- Ja będę to nosić, jestem silna i niezależna, sama noszą swoje zakupy i sama nawet potrafię wiązać swoje buty, wiesz? - uśmiechnęła się lekko, machając Cainowi na odchodne. - Dziwny jest ten twój kuzyn, ale miły.
Nie byłaby sobą, gdyby nie dodała swoich trzech sykli do tej całej sytuacji. Ale w gruncie rzeczy nic złego nie powiedziała, a i Cain elegancko się ulotnił, zostawiając ich samych sobie. Nie na długo jednak, bo Leon już ciągnął ją w stronę stoisk z grami. Na widok pluszowych maskotek oczy Olivii zaświeciły się jak dwie bardzo błyszczące monety.
Przynajmniej wyrównało się za lody. Wiedziała, że Leon jest chory - niezbyt podobało jej się, że tak tu latał i się przemęczał, ale gdy widziała jaki był szczęśliwy, to nie miała serca po raz kolejny przypominać mu, że powinien na siebie uważać. Zresztą każda bliska mu osoba ciągle powtarzała, że powinien być ostrożny, nie powinien chodzić za szybko, nie powinien się tak gwałtownie ruszać... To musiało być dla niego cholernie obciążające, dlatego zdecydowała się na ten jeden krótki moment zapomnieć o tym wszystkim i po prostu dać mu pograć.
- Powodzenia - pocałowała go w policzek i chyba właśnie to sprawiło, że nie trafił ani razu. Olivia rozłożyła ręce w niewinnym geście. - Nie patrz na mnie, mówiłam nie raz i nie dwa że przynoszę pecha. Patrz, udowodnię ci.
A potem sama wzięła do ręki piłeczki, a potem rzuciła trzy razy, trochę od niechcenia, bo jednak nie robiła tego żeby wygrać. No dobrze, może i robiła, ale nie przykładała się jakoś specjalnie, bo przecież jej celem było udowodnienie Leonowi, że jest pechowa i że piłeczki przelecą dobre kilkadziesiąt centymetrów od piramidy z puszek.
+10 do rzutów przez wianek z paproci
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Sukces!