05.10.2023, 22:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 22:12 przez Cynthia Flint.)
Było coraz cieplej, dni były dłuższe i słońce chętnie wyglądało zza białych chmur, snujących się niewinnie nad wciąż pogrążonym po wydarzeniach na Beltane, Londynem. Przeczytany w gazecie artykuł nie mógł wyjść jej z głowy. Nigdy nie wierzyła w starą magię, która rzekomo płynęła ze święta druidów, ale teraz..? Wracała do tekstu kilkukrotnie, jakby szukała logicznego rozwiązania. Pracowała przecież z trupami, taka już była. Czy wszystko to, co tliło się w niej w kierunku Louvaina, było tylko efektem wianka i rytuału? Czy było to nieprawdziwe? Tyle lat byli przecież przyjaciółmi, owszem, zdarzało się im raz lub dwa pocałować, ale zawsze działo się to pod wpływem alkoholu lub innych używek. Cały ten wachlarz emocji utrudniał jej funkcjonowanie, odciągał od obowiązków i sprawiał, że traciła kontrolę, a ona przecież kochała mieć kontrolę. Istniał w ogóle ktoś, kto lubił tracić kontrolę? To oznaka słabości, ta niemoc wykonania zadania, skupienia, podjęcia właściwej decyzji, niezamąconej uczuciami, które przecież są tak zmienne. Z drugiej jednak strony, czy utrata tej kontroli nie sprowadza się do szansy dla drugiego człowieka, aby Cię złapał, gdy spadasz? Nie umiała znaleźć odpowiedzi, nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Potrzebne się granice między nią i resztą świata. Inni ludzie są zbyt zagmatwani. A ona przez Louvaina i Cathala też się robiła taka. Niepoukładana.
Przeczesała dłonią włosy, pogrążone w wyjątkowym jak na nią chaosie, bo zamiast upięcia lub ozdobnych spinek, wybrała cienką opaskę z kryształkiem, który czasem zlewał się ze srebrem jej włosów. Dochodziła osiemnasta, wciąż było jasno, przyjemnie rześki wiatr wdarł się pod sukienkę, zostawiając na skórze gęsią skórkę. Materiał był dość cienki, ale miał długi rękaw i sięgał za kolana, dopełniony butami na obcasie. Zwilżyła maźnięte karminem usta, wzdychając ciężko i unosząc dłoń, aby zastukać w drzwi — wiedziała, że był w domu. Musieli porozmawiać, nie mogła tego tak zostawić. Nie mogła tkwić w takim stanie. Jej uszu dobiegły kroki, charakterystyczne skrzypienie drewna, a gdy rozległo się piszczenie zawiasów i jej oczom ukazało się dobrze znane oblicze, nie mogła nic poradzić na subtelnie rozlewający się rumieniec na polikach, fale ciepła przebiegającą po całym ciele. Zlustrowała go wzrokiem, przesuwając od dołu do góry, zatrzymując się na bladej twarzy i onyksowych oczach. Musiała się upewnić, że nic mu nie było.
- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale musiałam się z Tobą zobaczyć. Masz wolny wieczór? - zapytała w końcu, pozwalając sobie na delikatne uniesienie kącików ust ku górze, jakby zupełnie nie mogła nad tym zapanować. Uniosła dłoń, zgarniając jasne pasmo za ucho, nie uciekała od niego spojrzeniem? Nie byłaby Cynthią, gdyby nie miała w głowie ułożonego planu tej rozmowy, ewentualnych scenariuszy jej przebiegu, ale jak niby miała zachować rozsądek i dystans, gdy niesione starą magią uderzenia serca na jego widok, tak mocno rozbijały się echem w jej głowie? Przeklęte Beltane. - Powinniśmy porozmawiać Lou.
Dodała jeszcze, jakby chcąc wyjaśnić, dlaczego zdecydowała się na odwiedzenie go w taki niepasujący do niej sposób. Przeniosła spojrzenie gdzieś na bok, pozwalając sobie na chwilę wytchnienia od spoglądania na wzbudzające emocje oblicze. Jak na zawołanie, uderzenia próbowała zagłuszyć treść artykułu, którą po tylu razach czytania, Flintówna znała już niemalże na pamięć.
Przeczesała dłonią włosy, pogrążone w wyjątkowym jak na nią chaosie, bo zamiast upięcia lub ozdobnych spinek, wybrała cienką opaskę z kryształkiem, który czasem zlewał się ze srebrem jej włosów. Dochodziła osiemnasta, wciąż było jasno, przyjemnie rześki wiatr wdarł się pod sukienkę, zostawiając na skórze gęsią skórkę. Materiał był dość cienki, ale miał długi rękaw i sięgał za kolana, dopełniony butami na obcasie. Zwilżyła maźnięte karminem usta, wzdychając ciężko i unosząc dłoń, aby zastukać w drzwi — wiedziała, że był w domu. Musieli porozmawiać, nie mogła tego tak zostawić. Nie mogła tkwić w takim stanie. Jej uszu dobiegły kroki, charakterystyczne skrzypienie drewna, a gdy rozległo się piszczenie zawiasów i jej oczom ukazało się dobrze znane oblicze, nie mogła nic poradzić na subtelnie rozlewający się rumieniec na polikach, fale ciepła przebiegającą po całym ciele. Zlustrowała go wzrokiem, przesuwając od dołu do góry, zatrzymując się na bladej twarzy i onyksowych oczach. Musiała się upewnić, że nic mu nie było.
- Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale musiałam się z Tobą zobaczyć. Masz wolny wieczór? - zapytała w końcu, pozwalając sobie na delikatne uniesienie kącików ust ku górze, jakby zupełnie nie mogła nad tym zapanować. Uniosła dłoń, zgarniając jasne pasmo za ucho, nie uciekała od niego spojrzeniem? Nie byłaby Cynthią, gdyby nie miała w głowie ułożonego planu tej rozmowy, ewentualnych scenariuszy jej przebiegu, ale jak niby miała zachować rozsądek i dystans, gdy niesione starą magią uderzenia serca na jego widok, tak mocno rozbijały się echem w jej głowie? Przeklęte Beltane. - Powinniśmy porozmawiać Lou.
Dodała jeszcze, jakby chcąc wyjaśnić, dlaczego zdecydowała się na odwiedzenie go w taki niepasujący do niej sposób. Przeniosła spojrzenie gdzieś na bok, pozwalając sobie na chwilę wytchnienia od spoglądania na wzbudzające emocje oblicze. Jak na zawołanie, uderzenia próbowała zagłuszyć treść artykułu, którą po tylu razach czytania, Flintówna znała już niemalże na pamięć.