Dagur doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że o interes należało dbać bez ustanku. Wykonane na czas zlecenia to stały dochód, zadowoleni klienci, którzy z pewnością do nich powrócą po kolejne wytwory ich rąk i w ten sposób budowało się na obczyźnie reputację doskonałych rzemieślników. Gwarantowało to stabilną, bezpieczną przyszłość oraz to, że fach ich przodków przetrwa. Nie zamierzał pozwolić na to, aby jego rodzina popadła w nędzę i aby dziedzictwo ich rodu przepadło w pomrokach dziejów. Jednocześnie uważał, że bogom należało należycie podziękować za wszystkie dary.
— Obyśmy tylko do tego czasu nie utracili przychylności naszych bogów. Może sami powinniśmy złożyć im odpowiednią ofiarę? W takim razie pod koniec wakacji. — Nie od dzisiaj wiadomo, że Dagur jest poganinem z dziada pradziada, wierzącym w cały panteon bogów swoich przodków. Dla uzyskania przychylności bóstw był gotów składać ofiary ze zwierząt, plonów albo wytworów swoich rąk. Opuszczenie ojczyzny i zamieszkanie na obczyźnie nie sprawi, że porzuci swoją wiarę. Koniec wakacji wydawał się być doskonałym momentem na powrót w rodzinne strony.
Czesanie się od święta nikomu nie przeszkadzało. Wymagało od niego pewnego nakładu pracy i posługiwania się przyzwoitym grzebieniem, którego zęby nie połamią się podczas bycia używanym przez niego. Znacznie gorzej byłoby gdyby mył się od święta zamiast codziennie - gdyby tak robił to już dawno żona by go wyrzuciła z domu, przedtem przestając go wpuszczać do małżeńskiego łoża. Dlatego po pracy w kuźni szedł porządnie się umyć.
— Może na kolejnych sabatach będą rozdawać hełmy. A jeśli nie to chociaż czapki... te odpowiednie byłyby na Yule. — Zawtórował śmiechem swojemu synowi. Noszony przez niego wianek z paproci pogłębiał jego dobre samopoczucie. Rozdawanie hełmów podczas sabatu nie miałoby wiele sensu, aczkolwiek może dla nich stanowiło szansę na zaopatrzenie świętujących w tego rodzaju nakrycie głowy. Porządna czapka też nie byłaby zła. W okresie zimowym nosił taką z futra norek.
— Może jeszcze znajdziecie okazję do tego aby spędzić ze sobą chwilę. Jeśli nie to spotkacie się po sabacie. — Zapewnił swojego syna, poklepując go po ramieniu. — Po powrocie z sabatu sam będę chciał z tobą porozmawiać. — Zapowiedział swojemu synowi od razu, na wypadek gdyby jego pierworodny zdecydował się wrócić do domu znacznie później od niego. Jako ojciec poczuwał się w obowiązku aby subtelnie zachęcić Hjalmara do śmielszych działań względem Pandory, oczywiście zgodnie z obowiązującą w ich rodzinie tradycją. Z ojcem swojej przyszłej synowej będzie w stanie sobie poradzić, jeśli zaistnieje potrzeba jego interwencji.
— Niech poleje się piwo! — Dagura nie trzeba było długo namawiać. Podążył wraz z synem wskazaną przez niego drogą. Rozglądał się w poszukiwaniu stoiska sprzedającego alkohole. Gdy już go znaleźli to poprosił o dwa piwa dla siebie i syna. Przed uiszczeniem zapłaty wyciągnął ku właścicielowi stoiska odpięty od pasa róg, czym wprawił go w szczere zdumienie.
— Teraz możemy spojrzeć w płomienie. — Odebrawszy swój róg, teraz wypełniony po same brzegi pieniącym się, chłodnym piwem, którego zdążył już posmakować, wskazał palcem w stronę ognisk. Zaczął się kierować w ich stronę, licząc na to że w płomieniach dojrzy dobrą wróżbę.
!płomienie