18 października 1967r.
Posiadłość Mulciberów
Posiadłość Mulciberów
Informacja o śmierci Francisa Mulcibera obiegła całą rodzinę. Oficjalnie podano, że choroba go zabrała. W ostatnich latach, było widać, że umysłowo nie było z nim najlepiej. Richard w posiadłości zjawił się na dzień przed wydarzeniem. Jakby coś przeczuwano. A może zaplanowano? Tylko on i Robert byli w posiadłości Mulciberów w Londynie (pomijając skrzaty), mieli wszystko pod kontrolą. A ich dzieci przebywały w swoich szkołach, najstarsze Richarda już pracowało. Śmierć ojca była ulgą, uwolnieniem. Nie tylko dla Richarda, ale przede wszystkim dla Roberta. Na czas przygotowań do pogrzebu, Richard musiał wysłać trzy sowy z wiadomościami. Jedną do Ministerstwa Magii w Norwegii, o przedłużenie wolnego, z powodu pogrzebu w rodzinie, zaznaczając o śmierci swojego ojca. Od razu mu wolne przyznano. Druga sowa poleciała do Instytutu Magii Durmstrang, o wolne dla jego dzieci. Trzecia do najstarszego dziecka już pracującego, aby poinformować o sytuacji w rodzinie, licząc na stawienie się. Nie może być tak, że nie pożegnają swojego dziadka. A rodzina musi pokazać się w jednym miejscu, w komplecie. To były wyjątkowe sytuacje. Prawdopodobnie Robert mógł zrobić to samo w sprawie swojej córki. Z żonami problemu takowego nie mieli, gdyż w tym czasie obaj bracia byli wdowcami, wychowując samotnie nastoletnie jeszcze dzieci.
Uroczystości pogrzebowe odbyły się siedemnastego października. W obecności najbliższej rodziny Francisa. Dzieci i jego wnuków. Dalszej rodziny i tych, którzy z nim utrzymywali jakieś kontakty. Czy to dawne z Ministerstwa Magii, czy obecne związane z handlem. Nie wiadomo, czy ktokolwiek zarejestrował obecność brata zmarłego i jego rodziny. List został im wysłany. Ale czy dotarł?
Dnia następnego odbyło się odczytanie Testamentu przygotowanego za życia przez Francisa Mulcibera, w którym miały wziąć udział tylko jego dzieci, córka i synowie. Nie wszystkich jego treść zadowoliła. I najpewniej w milczeniu, bracia wrócili do swojej posiadłości.
W salonie czekały na nich ich dzieciaki. Najpewniej wykorzystując szansę na rozmowy młodzieżowe. Na pewno też były ciekawe czy dziadek coś przepisał im ojcom. Gdy tylko wrócili i zdjęli wierzchnie odzienie, Richard, ubrany w czarny garnitur z krawatem i białą koszulą, zjawił się w salonie, widząc całą gromadkę, wyczekującą informacji. Rzekł im tylko:
- Pakujcie się. Jutro wracamy do domu.Wydał proste polecenie. Na razie nie zdradzając szczegółów testamentu, z jakim przyszło im się zapoznać. Musiał to przegadać jeszcze z Robertem, co z tym zrobią. Na dodatek miał potrzebę zapalić. Wyjął paczkę papierosów, wyciągnął jednego. Spojrzał na młodzież tak, jakby wzrokiem miał ich zaraz przegonić z salonu. Bowiem widział, że jakoś mozolnie się zbierali do jego polecenia. A nie lubił się powtarzać. Chwilę później, pomieszczenie mieli puste, a Richard zapalił papierosa. Z gabinetu na razie żaden z nich nie zmierzał korzystać. Prywatne rozmowy mogli nawet odbyć w bibliotece.
To czego dowiedział się młodszy Mulciber z Testamentu, było z jednej strony do przewidzenia, że nie dostanie nic. Bądź minimalną część majątku jakiegoś, aby nie czuć się pokrzywdzonym. Jakby ojciec chciał tym zaznaczyć, że w jakimś stopniu jeszcze go jako syna akceptował. Jednakże miało się ochotę go przekląć, jak kurwa śmiał narzucać jakieś pośmiertne zastrzeżenia, gdyby zrobili coś, co by jemu nie odpowiadało.