Och, w Ministerstwie teraz było aż nadto roboty jeśli chodzi o Beltane - tego Sauriel był całkowicie pewny, chociaż tam nie zaglądał... pod tym kątem. Wystarczyło zobaczyć, jak świstały te kopertki z boku na bok, latając jak szalone. Tak z boku to było troszkę bardziej szalenie niż zazwyczaj. A i zazwyczaj nie było chyba idealnie? W każdym razie w to, że Victoria miała zajęcie nie wątpił ani troszkę. Że miała różne zmartwienia i to przeróżne na głowie, a jej czas był ograniczony, kiedy jeszcze wepchnąć w to musiała coś tak absurdalnie koniecznego jak sen. I przy tym wszystkim miała jeszcze dowalone martwienie się o niego o wiele bardziej fizyczne, niż miałaby fundnięte bez tej absurdalnej więzi między nimi. Przysłuży się zerwanie tego zarówno jej jak i jemu. Sauriel był o tym święcie przekonany.
- Ohoho, no to co teraz, co teraz, skoro mam takie niecne intencje! - Victoria czasem bywała bardzo dziwna. Nie potrafił połączyć tego, jak potrafiła być dla niego miła z tym, że potrafiła również przyjebać komuś ogniem w mordę. Wiedział przecież, jak takie zaklęcia działały - niedobrze. Niszczyły. Zastanawiał się, jak często to robi i jak bardzo jest przez to zepsuta. A jeśli jest - jak sobie z tym radzi i jak to skrywa? Aurorzy, ci, którzy odchodzili na emeryturę, a zazwyczaj była ona bardzo wczesna, byli zawsze zniszczeni. Niektórzy wręcz uciekali i zwalniali się, zanim dotarli do odpowiedniego wieku, nie mogąc wytrzymać presji, a inni właśnie tego, co ta praca z nimi robiła. Jak z dobrych ludzi robiła kogoś... kogoś nie do końca dobrego.
- Daj spokój. - Głupio pyta - nie, to nie było w zasadzie głupie pytanie. - To była tylko chwila. Dostał w łeb, moja bohaterko. - Poklepał ją delikatnie po pleckach w ramach uznania. - Jakkolwiek dramatycznie to nie zabrzmi, to się przyzwyczaiłem. W pewnym sensie. - W pewnym sensie, bo do tego się nie da przyzwyczaić. Ale i uczyłeś się, jak sobie z tym bólem radzić. Szczególnie jak się było takim kłębkiem agresji, który chciał się z tego wyrywać, jak sądzę. - Nie mówmy o tym. Mam dobry humor, nie chcę go sobie zepsuć. - Z jednej strony chciał to usłyszeć, z drugiej strony go to wkurwiało. To jest - nie to, że to powiedziała, tylko to, że w ogóle takie sytuacje istniały. Że były.
- Nawet mimo ich puchatości - zrezygnuję. - Głównie dlatego, że wszystko, co by miało krępować, stawiało dęba włoski na karku Sauriela i zaczynał się stroszyć, prychać i drapać. Mniej więcej. Niektórzy drapanie lubią, ale... - To chyba do tej imprezy ci postawię te drinki. Bo na trzeźwo to będzie o wiele mniej zabawne, niż powinno być.
Sauriel w końcu się zatrzymał. Spoglądali na kamieniczkę, przy której bramie rzeczywiście wymalowany był ten symbol - ale schowany w taki sposób, że niekoniecznie zwracał uwagę. Chyba, że dokładnie go szukałeś. Sauriel spojrzał na pozasłaniane i pozabijane dechami okna. Miejsce wyglądało jak wyjęte z horroru, jakby się zaraz miało rozpaść i runąć na ulicę.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.