicy tłumek. — Nie ma jednego słowa, które mogłoby wyrazić nasz ból i smutek po jego odejściu. Nawet gdy był tu z nami, trudno było go zaszufladkować. Pewnie by nam na to nawet nie pozwolił. — Uśmiechnął się blado. — Jeśli jednak miałbym to zrobić, powiedziałbym jedno: był dla nas wszystkich wzorem. W praktycznie każdej dziedzinie życia. Był utalentowanym czarodziejem i chol... bardzo dobrym aurorem. Wiernie służył Ministerstwu Magii, a jego imię jeszcze długo będzie rozbrzmiewało po korytarzach Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów... Derwin był też kochającym ojcem, a dla mnie wujem. — Poczuł gulę w gardle, a jego spojrzenie zatrzymało się na obrazie krewnego. — Z perspektywy czasu jestem mu wdzięczne za wszystkie wskazówki i rady, jakich mi udzielił na przestrzeni lat. Co by się nie działo, zawsze miał odpowiedź na nurtujące nas pytania, nawet jeśli wydawały się trywialne. — Wypuścił powoli powietrze z ust. — Nie tylko my straciliśmy wuja Derwina. Stracił go też świata. Odszedł zdecydowanie zbyt szybko. Możemy jednak znaleźć pociechę w tym, co po sobie pozostawił. Wspólnych wspomnieniach, naukach, a przede wszystkim honorową postawą, jaką wykazał się w swych ostatnich chwilach. Nawet podczas tych tragicznych zdarzeń nie zawahał się... Nie odpuścił. Wyszedł niebezpieczeństwu naprzeciw i zrobił co w jego mocy, aby wspomóc zarówno bliskich, jak i obcych w obliczu zagrożenia. — Przyłożył dłoń w okolice serca. — Nie wiemy, co by się stało, gdyby nie ruszył do boju, jak prawdziwy wojownik. Zasługuje jednak na wszystkie podziękowania, na jakie nas stać, aby towarzyszyły mu w tym świecie i na drugim. — Zapadła dłuższa chwila ciszy. — Niech spoczywa w pokoju.
Erik odszedł z mównicy, oddychając ciężko i wracając do rodziny, czując, że nogi mu się całe trzęsą. Nie był sobie w stanie przypomnieć ostatniej takiej przemowy, jaką wygłosił w życiu. I miał dogłębną nadzieję, że zbyt szybko nie przyjdzie mu powtórzyć tego wyczynu.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
W dniach poprzedzających pogrzeb była raczej nieobecna duchem, chociaż starała się pomóc rodzinie we wszystkich przygotowaniach. Zostały teraz same z siostrą. Dobrze, że Lucy miała Danielle, bo bez niej nie poradziłaby sobie w tych dniach.
Na pogrzeb ubrała się w mundur Aurora. Miała ochotę ubrać się w żałobę, ale była to winna ojcu. Lucy z trudem opanowywała emocje i co chwilę wycierała łzy z oczu. Była wdzięczna wszystkim, którzy przybyli, by pożegnać jej ojca, ale nie mogli tego dnia liczyć na jej uśmiech. Nie rejestrowała słów kapłanki, która zaczęła przemawiać, jednak gdy te smutne słowa do niej doszły znowu zalała się łzami.
Spróbowała się opanować, kiedy zaczął przemawiać Godryk. Nie była w stanie teraz wszystkiego zarejestrować, ale była wdzięczna dziadkowi, że zaczął i że tak uczcił ojca. Następnie, kiedy przemówił Erik, była mu wdzięczna, że dzięki niemu nie musiała iść na pierwszy ogień. Nie chciała tego dnia przemawiać, ale wiedziała, że mimo swoich oporów do publicznych przemów musi to zrobić dla ojca. Kiedy Erik skończył mówić zebrała się w sobie i podeszła do mównicy, ponieważ ustaliły z Danielle, że będzie przemawiać jako pierwsza. Zaczęła rozkładać karteczkę, na której przygotowała sobie krótką przemowę. Spojrzała na zebranych i członków rodziny w pierwszym rzędzie. Zastanowiła się chwilę i położyła karteczkę na blacie. Zaczęła mówić, nie czytając z niej. Chrząknęła i mówiła z zachrypniętym głosem
- Tato, dzisiaj musimy Cię pożegnać, chociaż jako Twoje córki nie myślałyśmy, że nastąpi to tak niespodziewanie… – tutaj zrobiła krótką pauzę i nabrała oddechu. Pomyślała, że nie będzie mówić o tym co wydarzyło się na Beltane. – Dzisiaj chcemy Ci podziękować za te wszystkie lata, kiedy otaczałeś nas opieką i miłością. Kiedy zabrakło mamy byłeś dla nas wszystkim – powiedziała Lucy od serca i przetarła łzy pod oczami. – Zawsze byłeś dla nas wzorem jak należy postępować. A gdy nadeszła ta chwila… Byłeś wierny swojej służbie do końca. Będziemy o Tobie zawsze pamiętać. Zawsze pozostaniesz w naszych sercach. Żegnaj tato, do zobaczenia kiedyś. – I chociaż ta przemowa nie była zbyt długa, Lucy ją zakończyła. Powiedziała tyle ile dała rady od serca. Złożyła karteczkę, wróciła na miejsce obok Danielle i znowu zalała się łzami.
Patrick posłał łagodne spojrzenie w stronę stojącej w pierwszym rzędzie Mavelle. Może nawet wyciągnąłby w jej stronę rękę i zacisnąłby lekko palce na jej ramieniu – w geście na pewno nie erotycznym, ale mocno okazującym wsparcie, ale jakoś nie miał pewności czy to było rzeczywiście potrzebne. Mieszkała z Derwinem, chyba wszyscy przebywający w kaplicy Longbottomowie mieszkali razem z nim i wspólnie nosili teraz ciężar straty. Oczywiście, Danielle i Lucy największy, ale i dla reszty śmierć mężczyzny musiała być trudna.
Steward nie próbował sobie wyobrazić nawet jak bardzo. Skupił spojrzenie ciemnych, poważnych oczu na Eriku.
- Był też moją rodziną – przypomniał cicho, ale jedynym zadaniem tego zdania było to by dobrze wytłumaczyć, dlaczego w ogóle się tutaj pojawił. Co prawda, łączyło ich pokrewieństwo tylko przez małżeństwo z siostrą matki Patricka, ale zawsze. To Derwin przyprowadzał Lucy i Danielle do dziadków. A gdy wszystkie dzieci dorosły, Steward pracował z Derwinem i Lucy w biurze aurorów. Teraz, z tego Longbottomowego tandemu zostanie tam tylko Lucy.
Gdyby nie dość bliskie pokrewieństwo rodzinne, Patrick tylko wysłałby im wszystkim po wiadomości, ale nie pojawiłby się dzisiaj w tym miejscu. Każdemu jednakowo podobną w okazaniu wsparcia i zupełnie różną w jego formie. Erikowi zaproponowałby wspólny wypad na piwo, Brennie wcisnąłby nową sprawę, Mavelle podrzuciłby zestaw ołówków, Danielle przyprowadziłby małego pacjenta a z Lucy poszedłby na spacer.
- Jak to się skończy, wszyscy będziecie mieć czas na żałobę - dodał jeszcze, znowu cicho. – Trzymaj się, potem jeszcze pewnie do was podejdę – rzucił.
Następnie, korzystając z chwili, w której msza się jeszcze nie zaczęła, podszedł do Lucy i Danielle. Obydwu przypomniał cicho, że ich ojciec był wspaniałym człowiekiem, obie przytulił (o ile się nie wzbraniały). Zabrakło mu już odwagi by podobny gest wykonać w stronę Godryka i jego żony, ograniczył się więc tylko do złożenia im najszczerszych kondolencji, a potem wycofał się do ławki, którą zajęli jego dziadkowie.
Nawet gdyby nie było ich tego dnia w kaplicy, Steward nie próbowałby się pchać ku pierwszym rzędom. Wiedział, że była cała masa ludzi, którzy powinni bardziej od niego w nich zasiąść. Stojąc w ławce, wsłuchiwał się w słowa padające z ambony.
Były… były takie jak powinny być podobne przemówienia: podkreślały to co było dobre w zmarłym i jak wielką wyrwę pozostawił za sobą w sercach najbliższych. Derwin był dobrym aurorem i dobrym człowiekiem. Mimo śmierci żony, wychował dwie córki w domu pełnym miłości i wsparcia. Wszyscy Longbottomowie byli wychowani w takim domu i byli przez to bardzo do siebie podobni: wspierali się, kochali i ochraniali wzajemnie. Widać to było nawet teraz, gdy zajęli pierwsze rzędy jak jakaś mała armia dobrych ludzi, mimo straty jednego ze swoich, gotowych walczyć z Voldemortem i rozsiewanym przez niego zniszczeniem.
Giovanni z uwagą słuchał każdej przemowy. Czuł ogarniający go zewsząd ból. Starał się patrzeć tylko na przemawiającego, ale co jakiś czas jego spojrzenie wędrowało na pojedyncze osoby wstrząśnięte szlochem lub ocierające łzy. Jego matka przyłożyła chusteczkę do oczu już po pierwszych słowach Godryka. Dobrze wiedział, o czym wtedy myślała. Przecież Giovanni również tego dnia był w dolinie. Przecież ona też mogła stać w miejscu Godryka i mówić o swoim synu. Giovanni aż poczuł ukłucie winy. Derwin Longbottom poświęcił życie ratując ludzi na Beltane. A co zrobił on? Ledwo przetransportował ciężko ranną kobietę do szpitala. Nawet, gdyby go tam nie było, ktoś inny by to uczynił. Może powinien był dotrzeć do miejsca akcji? Pomóc brygadzistom? Może udałoby mu się osłonić Derwina własną piersią? Sam nie osierociłby nikogo, a jego rodzice mają jeszcze inne dzieci. I Danielle wraz z Lucy nie straciłyby drugiego rodzica...
Otarł koniuszkiem dłoni wzbierające łzy i skupił się na Eryku. Pokiwał głową na jego słowa. Derwin był złotym człowiekiem. Był bohaterem nie tylko w pracy, ale też w życiu codziennym.
Prawdziwie bolesną przemową była ta zaprezentowana przez Lucy. Biedna Lucy. Giovanniemu serce pękało na ten widok. Bidne siostry zostały teraz same. Cóż, z całą resztą rodziny Longbottomów, ale więzi z rodzicem nic nie zastąpi. Tak bardzo chciał im w jakiś sposób pomóc. Ale nie było niczego takiego, co mógłby tu uczynić. Jego obsesja pomagania torturowała go straszliwie w tej beznadziejnej sytuacji.
some women are built from it
Cieszyła się teraz bardzo z tego, że opanowała oklumencję. Że mogła skryć swoje myśli, smutek straty, za maską i odsunąć od siebie te wszystkie przygnębiające myśli. One napływały – zewsząd. Pogrzeby nigdy nie były przyjemne, ale będąc na kilku, Victoria była w stanie dostrzec różnicę. Na jednych rodzina i bliscy trzymali się niemalże z kamiennymi twarzami, okazując jedynie odrobinę smutku, a tutaj, przy stracie Longbottomów, stali ze sobą murem, a cierpienie i żal, jakie było od nich widać… To nie było udawane. Z panny Lestrange żadna była wielka empatka, była kobietą, która nade wszystko kierowała się logiką, być może wielu uczuć tka od razu nie rozumiała, zwłaszcza jeśli sama ich jeszcze nie przepracowała, ale to, co widoczne było tutaj, było dla niej jasne. To była miłość. I ból niesiony ze stratą. W dobie małżeństw sklejanych na siłę, w rodzinach, w której rodzice wcale nie pałali do siebie miłością, dzieci wychowywały się często w samotności, nie przywiązane więzami ciepłych uczuć do najbliższych. Ale tutaj… Tutaj wyczuwała coś innego. I tym bardziej było jej smutno. Że w tym świecie, gdy te uczucia wcale nie były częste – a przynajmniej nie w jej otoczeniu, nie tam, gdzie sama się wychowała – zazdrościła im tego. Tego zgrania, tego, że byli dla siebie w najczarniejszych godzinach. Ale też współczuła. Naprawdę współczuła. Derwin był naprawdę dobrym człowiekiem, wspaniałym aurorem. Przekazał jej samej tak wiele…
Nie była nikim z rodziny, ledwie koleżanką z pracy. Nie zamierzała wiec podchodzić i mówić… Nie wiedziałaby nawet co. Postanowiła więc zostać w ławce i w ciszy wysłuchać najpierw seniora Longbottoma, następnie Erica… Lucy. Och Lucy.
Oklumencja to naprawdę była wspaniała rzecz. Łatwiej było wyprać się z emocji. Łatwiej było nie pokazać, że jest się równie wrażliwym.
Nie miała pojęcia, dlaczego właśnie przypomniała sobie jeden z tych beznadziejnych żartów Derwina. Czym się różni gołąb od zwłaszczy? Gołąb siada na oknie, a zwłaszcza na parapecie.
I’m looking for the sword
Wszystkich, którzy powitali ją, nim zajęła miejsce, Brenna witała w podobny sposób, cichym pozdrowieniem lub skinieniem głowy.
Brenna nie wstała, aby dołączyć do chórku przemówień. Nie była najlepszym mówcą, poza tym uważała, że jej własne słowa były zbędne, skoro przemawiali ojciec Derwina, córki i najstarszy z ich pokolenia. Tak naprawdę powiedzieli wszystko, co miało znaczenie. Co mogłaby dodać? Że gdy jako nastolatka skręciła kostkę, przyniósł ją na plecach do domu, a potem załatwił wyleczenie skręcenia i o niczym nie powiedział jej mamie? Że kiedyś przyłapała go w nocy na podjadaniu ciasteczek z marmoladą i miał przy tym taką minę, jakby był małym chłopcem, złapanym na zbrodni? Że kiedy przez przypadek zamówiono tort orzechowy zamiast czekoladowego, obiegł wszystkie cukiernie w Londynie, by w ostatniej chwili znaleźć odpowiednie ciasto, takie, na które nie miały uczulenia jego córki?
Że był dobrym człowiekiem, który zginął, bo jakimś szujom zachciało się przejąć władzę nad światem?
To w końcu była historia stara jak świat.
Na wojnach wciąż ginęli dobrzy ludzie.
I po jej głowie tłukła się głównie ta myśl. Że zginął dobry człowiek. Że już nic, co powiedzą, nie ma znaczenia: nie dla niego. Te słowa, cała ta ceremonia były przeznaczone dla ludzi, i może mogły niektórym dać odrobinę pocieszenia, stać się momentem przełomowym w żałobie, Brennę jednak otaczała rozpacz gęsta jak kokon i sieć wyrzutów sumienia, że mogła zrobić coś inaczej. Pod nimi czaiła się zimna zawziętość. Nic nie mogło tego zmienić. Żadne słowa. I jak szczerze wierzyła w tej chwili, także nie upływ czasu. Smutek zblaknie, wspomnienie wuja zatrze się w pamięci, ale chęć wzięcia odwetu pozostanie.
Oczy wciąż miała suche, ale kiedy zapłakana Lucy zeszła z podium, wyciągnęła rękę, by na moment uścisnąć dłoń kuzynki.
I'll return leading the pack
Czy gest okazujący wsparcie nie był taki znowu potrzebny? Trudno powiedzieć. Wydawało się, że się trzymała, nie wylewała rzęsistych łez, ale nie oznaczało to, bynajmniej, że znosiła sytuację szczególnie dobrze. Zwłaszcza że w głowie miała te cholerne wspomnienia, wspomnienia, które mogła przypisać do tylko jednej osoby.
Bo tylko jedna osoba była bratem Jeremiaha, jedna osoba ojcem Lucy. Danielle. Tak że nie dość, że straciła krewnego, to jeszcze znajdowała się w tej dziwnej sytuacji, że jednocześnie najwyraźniej z jakiegoś powodu miała te przebłyski przeszłości. I może pół biedy, gdyby z nimi szedł jedynie „obraz”, ale z niezrozumiałych dla niej powodów wszystko widziała i czuła tak, jakby naprawdę się tam znajdowała.
W każdym razie: trzymała się, przynajmniej „na zewnątrz”. Musiała się trzymać, jak sobie wmawiała raz po raz. I trwała na swym miejscu, niczym na posterunku, po części pogrążając się w myślach, a także słuchając przemówień, ze ściśniętym boleśnie gardłem.
I choć wspomnienie bójkach (oraz również i jej matce) wywołało bardzo blady uśmiech, to jednak… w tym wszystkim dotknęła ją smutna refleksja – Derwin nie był pierwszym dzieckiem, które przeżył Godryk. Było ich troje, zostało jedno… Co musiał przeżywać dziadek? Prawdopodobnie nawet nie była w sobie w stanie tego sobie wyobrazić.
Naoise. Lucy. Wspomnienie sprzed paru dni praktycznie znowu stanęło przed oczyma Mavelle, tak bardzo kontrastując z tym, że teraz żegnali jego właściciela. Przywitanie nowego życia i żegnanie innego, zdawało się to nierozerwalnie splatać. Lucy – znaczy światło. Maleńka, delikatna Lucy – teraz dorosła. Do zobaczenia kiedyś.
O ile będzie jakieś kiedyś, bo skoro miała te wspomnienia, to co to oznaczało dla ducha Derwina…? Wbiła spojrzenie w zdjęcie wujka, czując, jak robi się jej jeszcze zimniej niż i tak już było. Tyle że ten chłód był podszyty swego rodzaju zaciekłością.
Bo ta śmierć nie powinna się była wydarzyć. Ta i wiele innych. Winni? Tego głównego dało się wskazać palcem bez wahania. Tylko czy uda się wymierzyć sprawiedliwość…?
Chciała wierzyć, że tak.
Choćby to miało oznaczać przekroczenie granic.
Norka siedziała gdzieś z tyłu. Wpatrzona była w przód kaplicy, gdzie znajdowali się jej przyjaciele. Było jej przykro. Okropnie przykro, że znaleźli się w takiej sytuacji. W końcu ojciec Danielle zginął przez to, że jacyś fanatycy postanowili przejąć władzę nad czarodziejskim światem. Dla nich liczyła się krew, czysta była najważniejsa, tyle, że Derwin należał do tej grupy czarodziejów. Jak widać to nie wystarczyło, niby dla nich najistotniejsze, a gdy przychodziło, co do czego, to nie miało żadnego znaczenia. Tacy właśnie byli śmierciożercy. Nie wiadomo czym do końca się kierowali - właściwie ślepo podążali za swoim panem. Z dnia na dzień panna Figg nienawidziła ich coraz bardziej. Przez nich spokojne życie, jakie wiedli do tej pory zaczęło się sypać.
Panna Figg zauważyła w tłumie wielu aurorów i brygadzistów, nie było w tym nic dziwnego, w końcu ojciec Danielle od lat pracował dla ministerstwa. Miał wielu przyjaciół, którzy go otaczali, a miała wrażenie, że w kaplicy znaleźli się sami najbliżsi. Rozpoznawała większość twarzy, niewielu obcych znalazło się w tym tłumie.
Gdy Godryk zabrał głos odetchnęła głęboko. Nie umiała sobie wyobrazić, jakie musiało to być dla niego trudne. Przecież chował swojego własnego syna. Na samą myślo tym, że mogłaby stracić Mabel czuła ogromny lęk. Derwin powinien przeżyć jeszcze wiele lat, zobaczyć wnuki, rozpieszczać je, zaprowadzić swoje córki do ołtarza, tyle spraw na niego czekało. Z dnia na dzień jednak pożegnał się z tym światem. Nie odrywała wzroku od nestora rodu, który żegnał swojego syna.
Tuż po Godryku głos przejął Erik. Norce zrobiło się jakoś tak ciężej na żołądku, kiedy go zobaczyła. Miała ochotę podejść bliżej, był w końcu jej najlepszym przyjacielem, pocieszyć go, chociaż wiedziała, że żadne słowa w tym momencie nie będą w stanie pomóc. Obserwowała więc jedynie z daleka Longbottoma, kiedy przemawiał. Może później zdąży z nim zamienić słówko, lub dwa.
Nie opuszczała wzroku nawet na moment, słuchała uważnie również tego, co miała do powiedzenia Lucy, chociaż akurat ją najmniej znała z całej rodziny Longbottom, współczuła jej ogromnie straty ojca.
Użytkownicy przeglądający ten wątek: