Banda Borgina
Nawet jeśli zaproszenie na... opicie tego... remisu... (tak, Laurent miał wątpliwości, czy jest tutaj co "opijać") było otwarte i dotknęło zarówno jego jak i Victorię to nie mógłby odejść bez słowa nie idąc chociaż na chwilę do Atreusa. Co prawda jego kuzyn nie miał okazji pojawić się na scenie i zabłysnąć, ale chociaż wypadało mu postawić się przed Louvainem - znajomym do minimalnego stopnia, w którym to minimum miał z nim do czynienia przez ocieranie się o niego przy Stanleyu. Jego kojarzenie go było absolutnie żadne z prywatnych doświadczeń, a gazety... prasa i media kochały w końcu kłamać, a sam stał się tego ofiarą jeszcze kilka dni temu, kiedy w gazecie obok jego twarzy pojawiło się szumne hasło o tym, że "Śmierciożercy to terroryści". W każdym razie odłączył się na moment od tamtej grupy razem z Victorią, żeby udać się do mężczyzn. Teraz już grupy mężczyzn. Połączona na nowo "banda Borgina" rodem wyjęta ze szkolnych korytarzy. Jak widać czas nie rozdzielał niektórych ludzi i niektórych znajomości.
- Wyjątkowo się cieszę, że nie miałeś okazji wyjść na parkiet. - Zwrócił się do Atreusa, kiedy do nich podeszli, po czym przesunął wzrok na Anthony'ego i na Stanleya, którzy... czy oni się upili? Albo czy Anthony się upił, czy może źle się poczuł? Chyba gotów byłby wzywać Munga, gdyby nie to, że tutaj było już wystarczająco osób do pomocy. I przede wszystkim chyba mieli to pod kontrolą. To - czyli procenty. Naprawdę nie chciał się w to mieszać. Jak było wspomniane - czas niektórych nie rozdzielał, tak i teraz można dodać, że nie zmieniał również pewnych nawyków. Doprawdy nie rozumiał, skąd Cynthia nagle wzięła to, że "trzymał się z nimi". Może akurat poobijał się parę razy o ich nogi jako smarkacz i jakaś dziwna fama poszła po szkole. Pasował do nich zdecydowanie mniej niż pięść Louvaina do nosa Philipa. A wyobrażał sobie, że to porównanie było dla tych panów aktualnie jak idealnie pasujący puzzel i nie zdziwiłby się, gdyby Atreus sam myślał o tym, żeby honoru stała się zadość dla pana Lestrange. - Bardzo udany pojedynek. Mam nadzieję, że remis nie jest tu za dużą potwarzą. - Tak, bo jakoś nie sądził, spoglądając w oczy Louvaina, że był satysfakcjonujący. Chyba dlatego, że on miał zawsze dzikie spojrzenie. Jakby przecinał człowieka na pół i mógł wyciągnąć z niego wszystko, co wpadło do nieodgadnionych myśli między strony pożądania. Jego magnetyczna osobowość robiła z Laurentem dziwne rzeczy, więc znalezienie się od tej grupy z daleka było teraz co najmniej mile widziane. - Miłej zabawy. - Pożegnał się z grupą, posłał jeszcze uśmiech do Stanleya i niepewne spojrzenie na Anthony'ego. A potem znowu na Stanleya tak pytająco, czy "wszystko z nim okej?" Jak potrzebował pomocy wystarczyło mrugnąć dwa razy.
Odszedł razem z Victorią w stronę drink baru.